Rozważania typowo poniedziałkowe

Ja to się chyba naprawdę nie nadaję na wiosnę…….do niczego.

Jestem podenerwowana, co akurat można zrozumieć biorąc pod uwagę ostatnie tygodnie.

Jestem przytłoczona pogodą, która jednego dnia grozi szaleństwem innego budzi promieniami słońca, co akurat też nie jest niczym niesamowitym, jak na tę porę roku. Ja razem z pogodą jak na huśtawce raz wpadam w euforię, raz w dołek psychiczny:-)))

Jestem niezadowolona, zbliżają się wakacje, a my po raz pierwszy od kilku lat nie mamy planów i pewnie nawet perspektyw na plany, a to czekanie na sierpień zawsze dodawało mi otuchy.

Jestem przygnębiona, szykuje mi się spotkanie z ważniakami, którzy mogą cały mój wysiłek ostatnich lat zrównać z ziemią.

Miałam pracującą sobotę i pewnie kolejne dwie też będą pracujące.

Mam…obolałe plecy, bo moje łóżko dzisiaj w nocy zachowywało się jakby  było wypełnione kamieniami.

Mam….w perspektywie 6 dni wstawania o 6 z minutami.

Mam… wrażenie, jakby już nic fajnego nie miało się wydarzyć.

 

Nie mam … pomysłu na ciąg dalszy (nie tylko notki).

I co z tego, że po ostatnim kopaniu w pewną część ciała miałam już przestać się użalać???

Reklamy

Tuż przed wyjazdem do Krakowa….

Fragment większej całości.

***

Dlaczego nadal milczy?? Co robiła wieczorami zanim go poznała? Nie pamiętała już. Kiedy tak siedziała przed pustym ekranem, bo wiedząc że go tam nie ma, nie miała ochoty wchodzić do sieci, usłyszała dzwonek do drzwi. To był Radek z kilogramem cukru w dłoni i przepraszającym uśmiechem.

– Sorry Marta, wiem że miałem oddać wczoraj, ale wróciłem tak późno do domu, że moja wizyta byłaby nietaktem.

– Nie ma sprawy, mówiłam, że nie musisz się tym przejmować. Ja raczej zawsze kupuję na zapas – uśmiechnęła się Marta.

– W każdym razie, dzięki raz jeszcze i jeśli kiedyś nie zrobisz zapasu, to zapraszam do siebie. No nie – zaśmiał się Radek – nie tylko wtedy jak nie kupisz cukru.

I pewnie na tym skończyłaby się grzecznościowa wymiana zdań, gdyby nie cichy trzask, po którym u Marty zgasło światło. Jednocześnie usłyszała, że jej lodówka przestała pracować.

– Kurczę! mięso mi się rozmrozi –  powiedziała żałośnie. – Mam nadzieję, że to tylko korki.

Musiała wyglądać trochę bezradnie patrząc na zawieszoną w przedpokoju skrzynkę, w której, to wiedziała na pewno, znajdują się bezpieczniki, bo Radek nie pytając  o zgodę wszedł do jej mieszkania. Bez pytania również otworzył skrzynkę i pomajstrował przy korkach. Coś mruczał pod nosem o fazach i mało inteligentnie poprowadzonych kablach.

– To nie wina korków, tylko złego rozdziału faz. U mnie niestety też tak jest. Teraz tego nie zmieniałem, ale przy następnym remoncie to będzie konieczność. Spróbuj zapalić światło.

Kiedy pstryknęła błysnęły żarówki, a po chwili zawarczała lodówka.

– Dziękuję Ci, gdyby to były korki, pewnie dałabym radę, ale te fazy – koszmar! 

– Nie ma sprawy, nie musisz się tym przejmować – powtórzył dokładnie jej słowa i zaczął się śmiać. – Jeśli będziesz miała jakieś problemy w domu, po prostu daj mi znać.

Ponieważ nie odchodził, i patrzył zaciekawiony w głąb mieszkania, zaprosiła go do środka i oprowadziła po pokojach. Jej mieszkanie było większe, miała trzy pokoje ale za to mały przedpokój. U Radka były małe dwa pokoiki, ale przedpokój był ogromny i połączony z kuchnią. Uśmiechał się patrząc na zawieszone na jednej ze ścian zdjęcia synka i jej własne. To była mini historia życia, od najstarszych, kiedy jeszcze była studentką, potem kobietą w ciąży, poprzez całe dzieciństwo Piotrusia.

– Na tym wyszłaś świetnie – powiedział wskazując portret z Piotrusiem – chociaż wiesz, sorry, nie byłaś wtedy zbyt szczęśliwa, co?

Zdjęcie było zrobione w kilka tygodniu po śmierci Pawła. Rzeczywiście nie była, zresztą już od dłuższego czasu. Popatrzyła na Radka, nie wiedząc co mogłaby odpowiedzieć, a on milcząc oglądał dalej. Potem obejrzał salon i pokój Piotrusia. Przed drzwiami sypialni trochę zawahała się, bo ten pokój był bardzo intymny. Już nawet nie chodziło o to, że mogła tam akurat zostawić niesprzątnięte rajstopy czy biustonosz. Tu stał komputer, to było miejsce spotkań z Łukaszem. Jednak otworzyła drzwi i Radek zobaczył mały, typowo babski pokoik, z mnóstwem bibelotów, z kolczykami na komodzie, które zostawiła szykując się wczoraj do spania. Nieporządek typowy dla zapracowanej kobiety.

– Fajnie się tu urządziłaś – spojrzał na nią tak ciepło, że szybko zamknęła drzwi i przeszła do przedpokoju.

Nadal wyglądało, jakby Radek nie miał ochoty wychodzić, więc Marta zaproponowała kawę, a on szybko się zgodził. Pół godziny później wrócił Piotruś i zastał ich rozmawiających o pracy,  muzyce, o sprawach związanych z ich wspólnym blokiem, administracją.  Marta zauważyła, że mają podobny gust jeśli chodzi o muzykę, ale lubią zupełnie inne filmy.

– Pewnie wolisz takie, gdzie krew leje się strumieniami.

– Nie o to chodzi. Tylko wiesz, te filmy są takie przewidywalne i słodkie, aż do wymiotów.

– Chciałeś powiedzieć, romansidła? – zaśmiała się Marta.

– Nie tylko. Niektóre obyczajowe też, że już nie wspomnę o pewnych serialach – uśmiechnął się Radek znacząco

– Ani słowa o polskich serialach! – roześmiała się grożąc mu – bo następnym razem będziesz drałował po cukier do nocnego!

Rozbawiony podniósł ręce w obronnym geście – No coś Ty, ja tylko o brazylijskich!

Za tydzień miało się odbyć zebranie lokatorów, a Marta wiedziała, że nie będzie mogła na nim być w związku z wyjazdem do Krakowa. Radek obiecał, że zrelacjonuje jej jego przebieg, a ona była szczęśliwa bo nie cierpiała żadnych zebrań, ani w spółdzielni, ani w szkole u syna.

Przed kolejną szansą……

Podobno kiedy zamykasz jedne drzwi, otwierają się inne…… Znaczy, że zawsze jest jakaś inna opcja, tylko może jeszcze jej nie dostrzegasz, zaślepiony problemem, albo że ta opcja pojawi się wkrótce a ty człowieku tylko się dobrze rozglądaj i właściwie odczytuj znaki! Prawo fizyki albo filozofii (niepotrzebne skreślić).

Czasem nawet nie musisz odczytywać, bo taki znak sam ci wchodzi w pole widzenia tak wyraziście, jak wyraziste zdziwienie maluje się potem na twojej twarzy.

Co mam zrobić z takim, bijącym po oczach, znakiem, którego nie oczekiwałam, o którym zapomniałam, że jest, którego już chyba nawet nie chcę? Czy DELETE, jak radził Sunny, czy może odłożyć dyplomatycznie na jakąś nieużywaną półkę, a nuż się przyda, kiedy sprawy zmienia obrót? To wyrachowanie, wiem, ale człowiek co najmniej w połowie składa się z takiego wyrachowania. W drugiej połowie z tej całej reszty, która sprawia, że w ogóle prowadzisz z nim jakąkolwiek dysputę:-).

Zresztą, przecież nie wyrzucamy rzeczy dobrych… No tak……ale to nie ja, ja nie uprawiam chomikarstwa, jeśli z czegoś nie korzystam przez kilka miesięcy, uznaję to za rzecz zbędną i wyrzucam…..owszem, czasem potem żałuję:-) zwłaszcza kiedy wraca moda.

Tyle, że to wszystko co napisałam powyżej dotyczy spraw materialnych. Inaczej bywa z ludźmi.  Ludzi nie skreślam, ludziom daję szansę, nawet niejedną… Głupota i naiwność, czy jakiś rodzaj samookaleczania się? To pewnie dlatego od czasu do czasu miewam chwiejność emocjonalną wynikającą z oberwania po uszach:-))))

W którym momencie należałoby skorzystać z tej zasady „niechomikowania”? Kiedy i jak, ostatecznie, stanowczo, definitywnie, bezapelacyjnie, kategorycznie (itp. itd..:-)))) powiedzieć DOSYĆ.

O tym, że jest nadzieja……

        Za oknem znowu śnieg. Biały, puszysty, cieszy oczy – tak lekko, z gracją spadając na ziemię. A potem niknie w zetknięciu z nią…

Tak sobie myślę, że właściwie wszystko co dotknie ziemi, prędzej czy później kończy podobnie. Jakby to była jej wina, że przemijamy. Jakby ta „matka żywicielka” tylko czekała, by z powrotem zabrać wcześniej wydany „plon”……….

Czasem zbyt szybko spotykamy się ze śmiercią, jeszcze nie potrafimy przyjąć jej do wiadomości…….. wytłumaczyć nie będziemy w stanie nigdy. Pojawiające się przy takiej okazji pytanie „dlaczego” zwykle pozostaje bez odpowiedzi. Dojrzały umysł znajduje sobie formę zastępczą. Dojrzały umysł okłamuje się, że dla tego, który odszedł stało się lepiej, że nie cierpi, że tam gdzie teraz jest cieszy się zdrowym, nieprzerwanym życiem. I jest szczęśliwy… Tej myśli trzymamy się kurczowo, bo to nam jest potrzebna, nie zmarłemu. To my musimy  uporać się z własnym lękiem.

Najtrudniej pogodzić się ze śmiercią, której można było zapobiec, która przytrafia się dziecku, człowiekowi zbyt młodemu, bezbronnej istocie. Może to być nie wykryta na czas choroba, błąd w sztuce lekarskiej, okrutna śmierć zadana na zimno, z premedytacją, czasem samobójcza. Paradoksalnie, jesteśmy w stanie zrozumieć zabójstwo w obronie własnej, swojej rodziny lub kraju….

Przemijanie jest bolesne. Właściwie zawsze…… Cierpienie dotyka nie tylko tego, który zbliża się ku końcowi.. Równie bardzo, a może nawet dotkliwiej cierpi ten, kto pozostaje. Jego cierpienie wykracza poza cielesność, obejmuje całą emocjonalną sferę życia, wykracza poza rzeczywistość, przenika marzenia i oczekiwania. Odejście człowieka zamyka tak wiele drzwi, że początkowo nie jesteśmy w stanie zauważyć tej nikłej szczeliny, przez którą sączy się nadzieja. Bo ona zawsze jest gdzieś obok nas, uśpiona, niezauważalna…ale jest…….i czeka na swój czas.

 

 

To kilka moich przemyśleń…….pewnie oczywistych,  po wymianie e-maili z człowiekiem, który teraz bardzo cierpi….(trzymaj się :*) oraz po przeczytanym felietonie Wojciecha Bonowicza….

 

Refleksje………..

Drugi dzień świąt, wieczór.  Zamiast spokoju i wyciszenia, nerwy i wewnętrzny niepokój. Zamiast przemyślanych spraw, zestaw pytań, na które brakuje mi odpowiedzi. Święta przyniosły tylko chwilowe zatrzymanie galopady myśli, teraz znowu są i kłębią się w mojej głowie. A poza nimi pustka. Czy to tylko echo spraw, które minęły czy wiosenne przesilenie? Chociaż biorąc pod uwagę, to co się dzisiaj działo w Polsce, o wiośnie raczej mowy nie ma:-)

Chcę już pójść do pracy i zająć głowę czymś niewymagającym rozpamiętywania. Dopiero teraz widzę, że miałam o sobie mylne zdanie. Nie jestem silna, odporna na przeciwności losu, na krytykę ludzi, nawet tych, na których mi nie zależy. I teraz to odkrycie swojej słabości rozkłada mnie emocjonalnie. Muszę nauczyć się z tym żyć, lub przestać roztkliwiać nad sobą. Muszę  podleczyć zranioną dumę i wytłuc demony z przeszłości. Tak wiele jeszcze muszę.

Kurczę! Albo niech mnie ktoś moralnie wesprze albo kopnie w tyłek, żebym przestała się użalać!!:-)))

Tuż przed powrotem……..

W Krakowie, tuż przed powrotem do domu………….

 

***

 

Trochę było Marcie przykro, że Mimi zabroniła mówić o swojej chorobie Łukaszowi. Nie chciała też zdecydowanie widzieć go w szpitalu. Może po prostu nie chce, żeby Łukasz zobaczył ją taką obolałą, no cóż, po operacji nie wygląda się zbyt kobieco. To na pewno o to chodzi – uspokoiła się Marta.

Niestety musiała Łukaszowi nakłamać, a tego nigdy nie lubiła. Kłamstwo dyskwalifikowało człowieka od razu. Białe kłamstwo ostatecznie była w stanie zaakceptować, ale nie blef dla własnych korzyści. Zbyt dobrze pamiętała swój ból, kłamstwa Pawła. To ciągle siedziało w niej, nic nie zapomniała.

Szpital, w którym Mimi była operowana wyglądał imponująco. Marta ze wstydem pomyślała o obdrapanych ścianach sal tego szpitala, w którym kiedyś leżała jej mama. Polska B! Rodzinne miasto powoli stawało się miejscem, z którego młodzież chętnie ucieka gdzie pieprz rośnie. Jeszcze będąc na studiach potępiała wszystkich, którzy wyjeżdżali. Dzisiaj myślała już zupełnie inaczej. Gdyby nie praca u Jeremiego pewnie sama byłaby  zmuszona do ucieczki.

       Mimi!  – wykrzyknęła radośnie na widok kobiety, chociaż jest twarz wyglądała mizernie.

          Marta, czekałam na ciebie, tak się cieszę, że w końcu mogę się do ciebie uśmiechnąć zamiast wyrysowywać te wszystkie lole i buziaczki.

          Nawet nie wiesz jak ja się cieszę. To dobrze, że moje szkolenie wypadło właśnie teraz.

Mimi, a właściwie Basia, miała obandażowaną szyję i widać było, że mówienie przychodzi jej z trudem.

          To dopiero drugi dzień po operacji. Nie mogę podnosić głowy, więc nie myśl sobie że coś ukrywam i dlatego tak patrzę spod oka. – zażartowała.

          Biedulko, bardzo boli?

          Jest zdecydowanie lepiej niż wczoraj. Najgorszy ten ból przy przełykaniu, po rurce od narkozy.

          Przyniosłam ci soki, mam nadzieję, że trochę złagodzą ból. Może kupić jakieś tabletki do ssania?

          Nie! Siedź tu przy mnie i opowiadaj o tym swoim szkoleniu i w ogóle! Przecież nie gadałyśmy już tydzień.

          To prawda, jak ty wytrzymujesz bez sieci? – roześmiała się Marta.

Wiedziała, że sieć wciąga, a Mimi była tego doskonałym przykładem. Kiedykolwiek nie włączała komunikator, ona tam była.

          Przeżywam to strasznie, chociaż wiesz, dostaję ciągle od kogoś z mojej grupy wsparcia telefony, albo sms’y. To miłe. Myślałam, że co z oczu to i z serca. A oni jednak o mnie pamiętają. Ty jesteś tego najlepszym przykładem – uśmiechnęła się Basia.

Marta już miała zacząć opowiadać Mimi o spotkaniu z Łukaszem, o tym że po tych dwóch dniach łączy ich znacznie więcej, ale w tym momencie weszła do sali kobieta. Była piękna, może w wieku Marty, może trochę starsza. Mimi zapoznała je ze sobą.

         Joanna pracuje niedaleko, więc często przychodzi do mnie w odwiedziny. Przyjaźnimy się od lat, właściwie od czasu studiów.

          To fajnie, że nie utraciłyście kontaktu mimo, że nie ma cię w kraju Basiu

          Prawdziwa przyjaźń przepłynie nawet przez ocean, że tak pojadę metaforą – uśmiechnęła się Joanna, a potem dodała puszczając oczko – czego nie można powiedzieć o miłości, która z czasem staje się tak leniwa, że nie jest w stanie przejść z pokoju do pokoju.

Joanna lakonicznie wytłumaczyła, że przeżyła piekło w małżeństwie, ale o szczegółach nie chciała mówić, tłumacząc, że to nie jest odpowiednia pora i miejsce. W dodatku dopiero się poznały. Nie chciała pozostawić  po sobie wrażenia cierpiętnicy.

Więc zmieniły temat tak skutecznie, że po chwili Mimi śmiała się i przyciskała rękę do szyi:

     Rozejdą mi się szwy, zobaczycie!