Prawie refleksyjnie

Wczorajszy tekst o konsekwencji poszedł w eter. Pisałam o tym, że czasem jestem konsekwentna, czasem nie, w zależności od okoliczności. Może to i dobrze, że poszedł w eter, bo tak teraz myślę, że właściwie nie ma nad czym deliberować. Normalka. Każdy tak ma.

Ostatni taki numer ze zniknięciem zdarzył mi się na początku blogowania, wtedy to był mój pierwszy tekst, który cieszył się dużą poczytnością, cieszyłam się, że mam fajne komentarze, aż w jakimś momencie… disappeared, a wraz z nim cała rozmowa. Wydawało mi się, że teraz już potrafię sobie radzić z własnym programem.

Jednak to przypominanie początków blogowania uświadomiło mi, że jestem tu już ponad dwa lata, w tym i poprzednim wcieleniu J. Czas oszalał.

Nie będzie żadnych podsumowań w związku z rocznicą, bo o tym dlaczego tu jestem pisałam przy innej okazji kilka miesięcy temu, nie ma sensu się powtarzać. Sam ten fakt jest jednak potwierdzeniem mojej konsekwencji, prawda?…. Przynajmniej dopóki nie zmienię zdania. 

 

No to w górę kielichy. Za Was! 

  

Reklamy

Scenka rodzajowa…

Jestem chora, 39 stopni gorączki, stan w którym umysł działa średniodobrze, z akcentem na średnio. Zatopiona w kołdrze po uszy słyszę słowa męża:

 – Kochanie, chcesz mieć 100 metrowe mieszkanie w Warszawie?

– A co, wypełniasz kupon w totka? – odpowiadam inteligentnie pytaniem na pytanie choć mówienie sprawia mi dziwną trudność.

– Ale musisz powiedzieć 100 razy że mnie kochasz – mąż zawiesza głos.

– To ja poproszę kawalerkę – mamroczę nurkując głębiej w piernaty.

Muzyka moje życie

Czy zastanawialiście się kiedyś dlaczego słuchacie takiej a nie innej muzyki? Dlaczego jedne dźwięki miękko prześlizgują się przez ucho, poprzez serce wprost do zakamarków Waszej duszy, a inne odrzucacie od razu i bez chwili wahania?  Pisałam już wielokrotnie o sobie, że pewnie na skutek pozytywnego nastawienia do życia i poczucia humoru, które przenosi się na postrzeganie świata i samej siebie, muzykę lubię zupełnie przeciwnej natury. Raczej nostalgiczną, smutną, rzewną, przesyconą życiowymi dramatami i rozdygotanymi emocjami. Już samo wyliczenie tych elementów brzmi tragicznie a co dopiero jeśli dodamy do niego odpowiednią oprawę muzyczną:-)  Bo przecież słowa to nie wszystko. Co jest ich dopełnieniem?? Oczywiste, że dopiero całość stanowi harmonijną pełnię, ale na czym skupiacie się najbardziej?? Dla mnie jest to zdecydowanie mocne uderzenie, perkusja, która wybija rytm, powoduje silniejsze bicie serca, szybszy przepływ energii przez wszystkie komórki mojego ciała. I dopiero wtedy, kiedy tak przygotowany organizm oswoi się z klimatem utworu cudownie jest usłyszeć linię melodyczną, którą tworzy głos wokalisty i ….? Tu każdy ma pewnie swoje ulubione dźwięki, dla mnie są to instrumenty klawiszowe. Jeśli w tle, w tym dalszym muzycznym planie usłyszę dźwięk fortepianu, który w swojego rodzaju kanonie tworzy wspólną bazę z głosem artysty, jest fantastycznie. Zamiast fortepianu mogą być instrumenty smyczkowe lub flet poprzeczny.  Oczywiście w dobie muzyki zelektronizowanej instrumenty bywają bardzo różne, a że ja generalnie jestem fanką nowości technicznych, więc w przypadku instrumentów też dopuszczam takowe. Tak  więc perkusja elektroniczna i elektroniczne smyczki, wszystko możliwe i dozwolone, fajne. Efekt bywa czasem zaskakujący, jednak wrażenie jakie robi na słuchaczu jest najważniejsze. Tak jest w przypadku „Libertango”, w wersji Moniki Brodki (TU), gdzie linia melodyjna wchodzi razem z perkusją, a do tradycyjnego tanga przenikają  elementy hip hoopu czy francuskiego rapu. Można i tak, nie każdy lubi Grace Jones (TU), choć i ona wzbogaciła akordeonową wersję o elektroniczne dźwięki. A przecież istnieje i opcja gitarowo-smyczkowa Astor Piazzolla (TU) i choćby ta zespołu Bond (TU). Niestety często podobne próby bawienia się muzyką krytycy nazywają najzwyklejszym kiczem, ale ten fakt pominę milczeniem, bo uważam to za kompletną bzdurę.

Na zakończenie jeszcze piosenka, którą lubię i do której często wracam, ze względu właśnie na ulubiony podkład muzyczny i słowa proste, zwykłe, słowa, które nie nazywają uczuć po mieniu ale jednak mówią wszystko to, co zakochana kobieta chciałaby usłyszeć od mężczyzny „Wymyśliłem Ciebie” Grzegorza Markowskiego i Miki Urbaniak (TU).

Celowo pominęłam kwestię stylów muzycznych, bo dla mnie to akurat nie ma najmniejszego znaczenia. W każdym z nich potrafię odnaleźć coś fajnego, coś nad czym mogę się na chwilę zatrzymać, co wyłowię z morza zupełnie nieciekawych utworów.

Podzielicie się ze mną Waszymi ulubionymi piosenkami? Linki mile widziane:-)

Sen nocy…….zimowej.

W ludzkim umyśle, w środku nocnego ładowania akumulatorów, muszą się dziać bardzo dziwne rzeczy…..Freud miałby wiele do powiedzenia, gdyby tak jakimś cudem mógł zacząć interpretować moje sny… Nie…nie zamierzam ich tutaj opowiadać… chociaż to byłaby iście literacka próba operowania słowem.

Bo moje sny są barwne, obrazowe, sugestywne, z fabułą akcji tak niesamowicie przypominającą jakieś alternatywne życie, że po obudzeniu się jeszcze długo jestem zdumiona, skąd ten mój własny, osobisty, jedyny w swoim rodzaju, niewidzialny reżyser czerpie pomysły. A scenariusze bywają naprawdę ….. brak mi słów;-)

 Podobno sny odzwierciedlają nasze ukryte pragnienia. W pewnym sensie na pewno tak. Pamiętam, że dopóki nie skończyłam studiów, często śniło mi się, że stoję przed egzaminatorem zupełnie nieprzygotowana do odpowiedzi, czułam wstyd, budziłam się z ulgą, że to nie jest prawda. Po zakończeniu studiów nie śniłam o tym ani razu!

Ale przepraszam bardzo sen, w którym z silosu wyciągam utopionego tam wcześniej trupa, takiego zielonego, rozkładającego się i śmierdzącego, że aż strach?? To ma być ukryte pragnienie??? Albo, w innym klimacie…, że kupuję pączki w przerażającej ilości, a potem widzę, że są tylko dwa, sen w którym szukam na parkingu samochodu, albo…..sen w którym uprawiam seks z mężczyzną, który w tymże śnie jest moim mężem, a którego nigdy w życiu nie widziałam na oczy?? Z obcym chłopem??;-)) Znaczy w tym prawdziwym życiu obcym, bo w sennym pewnie nie, skoro robiłam to co robiłam;-)). Kiedyś się przyznałam do takiego snu mężowi, to mnie opierniczył, że go w takim razie zdradziłam, i że on w takim razie ze mną nie gada, i w takim razie rozwód;-)

Także mam pewne poprawki do teorii Freuda;-))

Zresztą to wszystko chyba i tak lepsze niż sen, który miał mój znajomy. Śniło mu się, że ktoś go atakuje, więc niewiele myśląc rzucił się na potwora z zębami. Gryzł z całej siły szarpiąc głową zawzięcie na boki…..aż obudził go krzyk jego własnej żony, która próbowała mu wyrwać swoją rękę z buzi. Bardzo długo leczyła zmasakrowaną dłoń i do dzisiaj boi się spać w tym samym łóżku;-))

Ad hoc…

Właściwie to wszystko sprowadza się do akceptacji… siebie i innych.

Kolorów i bezbarwności.

Charakterów i charakterków.

Radości i smutku.

Akceptacji samotności lub ludzkiego gwaru.

Słońca i deszczowej brzydkiej pogody (która dla niektórych jest piękna)

Burzy i siedmiu barw tęczy  (niewidocznej dla pesymistycznego oka.)

Smaków i smaczków.

Młodości i pierwszych zmarszczek.

Nieporadności i poczucia że wszystko potrafisz.

Rozchełstania i zapięcia na ostatni guzik.

Nagości psychofizycznej i chowania się w mysiej dziurze.

Zgodności i wyrachowania.

Słabości i siły, która przenosi góry.

Uśmiechu i nadąsanej podkówki.

Dotyku i przestrzeni wokół.

 

 

A Ty tkwisz w tym, bujającym się pomiędzy dwoma biegunami mechanizmie, czasem w dole, czasem gdzieś na trasie roztańczonego wahadła, które wcale nie jest taki złe, nawet wtedy, gdy od nadmiaru wychyleń dostajesz mdłości:-)) Amplituda Twoich emocji nigdy nie będzie równa zeru;-))

A teraz???

 

Teraz w górę!!!

 

 

Miała głos, który wzbudzał zaufanie…

Miała głos, który wzbudzał zaufanie, pewnie dlatego ten ciepły i brzmiący dziwnie znajomo szept bardzo szybko rozproszył płytki sen śpiącej kobiety. Otworzyła oczy rejestrując jednocześnie nie dający się opisać, ani tym bardziej zdiagnozować promieniujący w okolicy serca ból. Z trudem łapała oddech, było jej na przemian gorąco i zimno.

Z niechęcią wygrzebała się z ciepłego łóżka, żeby wziąć tabletkę, ale za to, już po chwili mogła normalnie oddychać i myśleć, dlatego rozsądnie wytłumaczyła sobie, że to nie żaden głos ją obudził, tylko tykający w kuchni zegar, a może jej własny pies, który jak zwykle, bezczelnie wskoczył do łóżka. Tylko gdzieś głęboko pod czaszką ciągle jeszcze niczym rozklekotane dzwony, dudniły słowa: „musisz mu powiedzieć”.

Właściwie nic nowego jej się dzisiaj nie przyśniło, nic, czego by już wcześniej nie widziała w swoich snach. Ciemny pokój, muzyka dobiegająca zza zamkniętych na klucz drzwi, czyjś oddech zbyt blisko i zbyt natarczywie, niepokój, że coś jest nie tak, że nie powinno jej tu w ogóle być.

Monika nie lubiła ciemności, chorobliwie reagowała na zamknięte pomieszczenia. Dlatego na wakacje wybierali się tylko własnym autem, z którego w każdej chwili mogła wysiąść, odpocząć i rozprostować nogi. Nigdy też sama nie zamykała drzwi na klucz, zgrzyt zamka do dzisiaj drażnił pamięć.

Spojrzała na odwróconego do niej plecami, ciągle śpiącego męża, zdziwiona, że ostatnie wydarzenia tak bardzo ich od siebie oddaliły. Nawet zorganizowany przez nią sylwestrowy bal nie naprawił sytuacji, a zwykły drobiazg doprowadził do kłótni. Ze smutkiem patrzyła na porzuconą halkę, którą założyła wczoraj do sylwestrowej sukienki, rajstopy opalizujące delikatnym perlistym odcieniem złota i męża krawat bezradnie wiszący na poręczy krzesła obok białej, jedwabnej koszuli. Zauważyła złośliwie, że nawet ich ubrania leżały w rozsądnej odległości.

Przy śniadaniu nie było okazji do szczerej rozmowy. Ciągle jeszcze naburmuszeni, nie potrafili powiedzieć sobie dzień dobry, a cóż dopiero mówić o podejmowaniu tematów wymagających otwartości i szczerości. Więc rozmowa krążyła zdawkowo wokół jej dyżuru, który przypadł na noworoczną noc, wokół jego rozpoczętego i ciągle wymagającego poprawek referatu, wokół dzieci, śpiących w pokoju obok.

Potem mężczyzna wyszedł kończyć swoją pracę, a ona, zagubiona, nadal siedziała przy kuchennym stole.

Nagle wrócił, stanął w drzwiach trzymając w ręku jej telefon komórkowy i przez chwilę tylko patrzył z dziwnym wyrazem twarzy.

-Znowu do Ciebie dzwonił! – wysyczał – Mógłby mieć chociaż tyle przyzwoitości, żeby nie dzwonić kiedy jestem w domu. – dodał ostrym, napastliwym tonem, ale kobieta wiedziała, że jest po prostu urażony, rozżalony i w ten sposób maskuje bezradność.

-Słuchaj, tak dalej być nie może, musisz mnie wysłuchać – odpowiedziała stanowczo i bez chwili wahania.

Zaczęła mówić, a słowa wypłynęły z niej z taką mocą, jakby już od dawna czekały na ten moment, z cudowną ulgą i determinacją, że teraz, właśnie dzisiaj wszystko zostanie powiedziane. W krótkich przerwach połknęła kolejną przeciwbólową tabletkę, bo serce zaczęło znowu bić mocniej i gwałtowniej. I tak bardzo wszystko w środku bolało.

-To ja do niego zadzwoniłam – nie patrząc na rozczarowaną minę męża mówiła dalej –  tuż po tym jak nasza córka trafiła do szpitala. Wiedzieliśmy, że jej stan jest ciężki, że potrzebuje transfuzji, a nie mogliśmy pomóc, pamiętasz? Maciek, to cudowne, co zrobiłeś dla mnie kiedy byłam z nią w ciąży, ale … myślę, że oboje obawialiśmy się przez całe życie takiej właśnie sytuacji…Wystarczył jeden cholerny moment, jedna chwila jej nieuwagi – spojrzała na niego z rozpaczą –  przecież wiesz jaką ma niespotykanie rzadką grupę krwi. No więc zadzwoniłam do niego. Zadzwoniłabym nawet do samego Belzebuba gdyby było trzeba. Ania potrzebowała pomocy natychmiast. Wiec… umówiłam się z nim na spotkanie, a on, po pierwszym szoku, niedowierzaniu, złości na mnie i oczywiście na ciebie, że pomogłeś mi ukryć prawdę, zdecydował się pomóc. Tobie powiedziałam, że to szpital jakimś cudownym zbiegiem okoliczności znalazł dawcę. Maciek, przecież wiesz, że cudów nie ma…. i ja to wiem, i wiem też, że  twoja obecność wtedy w szpitalu mogła zepsuć wszystko, dlatego wolałam cię okłamać niż stracić dziecko. A potem Ania wyzdrowiała, a on dzwonił coraz częściej prosząc o kontakt, o spotkanie, w końcu zażądał widywania się z córką. Nazwał ją swoją córką! Czy nie rozumiesz, jak bardzo upokarzała mnie każda rozmowa z nim? Jakie obrzydzenie czułam patrząc na niego, mając ciągle w pamięci wszystkie okoliczności tamtego dnia, o czym on jakby zupełnie nie pamiętał! I z drugiej strony strach, że stracę ciebie…

W tym momencie ból w okolicy mostka stał się tak silny, że kobieta przestała mówić. Jej twarz wykrzywił nagły skurcz, przycisnęła rękę do serca, a potem z trudnością wyszeptała, że jest gorąco i poprosiła o otwarcie okna.  Zanim straciła przytomność, zdążyła wyszeptać jeszcze z dziwnym uśmiechem: „wszystko zostało powiedziane”.

 

Bez obietnic

Postanowień noworocznych nie budjet!.

Kiedyś lubiłam planować swoje życie, potem lubiłam łapać okazje, które porządkowały moje życie, potem udowadniałam, że żyję……teraz po prostu jestem:-)

Może inaczej niż kiedyś bym zaplanowała.

Może nie tak, jakby się komuś podobało.

Może nawet nie tak jak mi się podoba:-)

Ale to moja decyzja, mój splot okoliczności, tych samych, których kiedyś „nie umiałam zapleść z pojedynczych pasm niezrozumiałej słabości i lęku”, moja tęsknota i w dużym stopniu wyobcowanie.

Czy kiedyś zamienię to w trwałość i pewność własnej racji? Nie wiem….

Dlatego właśnie, taka bez przyszłości, nie obiecuję, nie pospieszam i nie stanowię:-))  

Czasem tylko, tak na jedną sekundę chciałabym usiąść po drugiej stronie lustra i spojrzeć na siebie okiem tamtej kobiety, ocenić, wyczytać to czego może sama nie zauważam. Zrozumieć.

  

PS. 1 A książka, którą czytam naprawdę fajna, polecam. Spokojna lektura bez ciśnień (taki młodzieżowy slandżek na zakończenie dnia;-)))

PS 2. Shift nadal się biesi.

PS. 3 W domu zimno jak diabli (miało być jak cholera, ale lepiej się komponuje z biesi;-), więc dogrzewam włączonym w kuchni gazem. I oczywiście siedzę w tejże kuchni………zmarzluch jeden:))

PS. 4. A może jednak wyłączyć gaz i się przyzwyczajać skoro lada dzień ma być  –20 stopni??