Poświąteczne pocztowe porządki poczynione:)

Onetowa poczta zmieniła swoją szatę graficzną, trochę utrudniając mi życie, bo setki przechowywanych w skrzynce wiadomości automatycznie zostały oznaczone, jako nieprzeczytane. Musiałam więc każdy jeden list znowu otworzyć, przeczytać, zastanowić się, dlaczego go zachowałam (bo przecież z jakiegoś powodu siedział tam do tej pory), zdecydować czy odleżał już wystarczająco długo, dezaktualizując się zupełnie i teraz zasługuje na delete.

To była blogowa podróż w czasie, ponieważ wśród zachowanych maili były nawet takie z 2007 roku, np. jakieś porady od doświadczonych blogerów, ważne dane adresowe, podziękowania, wyrazy uznania, słowa otuchy. Były też listy niechciane, przykre, wtedy zadziwiające swoją zjadliwością. Dzięki nim jednak uodporniłam się na zjawisko trollingu i dzisiaj potrafię ignorować osoby uprzykrzające życie.

Z każdym otrzymanym e-mailem wiąże się niewirtualne wspomnienie, bo przecież równolegle z wirtualnym toczyło się życie pozablogowe. I dlatego kiedy czytam maile od Misi, pamiętam cudowne lata w Lublinie i nasze spotkanie na deptaku, kryzys zakończony skasowaniem Bloga Beaty skumulował się w korespondencji ze Słoneczkiem, a listy E. to początki pobytu w Warszawie. 

Znalazłam też prawdziwą perełkę, czyli wysłany 15 lutego 2008 roku do siebie samej e-mail z załączoną listą znajomych blogów. Chciałam zachować w poczcie adresy ulubionych stron, żeby potem nie trzeba było korzystać z wyszukiwarki. Kiedy wczoraj zaciekawiona kliknęłam na zapisane linki okazało się, że jedynie kilka blogów nadal istnieje. Większość została skasowana, niektóre zmieniły właściciela przy zachowaniu nazwy (to jest możliwe w Onecie), nadal można poczytać, zarchiwizowany przez portal, blog Petroneli. Wciąż też istnieje, (i to już mnie dziwi) mój eksperymentalny blog sprzed kilku lat (nie Blog Beaty), który prowadziłam aż przez miesiąc w celach terapeutycznychJ. Zawsze myślałam, że po połowie roku ciszy Onet kasuje miejsce.

Porządki w skrzynce pocztowej wywołały szereg pytań, na wiele z nich pewnie nie będzie odpowiedzi, ale kilka napiszę:

Czy ktoś pamięta jeszcze Klub Beat?

Gdzie się podziewa Piotruś Szpan?

Misiu, czy już uporządkowałaś swoje sprawy?

Aido, wrócisz?

Czy egzystencja Egzystenta nie pozostawia czasu na pisanie?:)

Aisha, czy wszystko ok z dzidziusiem, martwię się?

 

Reklamy

Wesołych Świąt!

  

 

Moi Drodzy, niedługo minie piąty rok spędzony tutaj wspólnie z Wami.

Cieszę się móc znów złożyć Wam życzenia radosnych

 i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia,

dobrych dni w gronie rodziny i przyjaciół,

 w ciepłej atmosferze ludzi bliskich sercu.

Każda wspaniała chwila zapisuje się w pamięci,

każdy dobry uczynek w sercu i pozostaje tam na zawsze.

Oby było ich jak najwięcej.

 

                                                         Pozdrawiam świątecznie

                                                        Caffe

 

 zdjęcie z www.kartki.pl

Zupełnie nieświątecznie

Pan profesor Izdebski, badacz polskiej seksualności twierdzi, że chociaż bardzo dużo mówi się ostatnio o zdradach, zbyt dosłownych korporacyjnych integracjach, biurowych romansach, to nie jest tak źle, jak by się wydawało. Z jego badań wynika, że Polak staje się coraz wierniejszy! Do zdrady przyznaje się 21 % mężczyzn, podczas gdy jeszcze kilka lat temu przyznawało się 28 %. Połowa odpytanych panów stwierdziła, że zdrada w żaden sposób nie wpłynęła na jakość ich związku, w pozostałych przypadkach część się rozpadła, ale inne zdrada zdecydowanie wzmocniła.

Gdyby przez pryzmat analiz pana profesora spojrzeć na kwestię rozwodów, to mogłoby się wydawać rzeczą naturalną, że w ostatnim czasie spadła też liczba rozwodów. Nie ma przyczyny, nie ma skutku.

No właśnie niezupełnie tak.

Rozwodów jest rzeczywiście ostatnio mniej, ale nie dlatego, że mniej jest nieszczęśliwych związków. To raczej efekt tego, że żyjący ze sobą jak pies z kotem, po prostu nie rozstają się, mieszkają nadal pod jednym dachem i płacą wspólnie rachunki, (z tym to akurat różnie bywa).

Moi Drodzy, mamy kryzys!

Kogo dzisiaj stać na to, żeby unieść się honorem i wyprowadzić z domu? Bojaźliwi obawiają się wystawienia walizek za drzwi, zdając sobie sprawę, że za tymi drzwiami czekają nowe kłopoty. Ostrożni kalkulują extra koszty związane z wynajęciem mieszkania, odrębnymi zakupami, gotowaniem, alimentami itp. Do tego dochodzi podział majątku, sprzedaż mieszkania, kupno nowego, wspólne dobra. A dzisiaj na sprzedaży się raczej traci.

Summa summarum wszystko ma wpływ na ludzkie decyzje. Wyrachowanie, instynkt samozachowawczy, strach przed utratą ustalonej już pozycji, strach przed nieznanym. Pamiętacie, co mówił o Kargulu Pawlak? „Wróg, a wróg, ale swój, mój, na własnej krwi wyhodowany. Trzeba szukać nowego wroga, jak tu pod bokiem jest stary?”. Właśnie tak postrzega się nielubiane żony lub mężów. Zło konieczne, wróg nr jeden, ale jednak wróg znany, z rozpracowaną instrukcją obsługi, zakodowaną taktyką i strategią obrony.

Tak więc, dopóki sytuacja w domu drastycznie nie zbliży się do patologii, strony związku przeżywającego kryzys cierpią, ale nie rozwodzą się, i nie wyprowadzają z domu.

Nadal w tematyce świątecznej

Wiele osób nie lubi kupowania świątecznych prezentów. Myślę, że można wymienić tu trzy główne przyczyny:

1.       Kupowanie prezentów pod choinkę jest jakąś formą przymusu, a człowiek to istota z natury wolna, więc się buntuje. Choćby tylko wewnętrznie.

2.       Każdy lubi prezenty oryginalne, bylejakość nudzi i wprawia w zakłopotanie typu „ojej, znowu skarpetki?”, więc próbujemy szukać czegoś fajnego, ciekawego, a to wymaga zaangażowania i czasu, którego nam ciągle brakuje.

3.       Prezenty kosztują, w dobie kryzysu mogą być dotkliwym balastem. Często kupujący nie wie, w jakim finansowym zakresie się poruszać, żeby nie kupić zbyt taniego prezentu  i nie wyjść na sknerę, lub zbyt drogiego i nie wyjść na szpanera.

Jeśli chodzi o przymus, to jest nim w jakimś sensie również szykowanie wigilijnych potraw, pieczenie ciast czy mycie okien, a przecież wszystko to robimy. Większość kobiet podchodzi do tych czynności jak do zła koniecznego, ale trzeba pamiętać, że zrzędzenie odziera święta z magii. Osobiście też nie lubię mycia okien, dlatego staram się robić to na tyle wcześnie, by nie kojarzyło mi się ze świętami. To nic, że w Wigilię nie są już tak lśniące, jak tuż po, ale za to nie padam na twarz ze zmęczenia.

Tak więc przymus psuje przyjemność, a kupowanie prezentów, zamiast sprawiać radość obu stronom wydarzenia, staje się odrabianiem pańszczyzny. A nie o to chodzi!

Dlatego właśnie staram się robić zakupy świąteczne przez cały rok. Kiedy coś mi wpadnie w oko, trafi się fajny drobiazg kupuję i już. Mam w swojej szafie takie miejsce na świąteczne prezenty i bardzo się cieszę, gdy ich przybywa.

Oczywiście, że kupowanie prezentów uzależnione jest od zasobności portfela. Jeśli nie jestem ograniczona kwotą lubię zaszaleć, ale zdecydowanie bardziej od prezentów oszałamiających ceną, wolę te oszałamiające pomysłem.

Prezent pomysłowy odsłania duszę kupującego, świadczy o jego poczuciu humoru, wrażliwości, o zażyłości, o tym, w jakiej jesteśmy relacji z drugim człowiekiem.

Ja chyba najbardziej lubię prezenty tematyczne, nawiązujące do wspólnie przeżytych wydarzeń, jakichś rodzinnych historii, czy historii zupełnie obcych, ale związanych z odbiorcą. Kiedyś dziewczynie, która właśnie odebrała prawo jazdy, kupiłam charmsa* w kształcie kabrioletu, wręczając dodałam „masz już prawo jazdy – czas na samochód”. Było śmiesznie, a prezent się spodobał. Ładny, ale nie zabójczo drogi. Kilka lat temu, wszystkim kobietom, z którymi spotkałam się w święta, wydziergałam na szydełku ciepłe chusty. Każda miała inny wzór i kolor, dopasowany do ubrań, które nosi, w kolorystyce, jaką lubi. Myślę, że były zadowolone, a że same nie umiały szydełkować, doceniły moje starania.

Wydaje mi się, że w tym wszystkim nie chodzi o takie prezenty, które ktoś potem odstawi na półkę i zapomni (chyba, że jest to oczekiwana rzeźba), czy też spojrzy na prezent i zapomni (chyba, że jest to oczekiwany obraz). Trzeba odnaleźć dobrą, sensowną granicę pomiędzy prezentem użytecznym, a zupełnie niepraktycznym. Połączenie intencji, intuicji i wyczucia gustu drugiej osoby są kluczem do sukcesu.

Moi Drodzy, ponieważ brakuje mi jeszcze kilku prezentów rzucam hasło: szukajmy klucza!……… bo święta tuż tuż.

 

 

* informacja dla panów, charmsy to wisiorki przypinane do srebrnej (i nie tylko) bransoletki. Dopinając kolejne, można skomponować oryginalną, niepowtarzalną biżuterięJ

Osamotnieni w święta

Ze świętami Bożego Narodzenia wiąże się tak wiele kwestii, że właściwie nie wiem, od czego zacząć, a coś napisać bym chciała. Mam taką wewnętrzną potrzebę 🙂

O religijnej stronie nie będę wspominać, bo to jest sprawa zindywidualizowana, a o własnej religijności tym bardziej nie będę, bo kogo to interesuje.

Niech więc będzie… o samotności.

Poza sacrum najważniejsza jest, według mnie, potrzeba bliskości. Niektórzy mają w tym względzie tak duże braki, że aby obronić się przed depresją, smutkiem i wyalienowaniem, uruchamiają machinę przeniesienia. Niechęć odczuwaną w związku z samotnością, przenoszą na święta, które kojarzą się z miłością i radością. To oczywiste, że właśnie w święta (i w ogóle w wolne dni od pracy) najbardziej tęsknimy za ukochanymi osobami, rodziną, dziećmi, przyjaciółmi. Mamy dużo czasu, więc chcemy z kimś porozmawiać, podzielić się wrażeniami, chcemy zagrzać się w cieple domowego ogniska (oklepana metafora, ale co tam).

Jeśli samotność jest stanem długotrwałym, to w kręgu jej głębokiej pustki w końcu narodzi się niechęć, złość i depresja. Zaczną wkurzać bombeczki, choinki, mikołajki, sanki, wszechobecne obrazki szczęśliwych rodzin i zakochanych par. Pojawi się złudne przeświadczenie, że gdyby nie święta, to wszystko byłoby ok.

Takie przeświadczenie tkwi w człowieku pomimo racjonalnej świadomości, że negowanie świątecznej atmosfery, jest bez sensu. A jest z różnych powodów, po pierwsze one i tak nadejdą, bo zawsze nadchodzą, cyklicznie, rok po roku, może jedynie z coraz większym marketingowym, zamerykanizowanym zamieszaniem wokół. Czy się to komuś podoba, czy nie. Po drugie, istnieją jednak ludzie, którzy się nimi naprawdę cieszą (naprawdę!) i na szczęście jest to przeważająca grupa.

Dlatego w sytuacji zaprzeczania najlepiej zastosować starą dobrą zasadę, jeśli nie możesz czegoś pokonać, spróbuj to polubić. Warto się trochę zmusić by odnaleźć w sobie radość z dziecinnych lat, przypomnieć, co lubiliśmy robić kiedyś, co chcielibyśmy zrobić teraz, tylko może w ferworze codziennego zabiegania brakuje czasu.

Często okazuje się, że jesteśmy samotni na własne życzenie, że otaczamy się niewidzialnym murem, bo życzliwe gesty innych ludzi błędnie odbieramy, jako ich użalanie się nad nami. Nawiasem mówiąc to dziwne, że zawsze najpierw bierzemy pod uwagę czarny scenariusz, negujemy serdeczność, próby nawiązania przyjaźni, zainteresowanie. Czy naprawdę łatwiej przyjąć, że jesteśmy dla kogoś ciężarem niż darem od losu? Tak mało siebie lubimy by uwierzyć, że ktoś nas lubi, że komuś na nas zależy, że to nie litość?

Pamiętajmy, że większość z nas nosi w sobie dziecinne marzenie, by chociaż raz, na pozostawionym zgodnie z tradycją pustym krześle, usiadł niespodziewany gość.

Może więc pozwólmy stać się dla kogoś wyczekiwanym przez lata niespodziewanym gościem.  

Lub postarajmy się, by ktoś stał się niespodziewanym gościem dla nas.

 

Z cyklu różności i dziwności

Już mam taki cykl w swoim blogu, zapoczątkowany notką z dnia 24 marca 2011r. (i chyba jeszcze jedną sprzed dwóch lat), dzisiaj mogę w nim zamieścić kolejną, w związku z ogłoszeniem, które wyczytałam w „Metrze” w ubiegłym tygodniu.

 

„Zdzisiu, poznany na wieczorku dla samotnych w Sosnowcu, ponad dwa lata temu – bardzo proszę, odezwij się (tu podano numer telefonu)”.

 

Więc…

Albo dwa lata temu Zdzisio nie był zbyt przekonujący, albo kobieta* jest bardzo niezdecydowana, albo ogłoszenie stanowi zaszyfrowaną informację, a ja wpadłam na trop jakiejś międzynarodowej afery 😉

 

*stereotypowo przyjęłam, że to jednak kobieta

Pies nie jest prezentem na gwiazdkę, pies to gwiazdka sama w sobie:)

Psiarze dzielą się na tych, którzy pozwalają swoim psom spać we własnym łóżku i tych, którzy się do tego przyznają

Psiarze wybaczą ukochanemu pupilowi wszystko: pogryzione buty, odrapane meble i traktowanie dywanu jak miejskiego wychodka. To wszystko oczywiście do czasu, aż się szczeniak nauczy dobrego wychowania. Trzeba tylko pamiętać, kto tak naprawdę odpowiada za jego wychowanie.

Jeśli więc pies nie został nauczony samotnego pozostawania w domu, i potem za każdym razem żali się szczekając i doprowadzając wszystkich sąsiadów do szewskiej pasji, to nie jest wina psa!

Jeśli nie potrafi się zachować i już na klatce schodowej zaczyna załatwiać swoje potrzeby, to nie jest wina psa!

Pies jest zwierzakiem stworzonym do nauki i uczy się aż do śmierci. Ale, jak każdy uczeń, potrzebuje nauczyciela. Sami wiecie jak to jest/było w szkole. Dobry nauczyciel sprawia, że uczeń chce korzystać z wiedzy, że się przy tym świetnie bawi (no dobra, z tym „świetnie” to nie przesadzajmy), a egzamin wspomina po latach jak jakąś bajkę z happy endem. Zły sprawia, że trzeba tą bajkę powtarzać i powtarzać wielokrotnie.

Naturalnie, co uczeń to inne predyspozycje, ale jeśli się delikwenta w ogóle nie uczy, to i predyspozycje na nic.

Kiedyś (w zamierzchłych blogowych początkach) pisałam o swoim psie. Mimo niewielkiego wzrostu (a ktoś by złośliwie powiedział, że i niewielkiego rozumku), mój pies umie sporo. Jest jednak na tyle sprytny, żeby się tym nie chwalićJ.

Więc czasem po prostu udaje, że nie pamięta mojego karcenia, gdy gryzie róg poduszki, tej szczególnej, mięciutkiej, pachnącej pańcią. Jednak wystarczy moje krótkie „a fe!” i natychmiast zamienia jaśka na ulubionego gryzaka

W nocy, bezczelnie wskakuje do mojego łóżka i stuka łapą w ramię dotąd, aż odchylę kołdrę. Dlaczego na to pozwalam? Ojejku, bo tak sobie myślę, że może biedulek marznie śpiąc w budzie, która stoi na podłodze, a może pokój z perspektywy tejże podłogi wydaje mu się nieprzyjazny i może w dodatku boi się ciemności.

A może po prostu lubię czuć to włochate ciałko ufnie przyklejone do moich pleców albo jak średniowieczny miecz rozciągnięte między mną a mężem.

Usypiam ukołysana jego chrapaniem.

I co dziwne, jego chrapanie zupełnie mi nie przeszkadza.

A jednak!

Zawsze to podejrzewałam, a teraz już nie mam wątpliwości.

Nie trzeba nikogo łudzić zapewnianiem.

Pocieszać „rzeczą gustu”.

Ani żadną inną rzeczą, która jego jest….czy jakoś tak.

Bo zostało dowiedzione naukowo przez Francuza i trzeba ten dowód przyjąć z pokorą, bez rozpaczy i rwania włosów.

Szkoda włosów nawet, jeśli nie są blond (patrz kilka zdań dalej).

Otóż rozmiar kobiecych piersi ma znaczenie oraz wpływ!

A już na pewno ma znaczenie, gdy to właśnie kobieta chce złapać stopa. Im większe „błękitne oczy” tym większe szanse na zatrzymanie samochodu.

Jeśli w dodatku, cudownym zrządzeniem losu, posiadaczka powyższych jest blondynką, to sukces murowany.

Badania zostały przeprowadzone w znacznie szerszym zakresie, ale czy po tym wstępie kogoś w ogóle zainteresuje informacja, że zabrany autostopowicz powinien być taktowny? Że nie wypada zaraz po zajęciu miejsca w aucie zapaść w drzemkę? Że jeśli kierowca nie ma ochoty na rozmowę, to nie należy go zagadywać, a jeśli już rozmawia, to wypada poruszać tematy w sposób wyważony i taktowny? Bo właśnie zachowaniem autostopowicz płaci za przejechane kilometry.

Czasem jednak płaci np. jak za ulgowy bilet, bo niektórzy kierowcy dorabiają sobie tzw. „braniem na łebka”, cóż, dawne dobre czasy minęły bezpowrotnie, (że się tak optymistycznie wyrażę).

Btw, podobno dzisiejsze dzieciaki nie znają pojęcia „brać na łebka”, czyżby nie oglądały „Podróży za jeden uśmiech”?:-)

Relacja z ostatnich dni.

Piątek

Wieczór spędzony na relaksowaniu się. Stwierdziliśmy, że nie robimy nic, bo coś zaplanowaliśmy na sobotę. Cudownie jest raz na jakiś czas spędzić wieczór w pozycji horyzontalnej oglądając ciekawe filmy. Ja akurat czytałam książkę, ale to szczegół.

 

Sobota

Okna umyte, firanki uprane, uprasowane, wiszą.

Obiad ugotowany. Zupa wysublimowana, ponieważ jestem w transie zupowym. Po latach traktowania pierwszego dania po macoszemu, zaczęłam się przykładać. W sensie smaku zawsze było ok, ale zupy stanowiły tylko obowiązkową część obiadu, nie skupiałam się na wymyślaniu nowości, raczej odrabiałam pańszczyznę. Teraz natomiast wymyślam, kupuję nieużywane dotąd przyprawy, testuję nowe smaki, a potem testuję rodzinęJ. W sobotę ugotowałam szpinakową, kolor zielony przełamałam żółcią parmezanu i bielą migdałowych płatków. Pycha!

Wieczorem w planie Stare Miasto i koncert. Dotarłam, co prawda dopiero na 17, ale coś tam usłyszałam i to, co najważniejsze zobaczyłam. Rok temu połamana żałowałam, że po raz kolejny nie udało mi się obejrzeć Wielkiej Iluminacji, dlatego w tym roku nie planowałam. I właśnie udało się! Byłam, widziałam, zdjęcia i filmik zrobiłam (zdjęcia poniżej, filmik marny). Choinka zapłonęła milionem światełek i wyglądała bardzo świątecznie.

Naprawdę święta już za trzy tygodnie???

Janowski zmienił rytm, a nawet melodię niektórych kolęd, czego strasznie nie lubię. Uważam, że pieśni bożonarodzeniowe, (ale też pieśni kościelne w ogóle) powinny być śpiewane w oryginalnej wersji, i właściwie nie wiem, dlaczego tak mam. Może chodzi o magię, o zapamiętane w dzieciństwie dźwięki, a razem z nimi zapamiętaną beztroskę i radość? Może zmiana melodii burzy, istniejący w mojej głowie, sielski obrazek i świąteczny klimat?

Jednak tym razem stało się coś dziwnego.

Stałam tam, w tłumie setek innych osób, patrzyłam na sztuczny (niestety) śnieg, na piosenkarza, który prowadził koncert, fajnie śpiewał i najwyraźniej bardzo dobrze się przy tym bawił, w rozpiętym płaszczu podrygiwał, wręcz tańczył na scenie i w pewnym momencie stwierdziłam, że podoba mi się, że mogę tego słuchać, że jest ok! To chyba też jakaś magia. Magia wspólnego koncertowania?

           

Czarne cienie na tle choinki to operatorzy kamer telewizyjnych. Niestety stali wyżej ode mnie. Na lewym zdjęciu w saniach prawdziwy św. Mikołaj. Machał do nas, a my do niego 🙂

 

Niedziela

Relaks, relaks, relaks. Prawie jak piątek, tylko ze świadomością, że „jutro” poniedziałek.

 

Poniedziałek

Powrót do rzeczywistości.

Chociaż właściwie to, co jest tą rzeczywistą rzeczywistością, czy krótkie weekendy, czy długi pracowity tydzień? Tylko mi nie piszcie, że jedno i drugieJ

 

Wtorek

Św. Mikołaj!! Dostałam prezent i cieszę się jak dziecko, prezent trafiony w 100 %.

Nie tak, jak u jednej pani opisanej dzisiaj w Onecie, która dostała od swojego faceta przyrząd do usuwania włosów w nosie i uszach! Nie dziwię się, że już nie są razemJ

 

A czy Wy byliście grzeczni? Odwiedził Was św. Mikołaj? Dostaliście prezent?

O policjantach refleksja krótka

5-latek z Kalifornii, cierpiący na ADHD został skuty kajdankami i wyprowadzony z lekcji wkrótce po tym, jak zaczął zachowywać się agresywnie, zrobił awanturę w klasie i kopnął funkcjonariusza policji. Funkcjonariusza, wezwanego przez szkołę właśnie po to, by wychowawczo podziałać na dziecko.

Właśnie za ten atak na policjanta dziecko zostało aresztowane i zawiezione do szpitala psychiatrycznego, bez informowania rodziców. Nie zezwolono więc nawet na telefon do najbliższej osoby.

Oczywiście w USA zawrzało, ale po burzliwej debacie na temat postępowania policjanta okazało się, że większość Amerykanów popiera jego stanowcze działanie. Rozumieją, że najważniejsze jest efektywne działanie policji na rzecz bezpieczeństwa obywateli i dla wspólnego dobra. Bez wyjątku.

Wyobrażacie sobie podobny incydent w Polsce? Już widzę nagłówki w stylu: przekraczający swoje kompetencje, niesubordynowany policjant znęca się nad biednym chorym chłopcem. Żyjemy przecież w kraju, w którym klaps jest przestępstwem, dlatego z całą pewnością przypadek omawiałyby wszelkiego typu rady, komisje, sądy, partie feministyczne, komitet obrony praw dziecka, Fundacja Kidprotect, katolickie zrzeszenia oraz sejm i senat na przemian albo jednocześnie.

Mimo, że sama mam lekki dylemat moralny, bo dziecko rzeczywiście było chore, to jednak muszę pochwalić skuteczność działania funkcjonariusza.

Rozumiem Amerykanów. W USA policjant ma zawsze rację, budzi szacunek oraz uznanie, a jego decyzje nie podlegają dyskusji i są wypełniane bez szemrania (z wyjątkiem grup kryminogennych, ale to chyba oczywiste).

A u nas? U nas policjant uczy się języka angielskiego, (bo zbliża się Euro), uczy się udzielać pierwszej pomocy medycznej, (co akurat jest dobre), niby uczy się też tych wszystkich spraw związanych z samoobroną, używaniem broni, sprawnością itp, ale jednocześnie ograniczają go procedury, ustawa o Policji i regulamin, którego musi przestrzegać. A jak to potem wygląda na ulicach, to wystarczy się cofnąć pamięcią do dnia 11 listopada br,

Wcale nie chcę krytykować policji, robią, co mogą w sytuacji, w jakiej się znajdują, przy niskich zarobkach i wysokim poziomie stresu. Żyjemy w Polsce, a nie w USA.

Tylko…. tak bardzo bym chciała czuć się bezpiecznie, mieć zaufanie i pewność, że oni są dla nas, na każde nasze pełne nadziei, strachu i obaw wezwanie. Że są silni, zdecydowani i stanowczy, jak ten Amerykanin.

Tak fajnie byłoby móc się nie bać.