Płeć a globalne ocieplenie

Gdybym nie wiedziała, jaki jest dzisiaj dzień, to czytając artykuł w Rzeczpospolitej pt. „Klimat szkodzi kobietom” pomyślałabym, że Prima aprilis.

Parlament Europejski uznał bowiem, że zmiana klimatu nasila dyskryminację kobiet i wydał rezolucję wzywającą państwa europejskie, by w swoich strategiach na rzecz przeciwdziałania klęskom żywiołowym uwzględniły aspekt płci.

Ale że co? Że mężczyznom się z upału mózg lasuje i dyskryminują?

Podobno „bez sprawiedliwości w dziedzinie klimatu nie da się osiągnąć prawdziwej równości płci”. Szczerze mówiąc wykazałabym całkowite zrozumienie gdyby chodziło o równość geograficzną, przyznałabym, że istotnie mieszkańcy naszej części Europy są poszkodowani, bo bliżej Basenu Śródziemnomorskiego słońce grzeje cały czas. Nie przyszłoby mi jednak do głowy, że inaczej grzeje kobietom a inaczej mężczyznom. Skoro tak, to od dzisiaj będę się domagać więcej!! Natychmiast!!

Podobno trzeba też przeanalizować politykę „łagodzenia zmiany klimatu, skoncentrowanej przede wszystkim na wymiarze płci”.

Błagam, niech mi to jakaś (bez obrazy) feministka wytłumaczy, bo ni jak nie rozumiem, co ma piernik do wiatraka?

Poważnie się też zastanawiam się, czy przypadkiem komuś się klimat nie pomylił z klimakterium. To drugie jest dla kobiet rzeczywiście nieprzyjemną sprawą.

Reklamy

"Czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko"

W dzieciństwie część wakacji zawsze spędzałam u babci. Pamiętam ją ciągle krzątająca się po domu, zawsze coś prała, sprzątała, gotowała, a jeśli już na chwilę usiadła, to z nieodłącznym szydełkiem w dłoni lub paciorkami różańca. Bo babcia zawsze miała jakąś robótkę, co zresztą w gospodarstwie nie było niczym dziwnym.

A kiedy coś się zapodziało, zgubiło w domowych zakamarkach ruszała do boju.

Jak każdy praktykujący katolik zaczynała poszukiwania od wypowiedzenia magicznej formułki: „św. Antoni wola twoja, niech się znajdzie zguba moja”, którą potem powtarzała jak mantrę do czasu, aż szczęśliwie odnaleziona rzecz wracała do właściciela.

I najczęściej tak się właśnie działo!

Oczywiście za sprawą babci i św. Antoniego.

Tymczasem dzisiaj przeczytałam, że badania przeprowadzone w USA w jakimś sensie potwierdzają religijną praktykę, choć oczywiście nie odnoszą się do samej religii. Naukowcy twierdzą, że właśnie takie mruczenie pod nosem nazwy zagubionej rzeczy w trakcie jej poszukiwania, jest źródłem sukcesu*. Mówienie do siebie sprawia, że lepiej się skupiamy na przedmiocie i skuteczniej sterujemy zachowaniem. Prawdopodobnie skupienie porządkuje pamięć, uruchamia łańcuch skojarzeń. Przypominamy sobie okoliczności i wykonane czynności. Uruchamiamy proces przyczynowo skutkowy odblokowujący zakodowaną wiadomość, czyli przypominamy sobie, gdzie odłożyliśmy daną rzecz.

Logiczne i genialne w swojej prostocie.

Ale jak to jest, że naukowcy potrzebowali setek lat na wyciągnięcie wniosków, które prości ludzie przekazywali sobie z pokolenia na pokolenie?  😉

 

*dzisiejsze Metro                                       

 

Że jestem gadżeciarą już pisałam prawda?

Wczoraj wybrałam się na spacer w celu testowania możliwości mojego nowego smarfona.

Jedno ze zdjęć poniżej wstawiłam po to, by podzielić się z Wami wiadomością, że niedługo zakwitną magnolie, a drugie – bo fajne.

Coś mi się kliknęło, coś przestawiło i wyszedł …..rysunek.

 

 

 

 

A ponieważ nie podaję marki telefonu (nikt mi nie zarzuci reklamowania produktu) dodam, że robi on całkiem przyzwoite zdjęcia panoramiczne. Oczywiście najlepsze wychodzą w dobrze naświetlonym miejscu, ale do tego zdążyłam się już przyzwyczaić. Telefon to nie aparat, same piksele nie wystarczą.

Jak zrobię jakieś superhiperodlotowe ujęcie, to znowu się pochwalę, dobra?;-)

Urzędnik państwowy, czyli funkcja generująca kumulanty

  W moim rodzinnym mieście ktoś bardzo ważny, piastujący odpowiedzialne stanowisko w urzędzie miejskim, podpisał zgodę na wycięcie drzew na jedynym w okolicy, osiedlowym skwerku. Za to obiecał pawilon handlowy. Dziesiąty w tej dzielnicy. Dzisiaj urzędnik tłumaczy się, że owszem, wyraził zgodę na wyrąbanie drzew, ale kilku, nie kilkunastu. Ktoś się po prostu pomylił przy wyrębie.

No więc nieśmiało pytam: czy istnieje jakieś prawdopodobieństwo, jakiś iloraz szans (pozostańmy w obszarze matematyki jeszcze przez chwilę), że ten ktoś najpierw wziął niezłą kasę, a potem się pomylił?

Zresztą takie matematyczne pomyłki są ostatnio dosyć modne. Na przykład niedawna akcja grupy antyterrorystycznej, która zdemolowała czyjeś mieszkanie i nieomal doprowadziła do zawału jego właścicieli, bo pomyliła piętra. Bo w tym konkretnym miejscu miało przecież trzecie, a nie drugie!

Ojejku, każdemu może się zdarzyć, prawda?

Może na przykład ktoś był chory na tej lekcji matematyki, a dzisiaj mu każą wysiłek arytmetyczny podejmować.

Trochę wyrozumiałości!

Mieszkanie się posprząta, a drzewa? 

Się posadzi nowe i się zrównoważy, a że dopiero za jakieś 50 lat… no to będzie jak znalazł dla wnuków.

 

 

 

 

Nie pochwalam wycinki drzew, ale poniższe zdjęcia pokazują, że Polacy kochają teatralne gesty, które z kolei mnie przyprawiają o gęsią skórkę tak samo jak urzędnicza głupota. Na każdym z siedemnastu pni stoi taki znicz.

Cyfryzacja seniorów

  

Przeczytałam ostatnio dwa artykuły na temat korzystania z Internetu przez osoby powyżej 50 roku życia. Jeden mówił o radości, jaką daje starszym Polakom korzystanie z Internetu, drugi, że ci sami Polacy nie odczuwają potrzeby korzystania z nowych technologii, a co za tym idzie, czują się wykluczeni cyfrowo. I mimo pozornej sprzeczności oba artykuły są prawdziwe.

Jest w tym wieku bowiem grupa ludzi otwartych na nową wiedzę i grupa tych, którzy uważają, że komputer nie jest im do niczego potrzebny. Jedni są poszukiwaczami, drudzy pozostali w erze przedinternetowej.

W mojej rodzinie jest pewien prawie 80-latek, który kilka miesięcy temu stał szczęśliwym posiadaczem „laptoka” i dzisiaj potrafi nie tylko wysyłać e-maile (z załącznikami!), ale także sprawdzić sobie stan konta bankowego, zrobić przelew, czy skontrolować rachunek telefoniczny on-line.

Bywają przy tym sytuacje zabawne. Kiedyś zadzwonił do mnie zmartwiony, że zepsuł komputer, bo mu się ekran odwrócił do góry nogami a ponieważ jest tak nastawiony na nową wiedzę i sukces w tym zakresie, a jego umysł ciągle niezmienne chłonny, nie tylko „naprawiliśmy” ekran, ale zrobiliśmy to zdalnie, przez telefon. Byłam pod wrażeniem, bo przesuwanie myszką po przestawionym ekranie jest trudne nawet dla osoby zawansowanej technologicznie. Zresztą właśnie korzystanie z myszki i pisanie na klawiaturze sprawia seniorom największą trudność. Nie jest łatwo skoordynować obie ręce, czy nauczyć się pisać bezwzrokowo, na szczęście to nie jest warunek konieczny.

Dla seniorów system plików, folderów i wyszukiwarek jest czasem nie do ogarnięcia. Moja mama nigdy nie nauczyła się odtwarzania kaset VHS*, więc z całą pewnością nie zajmie się jeszcze bardziej skomplikowanymi urządzeniami. Cieszę się, że opanowała telefon komórkowy i pilot do nowego telewizora, reszta jest mniej ważna.

Tak więc, wszystko zależy od samozaparcia i zacięcia do nauki.

 

Dlatego w tym miejscu następuje apel do Poziomki: nie ściemniaj mi więcej, że jesteś komputerowa inaczej, tylko do roboty! Bo Cię wspomniany już 80-latek prześcignie w umiejętnościach i dopiero będzie Ci wstydJ

 

 

* jeden z artykułów z wczorajszej Rzeczpospolitej, drugi z odnośnika w internetowym wydaniu dziennika.

* zdjęcie znalezione tu: http://tech.wp.pl/kat,1009791,title,Powstala-Koalicja-Cyfrowego-Wlaczenia-Generacji-50,wid,12053627,wiadomosc.html?ticaid=1e40a

*Jeziu, znowu mi wytykają błędy….nie FHS (Filesystem Hierarchy Standard) tylko VHS (Video Home System), poprawiam, żeby nie było, że Caffe jest niereformowalna 🙂

„Fajny film wczoraj widziałem. A momenty były?”

Nie było i to duża zaleta tego filmu, bowiem polskie produkcje uwielbiają epatować nagością nawet tam, gdzie nie ma potrzeby. Doceniam fakt, że reżyser nie próbował pokazać gołej pupy czy odkrytego biustu, tylko po to, żeby przyciągnąć widza.

Jednak gdyby mnie ktoś zapytał, czy jestem pod wrażeniem filmu „Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć”, to zdecydowanie nie. Może oczekiwałam czegoś więcej, a może za bardzo skupiłam się na porównywaniu.

Bardzo rozpraszał mnie Tomasz Kot, Piotr Adamczyk i Wojciech Męcwaldowski. Wszyscy trzej ostatnio najczęściej obsadzani w rolach komediowych sprawiali, że przez cały film zastanawiałam się czy już powinnam zacząć się śmiać czy jeszcze nie. Zdaję sobie sprawę, że takie mogło być zamierzenie reżysera, który chciał stworzyć pastisz kultowego filmu, czy pastisz filmu przygodowego w ogóle. Ponieważ jednak oczekiwałam jakiegoś kulminacyjnego momentu, tego szczególnego, w którym będę mogła wybuchnąć radosnym „ha ha ha”, a nie doczekałam się, czuję niedosyt. I tak sobie myślę, że jeśli to jednak nie miał być pastisz, tym większa konsternacja oglądającego.

Absurdem było obsadzenie Trzebiatowskiej w roli 17-latki. Są aktorki, które mimo dojrzałego wieku z sukcesem grywają młodsze kobiety (np. Dominika Gwit, 24 latka, wcielająca się w rolę licealistki, w czym jest bardzo przekonywująca). Trzebiatowska wyglądała jak dzidzia piernik, przybierając pozy w stylu „bo ja jestem taka mala”.  Równie źle wyglądała ucharakteryzowana na 50-latkę. W obu przypadkach niewiarygodna i bardzo słaba warsztatowo.

Podoba mi się dobre nawiązanie do takich amerykańskich produkcji jak „Poszukiwacze zaginionej arki” czy „Tylko dla orłów”, bo nikt się nie musiał zastanawiać, sceny w oczywisty sposób przywodziły na myśl te z oryginałów, a jednocześnie nie przysłaniały akcji polskiego filmu. Doceniam także fajne ujęcia mimo trochę marnych efektów specjalnych, niemniej jednak amatorzy krwistych filmów powinni być zadowoleni, bo tu krew leje się strumieniami niczym w ekranizacjach Tarantino.

Co jeszcze mogłabym napisać?

Znacznie lepszy Karewicz niż jego młodszy odpowiednik. Prawdziwe aktorstwo zawsze obroni się samo, dlatego rozczarował mnie, Adamczyk (przecież świetny aktor), którego ostatnio bardzo polubiłam z roli zdominowanego przez kochankę faceta w „Przepisie na życie”. Muszę przyznać, że jest on jednym z niewielu współczesnych aktorów, który gra twarzą i wszystkie emocje można wyczytać z jego mimiki. We wczorajszym filmie bardzo mi tego brakowało.

I tak w zasadzie jest w całym filmie, czegoś w nim brak, jakiejś kropki nad i, przytupu, sama nie wiem. Czepiam się, czy zbyt wiele wymagam?