Dziekanat. Zmora studentów*

Tytuł w zasadzie mówi wszystko. Ale tylko pozornie.

Może gdybym przeczytała go biorąc pod uwagę tylko moje własne (i znajomych) studenckie doświadczenia uznałabym, że jest prawdziwy. Ale ja…….sama byłam panią z dziekanatu, więc druga strona medalu jest mi znana i równie bliska. 🙂

Moja wypowiedź w tej kwestii będzie więc takim obiektywnym subiektywizmem.

Ja wiem, że bywają nieprzyjazne dziekanaty, złośliwe babsztyle, nieprzystępne matrony. Zawsze zastanawiałam się, skąd się wzięły w tym miejscu i dlaczego są takie, jakie są. Przecież można się dobrze bawić wykonując swoją pracę. Powaga! Mi sprawiała ogromną przyjemność i gdybym dzisiaj dostała propozycję pracy na tym samym stanowisku, które miałam wtedy, nie zawahałabym się ani minuty.

Tylko, czy chodzi o niechęć do własnej pracy, czy o niechęć do studentów? Po cholerę ktoś pracuje w dziekanacie jak nie lubi młodzieży? (w dzisiejszych trudnych czasach odpowiedź na drugie pytanie nie jest prosta).

Jednak, z pewnością pomaga tu pozytywne nastawienie i próba zrozumienia młodego człowieka. Dziwię się paniom, które się dziwią, że studenci się dziwią:-) Przecież ci ostatni czują się nieswojo wkraczając w dorosły świat. Po prostu! Dlatego bywają zadziorni próbując maskować niepewność, stawiają dużo pytań, często nie potrafią sformułować własnych oczekiwań.

Pamiętam swoje zagubienie sprzed lat, dlatego zawsze w tej pierwszej rozmowie z potencjalnym studentem starałam się powiedzieć wszystko, co wydawało mi się konieczne i nie patrzyłam, czy są to rzeczy oczywiste, czy mniej. Bo przecież to co dla mnie oczywiste, wcale nie musiało takie być dla kogoś innego.

Oczywiście, że trafiali mi się upierdliwi petenci i nadgorliwe mamusie, które próbowały żyć życiem edukacyjnym swojego, dorosłego już dziecka. Ale po pierwsze, trafiali się naprawdę rzadko (co też podkreślone zostało w artykule), po drugie, nawet jeśli czasem nie mogłam pomóc (bo ochrona danych osobowych, regulamin itp.) zwykle wystarczało samo wysłuchanie problemu. Ucinanie rozmowy wywoływało burzę, chęć pomocy, nawet jeśli nieskuteczna (z powodu tego co powyżej w nawiasie), zwykle kończyła sprawę. Naprawdę wystarczyło tylko wysłuchać.:-) Ktoś może się oburzyć, że dziekanat to nie poradnia terapeutyczna, ale tak niewiele trzeba, żeby drugi człowiek poczuł się dowartościowany. Dlaczego mu tego nie umożliwić?

Trafiali się, i coraz częściej trafiają, studenci, którzy przychodzą po „papier” (wiadomo, że chodzi o dyplom?), ci są najbardziej żądaniowi. Postawa „ja płacę, ja wymagam”, to nic innego niż „nasz klient, nasz pan” przeniesione na grunt edukacyjny. Nie ma sensu pisać czyja to wina, bo wszyscy wiemy, że to pewien proces, rozpoczęty jakiś czas temu bezstresowym wychowywaniem dzieci, przymykaniem oczu na brak szacunku, rozwijanie tumiwisizmu, egocentryzmu itp.

Takie czasy?

To trochę smutna puenta.

*Artykuł w Onecie

6 myśli w temacie “Dziekanat. Zmora studentów*

  1. Ha! Przeczytałem sporo notek z Twojego bloga i jakoś tak od początku widziałem Cię jako nauczycielkę lub kogoś z tej sfery:) Miałem rację!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s