Nie taki diabeł straszny czyli RODO w praktyce/ The devil is not so black- GDPR in practice

pobrane (5)

Ktoś, kto tu bywa od początku (są jeszcze takie osoby?):-) może sobie przypomnieć, że była kiedyś taka notka: TU. Tak tak, 5 lat temu!! Wtedy dopiero rozpoczynały się prace Komisji Europejskiej nad rozporządzeniem, a dzisiaj mamy obowiązujące RODO. Czy dla przeciętnego Polaka to temat novum? Coś trudnego? Nie!

Czy RODO dużo zmienia? Według mnie tak. Uważam, że temat jest do ogarnięcia, choć oczywiście im większa firma, tym więcej przechowywanych danych, a w związku z tym prawdopodobnie więcej kasy trzeba przeznaczyć na zabezpieczenia. Trochę współczuję Inspektorom Danych Osobowych tych firm.

Miesiąc temu byłam na szkoleniu z RODO, więc co nieco wiem i uważam, że wszystko sprowadza się do odpowiedzialności za drugiego człowieka, który był na tyle ufny, że powierzył nam jakąś część własnej tożsamości. Kiedyś przerażona myślałam, no ale jak? Jak ja mam sobie przypomnieć, gdzie i komu podawałam adres e-mailowy, numer telefonu, adres pocztowy? A może gdzieś wcześniej również PESEL, datę urodzenia, czy konto bankowe. Poza tym, po wielu latach zarabiania na sprzedaży pięknie sprofilowanych rejestrów, dane Caffe mogą być w zasadzie wszędzie. No i na szczęście okazuje się, że to nie ja muszę pamiętać! To oni (administratorzy) powinni spełnić obowiązek informacyjny wobec mnie i przypomnieć mi, że tam u nich jestem:-) Niektórzy już to nawet zrobili, muszę teraz tylko łaskawie się zastanowić czy zignorować zalegające w skrzynce e-maile (jeśli chcę swoje dane pozostawić) czy wysłać żądanie o usunięcie moich danych.

Czy to załatwia sprawę?

W zasadzie tak. W praktyce nasze dane nadal tam będą. Mam tylko nadzieję, że jednak w znacznie mniejszym zakresie. Chodzi o to, że firma musi przecież wiedzieć, czyje dane miała i kiedy je usunęła. Musi prowadzić wewnętrzny wykaz, żeby w razie sytuacji spornych, roszczeniowych, móc udowodnić działanie zgodne z prawem. W rzeczywistości więc Caffe nadal będzie figurowała jako pacjent pewnego gabinetu stomatologicznego, nawet jeśli nigdy więcej do niego nie pójdzie, bo jej tam spieprzyli zęba:-)

***

Someone who read my blog from the beginning (there are still such people?):-) can recall that there was once such a note: HERE. Yes yes, 5 years ago !! At that time, the work of the European Commission on the regulation was just beginning, and today we have the current GDPR. Is this the topic of novum for the average Pole? Something difficult? No!

Does GDPR change a lot in our reallity? In my opinion, yes. I think, that this is something we can handle, although of course the larger the company, the more data stored, and therefore probably more money needs to be spent for protection. I feel sorry for the ADO of these companies.

A month ago, the company sent me for training with the GDPR, so I know something a bit and think that it all comes down to the responsibility of another person who was trusting enough to entrust us with some part of its own identity. 5 years ago I was terrified. I thought, how? How should I remember where and to whom I gave my e-mail address, telephone number, and postal address? Or maybe somewhere before my PESEL, ID, date of birth or bank account. Besides, after many years of make money on the sale of beautifully profiled registers, Caffe’s data can be basically everywhere. And fortunately, it turns out that I do not have to remember! It is they (administrators), who should fulfill the obligation of information to me and remind me that I am there. Some have already done it, and now I just have to think about ignoring some emails in my mailbox (if I want to leave there my data) or send a request to delete my data.

Is that enough?

Basically yes. In practice, our data will still be there. I only hope, however, to a much smaller extent, and some of them will be deleted. The point is that the company must know what data it had and when were removed. It must keep an internal list so that in case of disputable claims, whould be able to prove that it act is legitimate.
But in matter of fact, Caffe will still figure out in the data of a some dentist’s office, even if she never goes there again because the dentist screwed up her tooth:-)

Reklamy

Warszawska Noc Muzeów po mojemu/ Warsaw Night of Museum my way

20180519_205721484793258.jpg

Naprawdę nie wiem, co ja wyprawiam. Dwudziestoparolatek napisałby „odpiera….lam” i szczerze mówiąc, byłoby to chyba najbardziej adekwatne określenie. Zachowuję się, jak nie ja! Ostatnio zapomniałam kluczy, zepsułam telefon, zapomniałam spodni (!!), a w sobotę… brak słów!

Co było w sobotę? Jak pewnie wszyscy wiecie, bo to chyba w całej Polsce, była Noc Muzeów i ja się na nią wybrałam. Na krótko, ponieważ chciałam zobaczyć finał „Twoja twarz brzmi znajomo” (btw. wygrał mój faworyt, brawo Filip!), więc zaliczyłam jedynie Muzeum Powstania Warszawskiego, a potem zaplanowałam wycieczkę na 41 piętro w Warsaw Spire, co może akurat z Nocą Muzeów ma niewiele wspólnego, ale panorama Warszawy z tej perspektywy, podobno obłędna. Pogadałam z ochroniarzem budynku i dowiedziałam się, że ostatnia wycieczka wejdzie o godz. 24, że jednorazowo wchodzi 40 osób, a ponieważ w kolejce stało na pewno ponad 500, a była godzina 21, to łatwo policzyć. Szkoda, że zarządca budynku nie planuje takich wycieczek samodzielnie, bo niestety, żeby wejście było w ogóle możliwe, trzeba czekać na takie imprezy jak sobotnia.

Tak więc panoramy nie zobaczyłam, za to dzisiaj mogę oglądać ogromnej wielkości guz na czole, który kolorystycznie zbliża się do pięknego fioletu. I w tym momencie wracam do pierwszego zdania. Wyobraźcie sobie, że wchodząc do tego Warsaw Spire nie zauważyłam szyby!! Chciałam wejść w obrotowe szklane drzwi, a wlazlam w przeszklone okno!! Na szczęście w tym dzikim tłumie nikt tego nie widział, chyba, bo pewnie dzisiaj byłabym już gwiazdą Youtuba;-), każdy był zbyt zajęty komunikacją… ze swoim smartfonem. Natomiast jedyna osoba, która zarejestrowała rozpłaszczoną na szybie Caffe, skomentowała błyskotliwie, „ale mają tu czyste okna!”.

No i w sumie dobrze, że mają też pancerne szyby, w przeciwnym razie, może dzisiaj spędzałabym kolejny dzień w szpitalu.

***

I really do not know what the hell I’m doing! A twenty-year-old would write „what the f..ck am I doing” and to be honest, it would be probably the most adequate term. I act like not me! Recently, I forgot companies keys, I broke down a mobile phone, I forgot my pants (!!), and on Saturday… no words! Speechless!

What was on Satuday? Probably all over Poland was the Night of Museums and I went to wander around. For a short time, because I wanted to see the finale „Your face sounds familiar” (btw. my favorite won, bravo Filip Lato!), so I visited only the Warsaw Rising Museum, and then planned a trip to the 41st floor in Warsaw Spire, that is maybe not much in common with Night of Museums, but the panorama of Warsaw from this perspective is extremely amazing. I talked to the building’s bodyguard and I learned that the last trip will come at midnight, and that at the same one time can enter 40 people, and because the queue was certainly more than 500, and was 9 p.m., it’s easy to count. It is a pity that the building manager does not plan such trips, because to have the next possibbility, we have to wait for the next this type of event as on Saturday.

So, I did not see the panorama, but today I can see a nasty bump on my forehead, which is approaching the beautiful violet color. And at this point I’m going back to the first sentence. Can you imagine that when I was entering the Warsaw Spire did not notice a glass wall !! I wanted to enter the rotating glass front door, but I bumped the glass. Fortunately, no one noticed that in the wild crowd (probably today I would be a star of Youtube ;-), everyone was too busy communicating … with their smartphones. However, the only person who registered flattened Caffe on the glass, commented on the brilliant way, „Wow, they have really clean windows here”.

Well, to sum up, fortunately it was a strengthened glass, otherwise, I would maybe spend my next days in a hospital.

Nie lubisz reklam?/ Don’t you like advertisements?

Przechwytywanie

Na pewno wiecie, że jeśli na ekranie (czegokolwiek) pojawia się reklama, to znaczy, że ktoś gdzieś za jej wyświetlenie zarabia. A w zależności od tego kto to jest, zarabia dużo, albo mało.

Dużo zarabiają media i firmy, mniej – vlogerzsi youtubersi, istagramersi, snapchatersi itp. Oczywiście ci, którzy prowadzą kanały w ramach umowy o pracę z mediami czy firmami nie zarabiają na reklamach w ogóle, a jeśli są naprawdę początkujący w sieci, to wtedy też prawie w ogóle. Podejrzewam, że celebryci mediów społecznościowych, sławni i „często klikani”, mają większy wpływ na negocjowaną kasę.

Usłyszałam ostatnio, że wspomniani (nazwijmy ich grupowo) -Ersi, jakiś tam jednak grosz za każdą wyświetloną przed ich filmem reklamę, dostają. Na wacik. Jeden:-) Ale wiecie kiedy? Tylko wtedy, gdy obejrzycie reklamę do końca. Wiedzieliście? Zastanawialiście się kiedyś nad tym? Ja nie!

Ja po prostu zawsze, ale to zawsze cieszyłam się, gdy zobaczyłam zapowiedź „Możesz pominąć reklamę za 4 sekundy”, potem czekałam te 4 sekundy, które dłużyły mi się, jak flaki z olejem (wiem, jestem niecierpliwa), a potem prędziutko klikałam „Pomiń reklamę”.

Kto jeszcze tak robił?

No więc od dzisiaj przestańcie! Od dzisiaj idźcie sobie w tym czasie zrobić kawę, czy herbatę, albo kanapkę, albo szybkie siku, albo sprawdźcie, czy nie dostaliście smsa od mamusi. A reklama niech sobie spokojnie wybrzmi do końca.

Wtedy Ers dostanie……dwa waciki!

Mnie to przekonuje, bo wiecie, waciczek do waciczka i będzie…….(co?….hm…), kosmeticzka! :))

PS. Idę zrobić sobie kawę.

***

I am sure you know that if an advertisement appears on the screen (of any device), it means that someone else earns money for displaying it. And depending on who he is, he earns a lot or little.

Media and companies earn a lot, less – vlogers, youtubers, istagramers, snapchaters, etc. Of course, those who run channels under a contract of employment with the media or companies do not make money on advertising at all, and if they are really beginners on the web, then also do not make money almost at all. I suspect, that celebrities of social media, famous and „often clicked”, have more influence on the negotiated money.

Recently, I heard that the mentioned (let’s call all of them) -Ers, get some penny for every advertisement displayed before their film. To buy a cotton swab. One 🙂 But do you know when? Only if you watch the ad until the end. Did you know that? Have you ever wondered about it? I do not!

I’was really always happy to see: „You can skip the ad in 4 seconds”, then I waited 4 seconds which is dull as dishwater, (I know, I’m impatient), and then I clicked ” Skip the ad. ”
Who else do just like that?

So, stop it! From today during the ad, go for a coffee or tea, or to make a sandwich, or to take a pee, or check if you have received a text from your mommy. Let the ad calmly resound until the end.

Then, -Ers will get …… two swabs!

Well…..look after the pennies and the pounds will look after themselves 😉

PS. I’m going to make myself a coffee.

Ech Caffe/ Ugh!!

Tort z kuflem piwa/ Funny cake with a mug of beer 🙂

Sobotę spędziliśmy poza Warszawą, u przyjaciół na wsi, świętując 50-tkę pana domu. Impreza zaplanowana została na dworze, z grillem, pod parasolami, z możliwością rozpalenia ogniska po zmroku. Ciuchy oczywiście dowolne, wygodne, jakie kto chce, lubi, czy w jakich dobrze się czuje.

Pomyślałam, grill nie grill, wyglądać trzeba. Wymyśliłam więc sobie, że na początku, kiedy jeszcze słońce cudnie przygrzewa, wystąpię w kolorowej sukience, która jak się okazało, całkiem nieźle wkomponowała się w kwiatki, rabatki i obłędnie pachnący ogród. Ciuchy na potem – to znaczy jeansy, T-shirt i bluzę z kapturem (żeby skutecznie odgrodzić się od wszystkich meszek i komarów, bo czuliśmy, że zaatakują wieczorem), miałam w plecaku.

Ponieważ cała impreza, właśnie ze względu na prażące tego dnia słońce została zorganizowana w zacienionej części posesji, szybko uznałam, że czas na cieplejsze ciuchy. To dopiero maj, więc od ziemi jeszcze „ciągnie”, zmarzłam w stopy, no i rzeczywiście tu i ówdzie zaczęły pobzykiwać komary.

Wyciągnęłam wszystko z plecaka, i w tym momencie zorientowałam się, że k….wa, nie mam spodni! No przecież nie założę adidasów tylko do… bluzy z kapturem, nie chciałabym zepsuć koledze imprezy widowiskiem (albo za bardzo rozkręcić!:)

Wszystko skończyło się tak, że założyłam nowe spodnie męża, który przezornie zabrał je do swojego plecaka, on natomiast pozostał w spodenkach (takich trochę dłuższych niż do kolan), w których przyjechał. I tak nie miał zamiaru się przebierać, a zanim mi ktoś zarzuci, że jak miał mieć skoro mu zabrałam portki, to powiem, że to gorący facet i rzadko odczuwa zimno:-). Podwinęłam nogawki, ściągnęłam się mocno paskiem dziękując Bogu, że mąż w ciągu ostatniego roku trochę schudł. Inaczej musiałabym iść w pożyczki:-))

Niemniej jednak, zamiar „grill nie grill, wyglądać trzeba” trochę mi nie wyszedł.

***

Last Saturday we spent far from home, with our friends in the countryside, celebrating the 50th anniversary of the mister of house. The event was planned as a barbecue, under umbrellas, with the possibility of lighting a bonfire after dark. Without any „dress code” but comfortable, whatever we want, like or in which we feel good.

I thought, maybe it is only a grill, but I must look good. So I came up with the idea that at the beginning, when the sun is still strong shining, I would appear in a colorful dress, which is quite well compose in with flowers, flowerbeds and a beautifull fragrant garden. Clothes for the evening – it means jeans, a T-shirt and a hooded sweatshirt (to effectively block off all the midges and mosquitoes that we thought would attack in the evening), I had in my backpack.

Because of the sunny day, barbecue was organized in the shade, I quickly decided that it was time for warmer clothes. It’s May, still cold is close to the ground, so I realized my legs are cold, and of course, mosquitos and midges appeared here and there.

I pulled everything out of my backpack, and at that moment I realized that … I do not have jeans! Well, I couldn’t ware a sneakers with a hoodie, and nothing else,… I didn’t want to spoil a party by a such spectacle (or maybe opposite: to rock the house too much!).

Everything ended so that I put on a new pants of my husband, who wisely took them into his backpack, while he remained in that short jeans he had. He did not intend to change that jeans, but before someone accuses me that my husband could not even to has such intend, since I took them, I will say that he is a hot guy and rarely feels cold :-). I rolled up trousers legs and pulled a belt tight, thanking God that my husband had lost some weight over the last year. Otherwise I would have to go somewhere to look for any clothes:-))

I looked a little bit as Flip in Flap’s clothes:-)
Nevertheless, my intention that: „grill is only a grill, but I must look good”, a bit did not come out.

Nie czekając na wenę/ Without waiting for the inspiration

images (8)Młodsi blogerzy radzą, by nie czekać na wenę. Należy pisać codziennie, przez minimum 30 minut. Nawet jeśli zupełnie nie ma się na to czasu, ochoty, ani (co gorsze) nie ma o czym. A ja zawsze uważałam, że jak nie ma o czym, to lepiej milczeć. Jednak chodzi po prostu o wyrobienie nawyku siadania do komputera (taki nawyk to ja akurat miewam, tylko niekoniecznie w celu pisania notki), bo „w tworzeniu bardzo ważna jest konsekwencja i systematyczność”. To akurat potwierdza również Remigiusz Mróz, który siada do pisania książki codziennie, na około 8-10 godzin.

Ja jednak nigdy nie uważałam, że pisanie bloga to twórczość! Raczej odskocznia, fanaberia, takie pitu pitu będące specyficznego rodzaju zabawą. Specyficznego, bo przecież nie każdy lubi pisać, a zdecydowanie nie każdy lubi czytać. Jeśli już jednak czyta blogi, to raczej te, z krótszymi notkami, dlatego ja również, od pewnego czasu staram się nie rozpędzać i poprzestawać na 3-4 akapitach. Maksymalnie pięciu.

Sama wiem, że gdy zaglądam na czyjąś stronę i widzę epistołę, w dodatku pisaną bez akapitów, wyboldowań, przecinków, ze zdaniami rozwlekłymi niczym to spaghetti z Księgi Guinnessa, to mam wewnętrzny opór. Oczywiście bardzo lubię zdania wielokrotnie złożone i z elokwentnym współrozmówcą wielokrotnie sobie na nie pozwalam:-). Jeśli jednak chodzi o bloga, to widzę, że i na mnie odcisnęło się piętno współczesnego skracania wypowiedzi, ekonomizacji języka, ucinania myślowego słowotoku (szkoda, że nie udzieliło się politykom btw). No i jestem wzrokowcem, więc znacznie szybciej pochłaniam tekst, gdy jego szata graficzna jest czytelna i przejrzysta.

Tak czy siak, spróbuję się zastosować do wskazówek, będę pisać nawet o niczym……w końcu trzeba iść z duchem czasu!;-)

***

Younger bloggers advise: do not wait for the inspiration. You should write for a minimum of 30 minutes daily. Even if you do not have time for it, you do not want to, or (worse) you have nothing to say about. Well, I always thought that if there is nothing to talk about, better is to remain silent 🙂 However, it’s just about keeping a habit of sitting at the computer (in the matter of fact that habit I have, but not necessarily for writing notes), because „in the process of creating, the consistency and regularity are very important”. This is exactly confirmed by Remigiusz Mróz, who write his books every single day for 8-10 hours.

However, I never thought that writing a blog is creativity! Rather a deep breathe, a whim, small chats, and something being a specific kind of fun. Specific, because not everyone likes to write, and definitely not everyone likes to read. If, however, they already read blogs, then they choose those with shorter notes, that’s why I have been trying not to exceed 3-4 paragraphs, up to five.

When I glance at somebody’s website and see a long epistola, and worse, written without paragraphs, bolds, commas, sentences as longs as that spaghetti from the Guinness Book, I have internal resistance. Of course, I really like compound-complex sentences and having an eloquent talker, I complex allow myself use them:-). However, when it comes to a blog, I see that I am influented by current shortening of statements, the language economisation, the cutting of verbal diarrhea (I wish all of that to our politicians, btw ;-). Well, I am a visual learner, so I absorb the text much faster when the graphic layout is clear and transparent.

Anyway, I will try to follow the tips and I’ll write even about nothing …… eventually, I have to move with the times! 😉

Długi majowy weekend już za nami/ Extended weekend is over

Taki kupiłam. I have bought this one.

Majówka już za nami. Ciepła, wypełniona spotkaniami z przyjaciółmi, znajomymi, rodziną. Trochę aktywnie, trochę leniwie, z lekką nutką nostalgii wynikającej z powrotu w rodzinne strony. Przy wykorzystaniu dwóch dni urlopu miałam całe 6 dni wolnego. Brawo mój Szef!

Mieszkam w Warszawie (z przerwami) prawie 10 lat i ciągle jest tak, że jak chcę kupić coś innego niż produkty spożywcze, to od razu wiem, do jakiego sklepu/galerii wybrałabym się w Lublinie, a ciężko jest mi wskazać takie miejsce w Warszawie, żeby łączyło przyzwoitą cenę, jakość i styl. Dlatego wykorzystałam pobyt w Lublinie i zrobiłam rundkę po ulubionej galerii, w której jest zwykle wszystko czego potrzebuję.

Do piątku nie zdawałam sobie sprawy, że potrzebuję trzech lakierów hybrydowych, srebrnego pierścionka, super hiper nawilżającego kremu do twarzy (na noc) oraz granitowego moździerza do przypraw:-) Pierścionek bardzo spodobał się mojej córce….. i pożyczyła.

Generalnie, jeśli chodzi o Warszawę, to i tak jest znacznie lepiej niż jeszcze kilka lat temu. Wiecie, jeśli kobieta ma swojego ginekologa, kosmetyczkę i fryzjera – to znaczy, że się zadomowiła. No to ja się zadomowiłam i nie mam zamiaru narzekać. Zresztą nie o narzekanie chodzi, tylko o fakt, że u mnie ten proces zawsze strasznie długo trwa. Na szczęście dzisiaj już mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że bardzo lubię weekendy w Warszawie, spacery nad rzekę i jazdę samochodem po warszawskich ulicach kiedy wszystkie inne Słoiki pojadą do domu;-)

BTW. O słoikach pisałam kiedyś tu: Nigdy nie byłam typowym słoikiem

***

May Day Picnics is behind us. Warm, full of meetings with friends, colleaques, family. A bit active, a little lazy, with a slight touch of nostalgia becouse of returning to the home town. And, using two days of leave, I had six days off. Thanks, Boss!

I live in Warsaw (with breaks) for almost 10 years and it is still so, that if I want to buy something other than food products, I immediately know which store / gallery I would choose in Lublin, and it is difficult for me to find in my mind such a place in Warsaw. Escpecially that it should combines a decent price, quality and style. That’s why I used my stay in Lublin and made a round of my favorite gallery, which usually has everything I need.

Until Friday I didn’t realize that I needed three hybrid nail polish, a double silver ring, a super extra nourishing night cream and a granite mortar for spices:-) My daughter is very pleased with a ring… and she borrowed it.

Generally, when we are talking about Warsaw, it is still much better than a few years ago. You know, if a woman has her gynecologist, beautician and hairdresser – it means that she has settled down in. Well, I had settled down in and I have no intention of complaining. Anyway, it’s not about complaining but about the fact that this process always takes me a long time. Fortunately, today I can say, that I really like weekends in Warsaw, walking by the river and driving along Warsaw streets while all other „jars” had gone home.

* „Jar” is called a person who came to a bigger town looking for a better job, but goes home every week, and brings back a luggage full of jars with food prepared by mom.
* I was a kind of jar 10 years ago (but not exactly, because I was preparing meals myself).