Zwariowany klimat, odpowiedzialność itp /About crazy climate, responsibility, ect.

U nas 20 stopni ciepła, a na południu Hiszpanii opady śniegu! We Włoszech wichury i ulewy! Wczoraj oglądałam film z zalanej Wenecji, która nawiasem mówiąc i tak już cierpi z powodu podnoszącego się z roku na rok poziomu wody! W jednej z weneckich pizzerii pracownicy ubrani w kalosze, mimo niedogodności pogodowych, pomykali po lokalu serwując swoim gościom pizzę. Nie patrząc na niepogodę i „niedogodę”, kurczę, prawie jak na Titanicu, do końca.

I tak sobie myślę, że przecież ci kelnerzy mogli powiedzieć swojemu szefowi: „wrócę do pracy, jak to wysuszysz/ jak woda opadnie/ będą lepsze warunki/ to jest niezgodne z zasadami BHP/ nie na to się godziłem podpisując umowę”, itp. Przecież z całą pewnością oprócz obowiązków, znają też swoje prawa.

Dwa lata temu, temperatura w mojej ówczesnej pracy zimą spadała do 12 stopni. W lecie, chyba dla urozmaicenia, dach nagrzewał cały budynek do niewyobrażalnych temperatur tak, że ciężko było oddychać. A nasz szef albo oszczędzał na ogrzewaniu, albo udawał, że ciepła nie ma. Wody ciepłej do mycia rąk nie było w ogóle, a przysługującej nam latem mineralnej także nie. Wkurzaliśmy się i obiecywaliśmy sobie, że pewnego dnia po prostu nie przyjdziemy do pracy. Coś tam wspominając przy tym o inspekcji pracy, artykule 55 kodeksu czy groźbie ucieczki w chorobę. Wspominaliśmy między sobą oczywiście:-) Czasem rzuciliśmy tym i owym. W sensie mięsem:-)

Zanim ktoś powie, że współczuje tamtemu szefowi, to Wam powiem, że tego lata, w obecnej firmie, temperatura w biurze znacznie przewyższała te poprzednie, a mimo to nikt się nigdy nie poskarżył. Nikt nikogo nie chciał straszyć kodeksem pracy, ani lewym zwolnieniem, ani nie rzucał mięsem. Jak myślicie dlaczego?

Jasne, że w przypadku pizzerii w grę wchodziły również pieniądze, wizja utraty zysku, obawa, że produkty się zmarnują, ale chyba nie pieniądze przeważyły. Dla fajnego szefa, wyrozumiałego i szanującego ludzi pracownik zrobi wiele, znacznie więcej niż dla tyrana, który lekceważy i mobbinguje personel. Jestem przekonana, że łatwo wtedy przymknąć oko na drobniejsze utrudnienia, a nawet zaopatrzyć się w kalosze. Czy choćby i w parasol!:))


At Poland 20 degrees, at the south of Spain a lot of snow. In Italy, gale and heavy rain! Yesterday I watched a movie from the flooded Venice, which by the way is already suffering from the rising water level from year to year! In one of the Venetian pizzerias, workers dressed in wellies, despite the inconvenience of the weather, were scurrying around the premises, serving their guests with a pizza. Without looking at the bad weather and „inconvenience”, almost like on the Titanic, to the end.

And I think that these waiters could tell their boss: I’ll go back to work, when you dry that place/ when the water will down/ there will be better conditions/ it is inconsistent with health and safety rules/ I did not agree for that, when I signed the contract / etc. I think that in addition to duties, they also know their rights.

Two years ago, the temperature in my work, during the winter time, used to drop to 12 degrees. In the summer, perhaps for variety, the roof was heating the whole building to unimaginable temperatures, so it was hard to breathe. And our boss either saved on heating, or pretended that there was no heat. There was no hot water to wash hands for a whole year, and in the summer we did not have mineral water to which employer is obliged to buy to his staff, by Polish law. We were pissed off and promised that some day we would simply not come to work. Sometimes we were mumbling something about the labor inspection, article 55 of the labor code or about our escaping into illness.

Before someone says that he feel sorry for that boss, I will tell you that this summer in the current company the temperature in the office far outweighed those I mentioned before, and no one ever complained. Nobody wanted to scare anyone with a labor code or a false dismissal. How do you think why?

It is clear that the pizzeria issue was also about the case for money, a vision of losing profit, the fear that the products would go to waste, but probably not only about it. For a cool boss who understands and respects people, the employee will do much more than for a despot who disregards and mobbing his staff. I am convinced that every person is then able to forget about minor obstacles, even he would have to wear wellies. And even an umbrella! :))

Wieczór w klimacie Halloween/ A slightly Halloween evening

Nigdy nie lubiłam Halloween, ale wczoraj mnie naszło i pierwszy raz zabawiłam się w dyniowe wycinanki. Obiecałam Rudejblondynce, więc wrzucam zdjęcie i dyni, i całego udekorowanego tematycznie stołu. Gościom się podobało:-)

20181027_1544165101022298159854318.jpg

Miałam jeszcze kupić czarne plastikowe pająki, które widziałam w galerii handlowej, ale wyobraźcie sobie, że wykupili!:-))

20181027_1545298810995758438581724.jpg

A dynia wzbudziła szczególne zainteresowanie u mojego psa, widocznie miał nadzieję, że to piłka, a piłki uwielbia:)

20181026_2130298735578329936387975.jpg


I never liked Halloween, but yesterday for the first time I played with pumpkin cut-outs. I promised Rudablondynka, so here is a photo of pumpkin and a whole table decorated with Halloween themes. Guests liked it 🙂
I wanted to buy black plastic spiders, which I saw in some gallery, but can you imagine, that all of them were bought before :-))
And the pumpkin aroused my dog’s special interest, apparently he hoped it was a ball, and he loves balls 🙂

To nie jest notka z cyklu „kiedyś to było lepiej”!/ This is not about „once was better” !!

Zacznę od truizmu: dzieci uwielbiają się bawić, a bawiąc zapominają o całym bożym świecie. Tak było, jest i pewnie będzie. Będzie?

Pamiętam, że gdy ja byłam mała, z niecierpliwością czekałam na wyjście na dwór, szybko więc wracałam ze szkoły i odrabiałam lekcje, bo wiedziałam, że w przeciwnym razie mama mi nie pozwoli wyjść. W sumie, to jak tak dzisiaj sobie przypominam tamte czasy, to ona mi wcale nie zabraniała, a nawet nie sprawdzała, czy rzeczywiście ja te lekcje odrobiłam. Miała zaufanie, no i przecież chodziła na wywiadówki.

W każdym razie, jak już wyszłam, to mogłam sobie pohasać ile tam chciałam (a chciałam zwykle tyle, ile wtedy było wolno, czyli do zmroku), a potem wracałam do domu, jadłam kolację, oglądałam coś tam w tv lub nie, myłam zęby lub nie (to drugie jak zasnęłam nad książką) i szłam spać. Pamiętam, że wygodne łóżko, wspomniana książka i puszysta kołdra zawsze były w stanie mnie w końcu skusić i uśpić 🙂

A wiecie, że dzisiaj jest inaczej?

Na pewno wiecie, ale nic z tym nie jesteście, w stanie zrobić. A może jesteście?

Bo dzisiaj dzieci może i chętnie wychodzą z domu, ale też chętnie w tym domu siedzą. One kładą się spać ze smartfonem i z nim się budzą. Lekcje zaczynają odrabiać po godzinie 22, kiedy jakimś cudem uda im się odessać od laptopa, ale nawet wtedy uczą się wciąż zerkając na portale społecznościowe.

Dzisiaj przeczytałam, że blisko jedna trzecia nastolatków (15–17 lat) odrabia lekcje lub przygotowuje się do zajęć po godz. 22, a prawie co dziesiąty na godzinę przed północą. Wieczorno-nocne odrabianie lekcji dotyczy także co siódmego 10–14 latka. Już coraz młodsi, coraz później kładą się spać, a potem wstają niewyspani i idą do szkoły jak zombie. I tak w koło Macieju. Zwykle już te kilkunastoletnie dzieciaki wspomagają się kawą, którą ja polubiłam dopiero na studiach lub energetykami, których nie lubię wcale.

Cyfrowe dzieci (tak się je dzisiaj nazywa) tyją, są zmęczone i niedospane, mają trudności z koncentracją, i przyswajaniem wiedzy. I wiecie co one jeszcze mają?

Przechlapane.

PS. Żyję. Sos grzybowy (patrz notka Jesiennie/ Autumn) był rewelacyjny!!


Let me start with the truism: children love to play and then they forget about the whole of God’s world. It was, it is and it will be. Will be?

I remember that when I used to be young, I was looking forward to go outside, so I was coming back from school quickly and did my homework because I knew that my mother would not let me out. To be honest, when I remind those times today, she did not forbid me, and did not even check if I did my homework. She had confidence, and after all, she also had parent – teachers evenings.

Anyway, when I was going out, I could go to have fun for as long as I wanted to (but I usually wanted as long as my mather let me ;-)), and then I was coming back, ate dinner, watched something on TV or not, I brushed my teeth or not (I didn’t only when I fell asleep reading a book) and went to sleep. I remember that a comfortable bed, said good book and a fluffy quilt were always able to finally tempt and make me asleep 🙂

And you know that today children have different life?

You know for sure, but you can’t do anything about it. Can you?

Because today children maybe often go out but also willingly stay at home. They go to sleep with a smartphone and wake up with it. They start doing homework after 10 pm, when they somehow manage to suck away from the laptop, but even then they learn still looking at social networking sites.

Today I read that nearly one-third of teenagers (15-17 years) do homework or prepare for classes after 22 pm., and almost every tenth, of an hour before midnight. Night-time homework also applies to every seventh 10-14 year old. The younger start to learn the later and they get up sleepy and go to school like zombies. And so all over again. Usually, these young children support theirselves throught coffee, which I started to like when I was a student or energetic drinks, which I do not like at all.

Digital children (as they are called today) are getting fat, always tired and unwell, have difficulties concentrating and learning. And do you know what else they have?

Screwed.

PS. The mushroom sauce (see note Jesiennie / Autumn) was sensational !! And I’m still alive:-)

Bo syn odchodzi, córka zostaje/ Because the son leaves, the daughter stays

pobrane (6)Ostatnio na organizowanej przez nas domówce (kiedyś bym napisała „prywatce”) usłyszałam od jednej z koleżanek, że rodzice synów są zawsze skazani na to, że synowie w dorosłym wieku „pójdą za żoną”, a rodzice zostaną na stare lata sami. Usłyszałam też, że to córka ma biologicznie, czy genetycznie zakodowany silny związek z własnymi rodzicami, to ona więc częściej do nich dzwoni, opiekuje się nimi, odwiedza. Synowie łatwiej przecinają pępowinę, rozpoczynają samodzielne życie, raczej rzadko uwzględniając w tym nowym życiu rodziców. Chyba, że rodziców żony.

Nie muszę mówić, że rozgorzała dosyć ciekawa dyskusja na ten temat, bo wśród naszych gości byli w przeważającej części rodzice synów, a wśród nich z kolei np. pielęgniarka. To ona właśnie, w trakcie swojej wieloletniej pracy zaobserwowała, że jeśli stara matka lub ojciec trafiają do szpitala, to zwykle czynności związane z toaletą czy karmieniem, a więc te wymagające częstych wizyt i dobrego nastawienia, wykonują córki. Synowie pojawiają się w niedzielę, poprawią poduszkę, pospacerują po korytarzu, rzucą jakąś kąśliwą uwagę personelowi szpitala i tyle.

Poczytałam trochę, co na ten temat mówią psychologowie. Generalnie najzdrowszy układ jest taki, gdy dziecko (bez względu na płeć) w odpowiednim momencie opuści dom i założy własną rodzinę. Wtedy, dojrzewając do własnego rodzicielstwa samodzielnie kreuje dalsze życie, jednocześnie (i to jest stanowczo podkreślane przez psychologów) nie tracąc kontaktu z rodzicami, by zaopiekować się nimi, jeśli zajdzie taka potrzeba. To jest jednak bardzo wyidealizowany obraz społecznych oczekiwań, bo przecież doskonale wiemy, że najczęściej bywa inaczej. I to inaczej w zależności od tego, czy mamy córkę czy syna.

Oczywiście prawdą jest, że młodym powinno się pozwolić na życie w zgodzie z samym sobą. Jednak tu smutna dla niektórych rodziców wiadomość: jeśli wcześniejsze relacje z ojcem i matką nie pozwalały na osiągnięcie niezależności, to drastyczne odcięcie się od domu przyniesie dziecku więcej pożytku, niż staranie się o wzorcowe relacje z rodzicami. Jestem jednak przekonana, że gdy już obie strony przepracują we własnej głowie problem (jeśli taki istnieje), pozwolą mu wybrzmieć bez wzajemnych oskarżeń i pretensji, gdy opadną emocje, (zakładając, że dostaną od losu odpowiednio dużo czasu), będą mogli na nowo te relacje zbliżać. Na nowych zasadach.

Bo dorosłe dziecko prawdopodobnie nadal kocha swoich rodziców, jedynie do szczęścia ich już nie potrzebuje. A czasem nawet wręcz przeciwnie, żeby być szczęśliwym musi od nich odejść.

I dopiero ten ostatni fakt jest według mnie powodem do smutku.

Co Wy o tym wszystkim sądzicie, córka czy syn, stereotyp, czy prawda?


Recently, at the party which I organized, I heard from one of my friends that sons’ parents are always condemned to the fact that sons of an adult age will „follow their wife” and their parents stay alone for the old years. I also heard that the daughter has a biologically or genetically encoded strong relationship with her own parents, so she often calls them, looks afte and visits them. Sons are more likely to cut the umbilical cord, start an independent life, rather rarely take into account in this new life of parents. Unless, the parents in law 🙂

I do not have to say that there was quite interesting discussion, because among our guests were mostly parents of sons, and among them, for example, a nurse. During
many years of work she observed that if an old mother or father goes to a hospital, usually activities related to the toilet or feeding, and therefore those requiring frequent visits and a good attitude, are performed by daughters.

The sons appear on Sunday, they will change the pillow, they will take a parent for a walk trhought the corridor, they will say some comment to the hospital staff and that’s all.

I read a little what psychologists say about it. Generally, the healthiest arrangement is when a child (regardless of gender) leaves home at the right time and sets up his own family. Then, matured to own parenthood, creates his own family life, at the same time (and this is strongly emphasized by psychologists) without losing contact with parents, to take care of them, if the need arises. However, this is a very idealized picture of social expectations, because we know perfectly well that it usually happens differently. And it’s different depending on whether we have a daughter or son.

Of course, it is true that young people should be allowed to live in harmony with themselves. However, here sad news for some parents: if earlier relationships with father and mother did not allow to achieve independence, then drastic separation from the home will bring more benefit to the child than to strive for a model relationship with parents. I am also convinced that when both sides reconsider the problem in their own heads, it will allow to resist without mutual accusations and complaints, when emotions fall, (assuming that they will get enough time from fate), they will be able to re-create relations approach. With new rules.

Because an adult child probably still loves his parents, but does not need them anymore to became happy. And sometimes even the opposite.

And only this last fact is, in my opinion, a reason for sadness.

What do you think about all of above, a daughter or son, a stereotype or a truth?

Jesiennie/ Autumn

20141102_120331-effects3751889333159778473.jpg

Wczoraj był dla nas dzień spacerowy. A ponieważ weekend spędziłam w Lublinie, miałam okazję przypomnieć sobie stare ścieżki. Tą, którą przez moment sfilmowałam, chodziłam przez 8 lat podstawówki, codziennie rano.

My spacerowaliśmy, a znajomi wybrali się do lasu na grzyby i co chwila przesyłali zdjęcia dorodnych prawdziwków czy kań. Dostaliśmy potem nawet od nich duży słoik grzybowego sosu, z zaznaczeniem, że ja mam zjeść jutro. Wiecie dlaczego?

Bo oni wiedzą, że czuję paniczny strach przed konsumpcją jakichkolwiek innych grzybów niż zwykle pieczarki. No jejku, przecież nawet grzybiarze z wieloletnim doświadczeniem potrafią pomylić je z trującymi, więc to nie jest znowu jakaś niepojęta fobia. Niektórzy zarzucają mi brak zaufania, jednak ja zawsze wtedy tłumaczę, skąd on się wziął.

To było ładnych kilkanaście lat temu. Oglądałam wrześniowe wiadomości, w których uśmiechnięta urocza dziewczyneczka w wieku mojej córeczki, opowiadała, jak to jej tatuś, który zna się na grzybach, przyniósł z lasu cały koszyk, mamusia ugotowała zupkę i cała rodzina zjadła ją potem na obiad. Ją bardzo rozbolał brzuszek, wymiotowała i dlatego trafiła do szpitala. Teraz czuje się już lepiej, ale pan doktor nie pozwala jej jeszcze wrócić do domku. Potem wypowiadał się pan doktor.

20141011_144414-mix1842411653756814456.jpg

Potwierdził, że rzeczywiście atak bólu minął, ale na skutek ogromnego spustoszenia jakiego dokonała a-amanityna w organizmie dziecka, małej Oli zostało prawdopodobnie tylko kilkanaście godzin życia.Bo w tym sosie był jeden z najbardziej trujących grzybów, muchomor sromotnikowy, a już taki średniej wielkości zawiera dawkę trucizny śmiertelną dla 2-3 osób.

Może dzisiaj są lepsze metody leczenia takich zatruć, ale ja tą małą uśmiechniętą Olę widzę przed oczyma za każdym razem, gdy ktoś mnie częstuje grzybową.

Tak więc, kiedy już dostaję słoik grzybowego sosu, to oczywiście przyjmuję go z wdzięcznością, ale jem dopiero dzień po degustacji przez grzybiarza. Co jest jakby zrozumiałe, on zwykle wierzy, że to co uzbierał jest zdrowe.

Zanim to zrobi, ja dostaję przysłowiowego szczękościsku:-)


Yesterday was a beautiful day for walking. And because I spent the weekend in Lublin, I had the opportunity to recall old paths. Those path from my short movie, I went to primary school for 8 years, every morning.

We had wonderful walk, and our friends went to get fungi and then they sent pictures of good-looking cap boletuses and kans. We even got a large jar of fungi sauce from them, advice me to eat it tomorrow. Do you know why?

Because they know that I feel a panic fear of consuming any other mushrooms than those cultivated. Oh, even great mushroom picker with many years of experience can confuse them with poisonous ones, so this is not an unintelligible phobia again. Some people accuse me of lack of trust, but I always explain where it came from.

It was nice a dozen years ago. I watched one of September news, in which a smiling little girl at the age of my daughter, said than her daddy, who knows the mushrooms, brought the whole basket from the forest, mummy cooked a soup and the whole family then ate it for a dinner. Her tummy ached very much, she vomited and therefore she went to the hospital. It feels better now, but the doctor does not let her come back to the cottage yet. Then was the doctor described girl’s condition. He confirmed that the pain attack had indeed passed, but due to the enormous devastation which was made by the a-amanitine in the child’s body, the little Ola probably has had not much time left. Because in this sauce was one of the most poisonous fungi, the phylum amanita, and this medium-sized one contains a dose of deadly poison for 2-3 people.

Maybe today there are better methods of treating such poisoning, but I see this smiling Ola in front of my eyes every time someone cook for me some fungi.

So, when I get a jar of fungi’s sauce, of course I accept it with gratitude, but I only eat the day after tasting by the mushroom picker. Which is understandable, he usually believes that what he has collected is healthy.

Before he does it, I get proverbial lockjaw:-)

News

Dostałam info, że mam ponad 100 nowych followersow!!

20181016_1236165936753413733105388.jpg

Co oznacza, że docierają tu i zostają na dłużej, zupełnie nowe osoby, a to jest bardzo miłe. Oczywiście wiem, że istnieją kanały z tysiacami subskrybentów, ale po tych wszystkich zmianach, które przeżył moj blog (i ja:-)), ta setka wiele dla mnie znaczy.

Dziękuje Wam! :-*


I got info that I have over 100 new followers!

Which means that there are more people coming here and staying for a longer time, and it is very nice. Of course, I know that there are channels with thousands of subscribers, but after all the changes that my blog has experienced (and me :-)), this hundred means a lot!.

Thank you! :-*

Znana córka znanej matki/ A well-known daughter of a well-known mother

Znana córka znanej matki nie zaprosiła tejże matki na swój ślub. Bo to był cichy ślub, na którym byli tylko świadkowie. Gdyby zaprosiła matkę, musiałaby zaprosić ojca, pan młody musiałby zrobić to samo no i powstałby tłum.

Hm, matka i ojciec, plus matka i ojciec, plus jeszcze dwie osoby, bo rodzice pana młodego, są w nowych związkach. 6 osób. Plus młodzi, plus świadkowie. 10.

Czy 10 osób to tłum?

Patrzę na to wszystko z pozycji matki. Byłby mi smutno, gdyby moje dzieci nie zaprosiły mnie na swój ślub. Nie byłoby mi żal, gdyby wybrali skromną uroczystość zamiast wesela, a nawet gdyby zrezygnowali z przyjęcia. Byłoby mi jednak przykro, że w ogóle rozważają opcję ślubu bez rodziców. Moim zdaniem, to mimo wszystko świadczy o wzajemnych relacjach.

Znanej matce znanej córki podobno przykro nie jest, bo (w wolnym przekładzie) córka tak chciała, tak zdecydowała, i ona to rozumie. Wiecie co? Ja jej nic a nic nie wierzę. Nawet w to, że rozumie. Córka owszem, zrobiła tak jak chciała, ale matka pewnie robi dobrą minę, żeby nie stracić swojej znanej twarzy.

Moja córko, jeśli to czytasz. Pamiętaj, że mi byłoby przykro. Cholernie przykro. Więc nie pozbawiaj mnie możliwości bycia z Tobą w tym szczególnym momencie, by tak zupełnie po matczynemu cieszyć się Twoim szczęściem. A nawet, by sobie trochę popłakać, choć zawsze uważałam, że w takim momencie płacz jest nie na miejscu.

I choć podobno „mus jest płakać nad panieństwem”…

to osobiście wolę śmiech:-)


A well-known daughter of a well-known mother did not invite her mother for her wedding. Because it was a quiet wedding, on which there were only bridesmaide and groomsman. If she invited her mother, she would have to invite her father, the bridegroom would have to do the same and the crowd would be created.

Hm, parents plus parents, plus two more people, because the parents of the groom and are in new relationships. 6 people. Plus bridegroom and bride, plus bridesmaide and groomsman. 10.

Is 10 a crowd?

I look at everything from a mother’s position. I would be sad if my children would not invite me to their wedding. I would not be sorry if they chose a modest ceremony instead of a wedding party, or even gave up in a small restaurant. I would be sorry if they were even considering a wedding option without parents. This, however, suggests something.

The known mother of a known daughter is not at all sorry, because (as she said) the daughter so wanted, so she decided, and she understands it. You know what? Frankly, I don’t buy it. Even the fact that she understands. Her daughter did what shed wanted to do, and the mother makes a good face not to lose her known face.

Dear my Daughter, if you read this. Remember that I WOULD BE SORRY. Do not deprive me of the opportunity to be with you at this special moment, to enjoy your happiness. And even to cry a little, though I always thought that it is a bit pathetic at such moment. And despite that girl „must cry over her maidenhood” …[first viedo]

I personally prefer laughter [second video].

Psychologiczne healthy-selfie/ Psychological healthy-selfie

images (2)Kiedy zmieniałam pracę obiecałam sobie, nie będę narzekać na nic, co wiąże się z tą zmianą, bo przecież sama jej chciałam, wybrałam i podjęłam decyzję. Koniec i kropka.

No i rzeczywiście nie narzekam. Praca spokojna, często twórcza, czasem relaksująca, zwykle bezstresowa, w większości ciekawa. Wiadomo, że coś tam w niej lubię bardziej, coś mniej. Normalka.

Narzekam jedynie na brak pakietu medycznego i w ten sposób płynnie przechodzę do narzekactwa na polską służbę zdrowia. Państwowy NFZ jest koszmarem samym w sobie, a w Warszawie koszmarem do kwadratu. Jeśli jeszcze pracujesz w firmie, która ma podpisaną umowę albo bezpośrednio z dużą siecią medyczną, albo przez pakiet ubezpieczeniowy, jest ok. Ja tak miałam przez kilka lat i bardzo sobie ceniłam. Full serwis. Specjaliści dostępni co prawda z 3 miesięcznym wyprzedzeniem, ale byli! A w sobotę, gdy Słoiki* wyjeżdżały do domów, można się było dostać do nich nawet wcześniej, internista prawie od ręki, rehabilitacja przyzwoita i w przyzwoitej odległości czasowej. Nic, tylko chorować:-)

Natomiast państwową służbę zdrowia w Warszawie opisuje przypadek mojej sąsiadki emerytki. Otóż poszła we wrześniu zapisać się na planowaną operację czegoś tam i zapisali ją na wrzesień!

2024.

A to kobieta grubo po siedemdziesiątce, więc łatwo sobie wyobrazić nie tylko, że może nie dożyć, ale też, na jaką jakość życia będzie przez tych 6 lat narażona.

Teraz nie mam pakietu medycznego, jestem skazana na NFZ, tak więc łokieć tenisisty, który się odezwał po 10 latach uśpienia, musi sobie radzić sam. Btw, jeśli ktoś z Warszawiaków ma dobrą miejscówkę, czyli przychodnię ze specjalistami i przyzwoitą rehabilitacją, proszę o sygnał. Jestem mobilna i niewymagająca, mogę się przemieścić gdziekolwiek, gdzie jeszcze lekarze pracują jak za dawnych dobrych czasów:-)

A do tego czasu?

Podobno mówienie sobie dobrych rzeczy przed lustrem podnosi samoocenę, może sprawdzę czy to samo da się zrobić ze zdrowiem? Codziennie rano stanę z Beatą twarzą w twarz, spojrzę jej w oczy i powiem: „Jesteś boska, jesteś cholernie zdrowa, pełna fizycznej krzepy, harmonii ducha i ciała. Jesteś the best i nie ma lepszej rzeczy niż być tobą, w tym twoim zdrowym, zadbanym ciele!”. Takie psychologiczne healthie-selfie:-)

Jak myślicie, pomoże?

* Żeby nie było, wolno mi tak pisać, bo sama jestem słoikiem:-)


When I changed my job I promised myself, I would not complain about anything that was related to this change, because I wanted it myself, I chose it and made a decision. Period.

I’m not complaining. Working calm, sometimes creative, often relaxing, usually stress-free, mostly interesting. It is obvious that I like something more, something less. Life.

I only complain about the lack of a medical package, and at this smoothly way I am going into the complaining about the Polish health service. The National Health Fund is a nightmare in itself, and if you live in Warsaw a squared nightmare. If you work at a big company, and this company has a contract signed either directly with a large network medical service or through an insurance package, it is ok. I used to had it for several years and I appreciated it very much. Full option. The specialists were available three months in advance, but they were! And on Saturday, when the Jars * went home, you could reach them even earlier, the internist almost immediately, rehabilitation decent and in a decent time distance. Nothing but being sick 🙂

On the other hand, the state health service in Warsaw describes the case of my neighbor’s pensioner. Well, she went to the hospital, to sign up for the planned operation of something there in the beggining of September and they planned it down for September!

2024.

And she is a woman in her seventies, so it is easy to imagine that she may not live as long, but also what the quality of live she will have during these 6 years.

I do not have any medical package currently, I am doomed to NFZ, so the tennis elbow, who was asleep for 10 years and, and now awaked, have to fend himselves. Btw, If someone from Warsaw has a good spot, i.e. a clinic with specialists and a decent rehabilitation, I am asking for a signal. I am mobile and undemanding, I can move anywhere, where doctors still work like in the good old days 🙂

By then?

Apparently telling yourself good things in front of the mirror raises self-esteem, maybe I’ll check whether it will work when it comes to health? I will stand face-to-face every morning, look at Beata’s eyes and say: „You’re divine, you’re damn well, you are perfect with physical body and spirit harmony. You’re the best and there’s no better thing than being you, in your healthy, well-groomed body! „. Such psychological healthie-selfie 🙂

What do you think, will it help?

* I am allowed to write like that, because I am a Jar:-)

Z poezją można się spotkać nawet na gmachu Ministerstwa/ You can meet with poetry even on the Ministery wall

wp-15389867702598064899409882876732.jpg
Myśli bezrozumne
O głowie bez twarzy
Szaleństwem opętani
Zawikłani oboje
Ty w psychozie
Ja w tobie
Patrzę na ciebie
Tak jak ty
Patrzysz na mnie
Ty słowo
Ja zdanie


Thoughtless thoughts
about a head without a face
possessed by madness
Engaged both
You in psychosis
I am in you
I am looking at you
Just like you
Look at me
You word
I sentence

Notka o pisaniu i nieco o miłości, ale ociupinkę, bez przesady/ About writing, a bit about love, but really a little, without exaggeration

Przy pisaniu poprzedniej notki musiałam trochę przewertować własne notatki i przy tej okazji znalazłam fragment dialogu z książki Marqueza, który w prostocie swojej poruszył mnie kiedyś na tyle, że go sobie zapisałam. W tym jednym, jedynym zeszycie, który ciągle jeszcze posiadam. Ten zeszyt jest trochę jak szuflada z ostatniej reklamy Agata Meble, odgrywanej przez Małgorzatę Sochę. Przeznaczony na tegesy i tentegi, a także szpargały i przydasie, oczywiście takie blogowo – literackie.

Pozostałe zapiski robię w wersji elektronicznej. Wiem, zaraz mi ktoś powie, że jak padnie windows, czy jakiś inny android, to zostanę niczym tabula rasa, pusta i pozbawiona całej, nabywanej latami, wiedzy. Ja to wszystko wiem, ale na klawiaturze piszę 10 palcami, bezwzrokowo, a na papierze tylko trzema i w dodatku muszę patrzeć, bo inaczej koniec zdania wypadałby gdzieś na serwetce. 🙂

Miałam taki moment w swojej blogowej karierze, że musiałam wrócić do zapisywania pomysłów w  podręcznym kalendarzu. Jednak ten etap mam już dawno za sobą. Poza tym, wiecie, ile waży moja torebka???:-) Ja nie dołożę tam już nawet pendrive’a bez uszczerbku dla własnego kręgosłupa.

To była taka mała dygresja, a teraz wracając do dialogu. Fragmentu. Otóż ona (główna bohaterka z „Miłości w czasach zarazy”), zupełnie niezakochana, mówi do niego, który kocha szaleńczo i po raz kolejny proponuje spotkanie:
– „Nie bardzo rozumiem, jaki sens miałyby mieć te wszystkie wizyty?”

Na co on odpowiada:
– „Nawet nie pomyślałem, że mogą mieć jakiś sens”.

No i to jest super odpowiedź. Bo czyż zawsze musimy  dopatrywać się sensu?


When I was writing the previous note I had to browse through my notes a bit and on this occasion I found a part of the dialogue from the Marquez’s book, who in its simplicity touched me enough that I wrote it down. In this one, the only book which I still have. This notebook is a bit like a drawer from the last advertisement of Agata Meble, played by Małgorzata Socha. Intended for various possessions, junk, swags and small stuff, of course for blogging and stricte (or not) literary.

I make other notes in the electronic version. I know, someone can tell me, that if the Windows stopped, or some other android, I will become a tabula rasa, empty and devoid of all knowledge acquired over the years. I know that, but I write touch typing, using 10 fingers, but only with three fingers when I have to write a pen and in addition, I have to watch out, because otherwise the end of the written sentence can finish somewhere on the napkin. 🙂

I had such a moment in my blog career that I had to go back to saving ideas in a paper calendar. However, this time has passed away. Btw, do you know how much my purse weighs ??? 🙂 I will not even slipped there a small pendrive without damaging my own spine.

It was such a small digression, and now returning to mentioned dialogue. Fragment. Well, she (the main character from „Love in the Time of Plague”), completely not fallen in loved with, speaks to him, who loves madly and once again seek a meeting:

– „I do not really understand, what sense would all these meetings?”

His answer: – „I did not even think that they could make sense.”

Well, this is a great answer. Do we always have to look for the meaning?

Recenzja krytyczna „Miłości w czasach zarazy”/ Critical review the „Love in the Time of Cholera”

Jakiś czas temu przeczytałam, a w zasadzie zmordowałam powieść Gabriela Garcíi Márqueza, „Miłość w czasach zarazy”. Przyznam szczerze, że zaczynała się całkiem ciekawie, jednak z każdą przeklikaną stroną (znak czasów – czytam ostatnio tylko e-booki), było coraz gorzej. W którymś momencie odłożyłam czytnik i obejrzałam ekranizację, z rzekomo wspaniale ogrywającym rolę Florentino Arizy – Javierem Bardemem (rzekomo – bo mi się nie podobało). Pomyślałam jednak, dam Marquezowi szansę, może mnie coś urzeknie, może do mnie przemówi. Przeczytałam całą, nie przemówił. To jest druga książka, po „Mistrzu i MałgorzacieBułhakowa, która moim znajomym bardzo się podobała, a mi bardzo nie.

Ale wracając do Márqueza. Domyślam się, że będąc pisarzem tzw. realizmu magicznego w sztuce (tak jak Bułhakow zresztą), pisarz chciał opowiedzieć o wiecznej, nieprzerwanej miłości, uczuciu w wieku starczym i przełamać tym samym kolejne społeczno – kulturowe tabu. Główny bohater przez pięćdziesiąt lat czeka (w międzyczasie mając setki romansów) na miłość swojego życia, gdy ta miłość zostaje wdową, pomaga jej znieść wdowieństwo, przetrwać trudny czas i próbuje zainteresować sobą na nowo. Udaje mu się nawet pójść z nią do łóżka. I tu mała dygresja. Seks 80 latków dzisiaj chyba już nie dziwi, skoro ciągle jeszcze mogą uprawiać seks, i ciągle jeszcze mają na niego ochotę, to w czym problem? Może jedynie wolałabym takiej sceny łóżkowej nie oglądać, a oglądałam w filmie.

Problem to ja mam z czymś innym, co prawdopodobnie wiąże się z realizowaniem nurtu literackiego, którym fascynował się Márquez. A w zasadzie mam pytanie. Po co, w emocje, które mają prawo towarzyszyć ludziom w każdym wieku, w euforię, że oto znowu się kogoś kocha, jest się razem i można wspólnie cieszyć się jesienią życia, po co w to wszystko wplatać fizjologię ciała z całym jej, niezbyt przyjemnym dla oka, ludzkim wymiarem? Nie wiem jak Wy, ale ja naprawdę nie widzę literackiego piękna w pisaniu o wydzielinach, plwocinach, puszczaniu bąków, obstrukcjach, lewatywach i sztucznych szczękach. Mnie to autentycznie brzydzi! A Márquez, jakby celowo kieruje uwagę czytelnika na ten aspekt człowieczeństwa (może nie na wszystkie z wymienionych, ale sporo). Taki turpizm, moim zdaniem zupełnie niepotrzebny. Dojrzały czytelnik naprawdę jest świadomy przemijania, problemów, które pojawiają się z wiekiem, każdy ma lub miał w swojej rodzinie, otoczeniu, babcię czy dziadka, nie trzeba mu tymi przypadłościami walić po oczach. A młody i tak się jeszcze nie przejmie. Gdybym miała 20 lat, odłożyłabym czytanie tej książki już po pierwszym rozdziale.

Czy ktoś z Was to czytał?


Some time ago I read, (I forced myself) a novel by Gabriel García Márquez, „Love in the Time of Plague.” I must admit that it started quite interesting, however, with each taps of page (the sign of the times – I read only e-books lately), it was getting worse. At some point, I put down the e-reader and watched the film, with the allegedly wonderful role Javier Bardem as Florentino Ariza (allegedly – becouse I didn’t like it). After that I thought, I will give Marquez a chance, maybe he will captivate me by something, maybe he will speak to me. This is the second book, after Bulgakov’s „Master and Margaret”, which she liked very much to my friends, and I didn’t like very much.

But back to Márquez. I guess that being a writer of the so-called magical realism in art (like Bułhakow anyway), the writer wanted to tell about eternal, uninterrupted love, feelings in old age and break down the next social and cultural taboo. The main character is waiting for fifty years (in the meantime having hundreds of romances) for the love of his life, when this love becomes a widow, helps her to endure widowhood, survive the difficult time and tries to make her fall in love with him again. He even manages to go to bed with her. And here a little digression. The sex of 80-year-olds is no longer surprising today, if only they can still have sex, and still have the desire for it, what’s the problem? Maybe I would just prefer not to see such a bed scene, but I watched in the movie.

I have a problem with something else that is probably related to the literary trend that Márquez was fascinated with. And basically, I have a question. Why, in the emotions that have the right to accompany people of all ages, in the euphoria, that you love someone again, you are together and you can enjoy the autumn of life, so why this body physiology, with all its, not very pleasant for the eye, the human dimension? I do not know about you, but I really do not see literary beauty in writing about blowing of nose, secretions, sputum, farting, constipation, enemas and dental plates. It is really disgusting me! And Márquez, as if he intentionally directs the reader’s attention to this aspect of humanity (maybe not all of mentioned before, but a lot). Such turpism, in my opinion completely unnecessary. A mature reader is really aware of all those problems that arise with age, everyone has or had in the family, surroundings, grandmother or grandfather. And the young people will not think about it yet If I were 20, I would postpone reading this book after the first chapter.

Have any of you read this?