„La casa de papel”

Już dawno nie zafiksowałam się na czymś tak bardzo, jak ostatnio. Od pięciu dni robię tylko to, do czego jestem już naprawdę zmuszona, a wszystkie inne potrzeby, włącznie z praniem, wymagającym jakichś skomplikowanych działań gotowaniem, czy robieniem zakupów, ograniczyłam do niezbędnego minimum.

Trzeba tu dodać, że zbliża się mój urlop, więc przygotowań do wyjazdu jest sporo, a ja co? Oczywiście chodzę do pracy, wracam, wyprowadzam psa, robię prosty obiad (albo zjadam to, co przygotuje mąż, który się nie zafiksował), szybko wkładam talerze do zmywarki, a potem jak uzależniona, biegnę do salonu, włączam tv, drżącymi palcami wybieram właściwą aplikację i… odcinek, za odcinkiem, oglądam „La casa de papel” (Dom z papieru):-)

Został mi już ostatni z 3 serii, ale specjalnie zostawiłam go sobie na dzisiejszy wieczór, wiecie, tak na deser. 🙂

I chociaż „La casa de papel” niestety potwierdził powszechnie znaną zasadę, że kolejny sezon jest gorszy od poprzedniego, to ja i tak czekam na następny. A scenariusz podobno już „się pisze”!

A Wy? Oglądaliście?

Czytaj dalej „„La casa de papel””

Jak nie wydałam e-booka/ How I did not publish my own e-book

Dzisiaj co drugi bloger wydaje, lub chciałby wydać e-booka. To rzeczywiście może być fajne kompendium wiedzy o blogu, a jeśli blog jest tematyczny, profesjonalny to sądzę, że nawet warto to zrobić. E-booki są reklamowane na stronie wydawcy, bloger zdobywa dodatkową reklamę, a jako bonus – czasem coś mu wpadnie do kieszeni. Piszę „coś”, bo nie wierzę, że e-booki blogów sprzedają się jak świeże bułeczki.

Ale może i się sprzedają:-)

I teraz wyobraźcie sobie, że ja dostałam kiedyś propozycję wydania e-booka. Wow, prawda?:-)

9 lat temu napisał do mnie przedstawiciel Legimi i zaproponował współpracę, a ja… jeszcze zielona w tematyce e-bookowo-czytnikowej (nie miałam nawet pojęcia o istnieniu Kindle, to był czas, gdy Amazon dopiero wychodził ze sprzedażą poza USA), dbając o anonimowość, na której mi wtedy bardzo zależało, (w sumie za cholerę nie wiem czemu:-), nie zdecydowałam się na podpisanie umowy. Wydawało mi się też, że to trochę bez sensu, bo po co komuś e-book (płatny czy darmowy), skoro można sobie wejść na stronę Blog Caffe i czytać do woli. Jeszcze wtedy nie sądziłam, że taka forma książek się przyjmie i że będzie to rewelacja.

Przyznaję też, że obawiałam się chłodnego przyjęcia i w efekcie, późniejszego wstydu.

Dzisiaj, z perspektywy lat, mogę powiedzieć jedno, trzeba chwytać okazje! Jeśli dostajecie prezent od losu, nawet taki zupełnie nie brany pod uwagę, a może nawet niechciany – przemyślcie wszystkie za i przeciw, zanim go odrzucicie. Ja dzisiaj żałuję:-) Miałabym go na swoim koncie i teraz, w czasach, gdy jeśli sam się nie pochwalisz, to nikt tego nie zrobi – mogłabym się nim chwalić bez zażenowania, prawda? 🙂

Czytaj dalej „Jak nie wydałam e-booka/ How I did not publish my own e-book”

Sesja dla Playboya vs. praca Policji/ Pics in Playboy vs. work in Police

Wpis na szybko, w lekkim szoniu. Otóż Justyna Żyła wykorzystała swoje 5 minut w mediach i załapała się na rozkładówkę dla Playboya. Zapytana o reakcję syna, na tego typu sesję odpowiedziała, że owszem pytała go o zdanie, i on odpowiedział, że bardziej by się wstydził, gdyby pracowała w policji.

Ja wiem, że w pewnym wieku młodzież za policją nie przepada, przechodzi okres buntu, bo mandaty, zakazy, bo nasłuchali się hip hopu, który jedzie po policji ile wlezie, ale kurczę, syn Pani Justyny ma dopiero 12-lat!

Może rzeczywiście, na marzenia o byciu policjantem, strażakiem czy lotnikiem, jest już trochę za duży, ale porównanie pracy policjantów z pozowaniem do rozbieranych zdjęć matki to trochę nie bardzo, prawda? Policjanci szybko zareagowali, zaproponowali, aby przyszła do nich z synem: „może lepiej, niż Pani to robiła, wytłumaczymy mu, że jak będzie na przykład potrzebował szybkiej pomocy, to może o nią poprosić każdego policjanta, zatrzymać radiowóz, czy zadzwonić pod nr 997”.

Czytaj dalej „Sesja dla Playboya vs. praca Policji/ Pics in Playboy vs. work in Police”

Humanizacja alkoholizmu/ Humanization of alcohol

Przeczytałam dzisiaj wypowiedź ratownika medycznego (o ich trudnej pracy pisałam tu), który narzekał, że największą plagą jest alkohol, ponieważ aż połowa zgłoszeń dotyczy osób nietrzeźwych, zgarnianych bezpośrednio z ulicy, ze śmietników, trawników. Ratownicy wzywają policję, która czasem przejmuje delikwenta i po rozpoznaniu przewozi go na izbę wytrzeźwień (za co potem wystawiany jest rachunek), a czasem ten delikwent trafia na SOR. Większość utonięć, do których również wzywa się ratowników, też jest skutkiem wcześniejszego picia alkoholu, do czego nawiązywałam tu.

Dzisiaj chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć, że nadmierne picie alkoholu jest złe, że to uzależnienie, które dotyka całą rodzinę, i z którego trzeba się leczyć. A jednak… zauważyłam, że ostatnio próbuje się alkoholizm humanizować, usprawiedliwiać, racjonalizować motywy. Ludzie piją bo są tacy samotni, smutni, tracą sens życia, przechodzą kryzys, i wszystko to próbują sobie rekompensować alkoholem. Głośno mówi się o uzależnieniu lekarek, prawniczek, nastolatek i gospodyń domowych, o tym, że może się ono przytrafić każdemu, a pijących jest coraz więcej i coraz młodszych.

Znalazłam też nawet wypowiedź lekarza, który stwierdził, że w codziennym piciu alkoholu nie ma nic złego, a o problemie możemy mówić dopiero wtedy, gdy z powodu zapicia, człowiek nie przychodzi do pracy, odnosi kontuzje lub źle się czuje bez alkoholu. Ten lekarz tłumaczył, iż wszystko zależy od stylu picia. Mniej niebezpieczne jest, gdy człowiek wypija codziennie kieliszek wina, bardziej, gdy jednorazowo wlewa w siebie morze alkoholu tracąc przy tym kontakt z rzeczywistością (jak w przypadku pub crawl).

Czyli, co? Można pić, nawet dużo, nawet codziennie, pod warunkiem, że się kontroluje swoje życie i nie zalicza tzw. zgonu?

Wiecie co? Jakoś mnie to nie przekonuje. Uważam, że takie podejście to przyzwolenie i amplifikacja limitu. Przecież, jeśli człowiek pije codziennie, czasem mniej, czasem więcej, (choć zwykle spożywanie używek idzie w kierunku zwiększania ilości), to nie ma siły, żeby się w końcu nie uzależnił. A wtedy rzeczywiście zacznie się źle czuć bez alkoholu, lub zaczną się różne problemy, osobiste, zawodowe, również te zdrowotne. Chyba, że zdąży, w którymś momencie wyhamować. Ale nawet jeśli nie, to ile razy słyszeliście, że trzeba mu wybaczyć, bo „to przecież nie on był agresywny, pobił żonę, nawrzeszczał na dzieci, to nie on, to choroba”.

I na koniec ciekawostka. Wyczytałam, że obecnie, obok klasycznych terapii, które kończą się absolutnym zakazem picia i wpojeniem człowiekowi, że już do końca życia będzie niepijącym alkoholikiem, są również nowocześniejsze. Zakładają one, że łatwiej jest uzależnionego człowieka doprowadzić do poziomu kontrolowanego picia niż utrzymać w przeświadczeniu absolutnego zakazu. Przy kontrolowanym piciu pacjent odzyskuje władzę nad własnym życiem, natomiast absolutny zakaz często kończy się nawrotem.

A kontrolowane picie nie może się skończyć nawrotem?

Czytaj dalej „Humanizacja alkoholizmu/ Humanization of alcohol”

Piękne balkony/ Beautiful balcony

Gdyby w Warszawie nadal były organizowane konkursy na najpiękniejszy balkon miasta, te miałyby szansę wygrać. Kamienica w samym sercu Warszawy, na tyłach Nowego Światu.

Okazało się, że nie tylko ja doceniłam ich piękno, pisząc notkę wrzuciłam w wyszukiwarkę frazę „najpiękniejsze balkony w Polsce” i zdjęcie tej kamienicy też tam było:-)

Ja swoim balkonem już się kiedyś tutaj chwaliłam, jeśli chodzi o rośliny, to stoi tam tylko jedna samotna juka, ale i tak bardzo go lubię. A jak wyglądają Wasze balkony, może macie taras? Przywiązujecie wagę do ich wyglądu? Wrzucajcie zdjęcia w komentarzach:-)

20190724_1243196231941912199617577.jpg

Czytaj dalej „Piękne balkony/ Beautiful balcony”

Biała plama zasięgu, ale przynajmniej nie blackout/ Blank edge on the map, but anyway not blackout

Miałam krótki, weekendowy, przerywnik na łonie natury, aby się zrelaksować, popływać w jeziorze i naładować akumulator, który pozwoli mi jakoś przetrwać do urlopu. Pojechałam na Pojezierze Łęczyńsko-Włodawskie, a tak się akurat składa, że miejsce, w którym zwykle nocuję, słynie z braku zasięgu. Taka biała plama na mapie Polski, którą ja osobiście bardzo lubię.

Jednak to tylko biała plama, a nie blackout, jak w przypadku Wenezueli, która stała się kolejny raz celem ataku elektromagnetycznego. Przeczytałam w Internecie, że to z jednej strony wina przestarzałych technologii, ale z drugiej, efekt trwającego tam od stycznia kryzysu politycznego i stanu faktycznej dwuwładzy. W niestabilnym politycznie kraju łatwo o sabotażowe zagrywki, mające pokazać społeczeństwu, kto jest silniejszy.

Kiedy czytam takie artykuły jak ten w Biznesalercie, opisującym marcowy blackout w Wenezueli, to włos mi się jeży na głowie. W miejscach, gdzie tylko przez jeden tydzień nie było prądu, dochodziło do armagedonu. Brakowało wody pitnej, bo nie działał system napędzanych przez prąd wodociągów, ludzie okradali sklepy, na ulicach panował chaos i bezprawie. Umierali pacjenci pozbawieni działającej na prąd, wspomagającej życie aparatury, umierały noworodki, ponieważ inkubatory także przestały działać. Wenezuela pogrążyła się w ciemności i została praktycznie odcięta od świata, choć brak dostępu do Internetu i zasięgu telefonicznego był chyba jej najmniejszym problemem.

Jeśli to, co opisał Biznesalert, stało się w ciągu jednego tygodnia bez prądu, jak myślicie, co mogłoby się wydarzyć w Wenezueli, gdyby wyłączono na stałe?

A co by się stało, gdyby został wyłączony wszędzie, na całej planecie?

Czytaj dalej „Biała plama zasięgu, ale przynajmniej nie blackout/ Blank edge on the map, but anyway not blackout”

Trochę w tematyce poprzedniej notki, czyli ciasteczka vs. ekologia/ A little bit in the subject of the previous note, i.e. cookies vs. ecology

Jak kurde ma nie być globalnego zanieczyszczenia Ziemi, skoro produkujemy globalne buble. To znaczy, globalnie produkujemy buble. One się potem psują, my je reklamujemy, sklep odsyła do producenta, producent produkuje następną rzecz…. i często się okazuje, że to znowu bubel.

Przecież, gdyby wróciły w tym zakresie dawne dobre czasy, że kupowało się jedną rzecz na kilka-kilkanaście lat, nie byłoby problemów z recyklingiem. Myślę, że to jest główny problem tego świata. Ok, konsumpcjonizm to jedno, ale mnóstwo rzeczy kupujemy tylko dlatego, że poprzednie się zepsuły, że produkty są coraz gorszej jakości, że producentom wcale nie zależy na tym, aby ich towar był trwały i wystarczał na długie lata.

Zawsze przy poruszaniu takich tematów przypomina mi się historyjka pewnego zegarka (historia wydarzyła się 100 lat temu), pewnej szwajcarskiej firmy, która zapewniała kupujących, że jej zegarki nigdy się nie psują. Ten się jednak zepsuł. Wkurzony właściciel odesłał go więc do producenta z pretensjami i żądaniem naprawienia. Po jakimś czasie zegarek wrócił do właściciela, z informacją, że bardzo dziękują za list, ale musiała zajść pomyłka, bo zegarek jest całkowicie sprawny. Mężczyzna zdziwił się, spojrzał jednak na tarczę i zobaczył, że wskazówki rzeczywiście poprawnie wskazują czas. Wiecie co się stało? Zegarek rzeczywiście się zepsuł, ale firmie słynącej z bezawaryjności, było z tego powodu tak wstyd, że w imię ratowania dobrej reputacji, wymieniła go na nowy, licząc, że właściciel się nie zorientuje.

Czy którakolwiek ze współczesnych firm dba w ten sposób o swoje dobre imię?:-)

Dzisiaj rano kupiłam ciasteczka. Potrzebowałam na spotkanie firmowe, żeby było coś do kawy.  „Proszę Pani, dopiero przywiezione, kruchutkie, nadziewane świeżymi jagodami, pychota„. Dobrze, że spróbowałam tej pychoty, zanim postawiłam ją na stół.  Byłoby mi wstyd i przed gośćmi, i przed szefem! 

Wkurzyłam się, wzięłam te ciastka i poszłam do sklepu. Dla zasady. Przecież ekspedientka wkładając je do pudełka musiała wyczuć, że są twarde! Dodatkowo były też po prostu niedobre. Pieniądze odzyskałam, a wtedy ostentacyjne zapłaciłam za to jedno, które zjadłam, a w zasadzie wyplułam. Właśnie z takim komentarzem. 

Może nie zareagowałabym tak ostro, gdyby nie fakt, że w ostatnim czasie miałam kilka nieudanych zakupów. Uchwyt na telefon do samochodu (odpadał od szyby), buty (odpruła się lamówka), wspominany kilka dni temu kurier, czeka na reklamację moja czarna torebka (pękła przy uchwycie, a miała być z prawdziwej skóry) i kilka innych, których już nie będę wymieniać. Wiecie, taka kumulacja, a w dodatku każda z tych reklamacji zajmuje mój czas, a ja swój czas bardzo sobie cenię.

Tak więc słodkie ciasteczka przelały czarę goryczy! 🙂

Czytaj dalej „Trochę w tematyce poprzedniej notki, czyli ciasteczka vs. ekologia/ A little bit in the subject of the previous note, i.e. cookies vs. ecology”

Proekologiczna bezdzietność/ Pro-ecological childlessness

Wy zakochane w swoich dzieciach mamusie, oczarowani słodkimi oczętami swoich córek tatusiowie, Wy, świadomi, mądrzy i spełnieni w swoim rodzicielskim dziele, czy przyszłoby Wam kiedykolwiek do głowy, żeby z tego wszystkiego, równie świadomie, zrezygnować… dla matki Ziemi?

A Szwedzi nie tylko o tym myślą, ale również to robią! Środowisko szwedzkich ekologów, w jego najbardziej radykalnym odłamie, nawołuje do rezygnacji z posiadania dzieci. Notowane są już przypadki sterylizacji, u podłoża której leży poczucie winy wobec, niezaprzeczalnych skądinąd faktów, zanieczyszczania naszej planety.  Wyliczono, że rok życia dziecka, związany z konsumpcją i transportem, emituje tyle dwutlenku węgla, ile codzienna eksploatacja samochodu przez 24 lata.

Mniej radykalni Szwedzi sugerują jedno dziecko mniej, bardziej radykalni uważają, że w obecnej sytuacji płodzenie dzieci to wstyd (barnskam).

Z ekonomicznego punktu widzenia, ma to sens. Przeludnienie dotyczy wielu miejsc na Ziemi i na pewno zaradziłaby temu migracja, jednak nie taka, jaka odbywa się w ostatnich latach. Nie z Afryki do Europy. Ziemia nie obdarowała człowieka równomiernie, istnieją obszary całkowicie niezamieszkałe z powodu ich położenia geograficznego i trudno mi sobie wyobrazić, że w wyniku polityki proekologicznej, ktoś nagle spróbuje przenieść tam całe swoje życie. Ja nie potrafiłabym żyć z dala wielkomiejskiego zgiełku, a co dopiero gdzieś np. w afrykańskiej głuszy.

Szwedzkie pomysły nie są jednak odosobnione. Już dwa lata temu Prof. Yuan Tseh Lee, tajwański chemik i laureat Nagrody Nobla, zalecił zmniejszenie liczby ludności, by ułatwić przejście światowej gospodarki na energię odnawialną. Do 2050 roku powinniśmy zredukować liczbę ludności o połowę, bo bez tego nie będzie zrównoważonego rozwoju i szersze otwieranie się na odnawialne źródła energii nic nie da. Za wzór podawał swój kraj, w którym liczba dzieci uczęszczających do szkoły podstawowej  spadła od 1994 roku właśnie o połowę.

Miejsca na Ziemi jest dla nie więcej niż 1 mld. ludzi, a w 2018 populacja światowa liczyła ponad 7,6 mld. Ostrzeżenia przed konsumpcjonizmem i wzrostem ludzkiej populacji, która jest zagrożeniem nie tylko dla ziemskiej biosfery, ale także samego człowieka, wygłaszane przez Paula Ehrlich, cyklicznie od  70-tych lat ubiegłego wieku, nic nie dały.

Można byłoby na koniec metaforycznie powiedzieć, że mleko się rozlało. A także, że skoro sami nawarzyliśmy tego piwa, trzeba je teraz wypić.

Co Wy na to?

Czytaj dalej „Proekologiczna bezdzietność/ Pro-ecological childlessness”

Szalona środa /Crazy Wednesday

Kto dzisiaj jest zarobiony, zapracowany, zakręcony i zajęty sprawami służbowymi?

Łączę się z Wami w bólu:-)

Szczęściarze na urlopie niech się cieszą słońcem (jeśli są za granicą), urlopem, lenistwem, głową w chmurach i tym wszystkim, czym ci z pierwszego zdania cieszyć się nie mogą.

Do roboty!

Czytaj dalej „Szalona środa /Crazy Wednesday”

Leniwa niedziela/ Lazy Sunday

Na Starym Mieście w Warszawie, jednak w stylu nieco włoskim, prawda?
At the Warsaw Old Town, but in a slightly Italian style, isn’t it?

20190716_125807-907x1248637785132976579659.jpg

Wąska uliczka bez nazwy, między Piwną a Świętojańską.
A narrow alley with no name, between Piwna and Świętojańska street.

Byłam na koncercie Bon Jovi!!/ I was at The Bon Jovi concert !!

Piątkowy wieczór spędziłam cudownie, więc muszę Wam trochę o tym opowiedzieć. Ciągle jeszcze mam w głowie piosenki Bon Jovi, a przed oczami fantastycznego, szalejącego na scenie, bawiącego się z publicznością, nieustannie młodego i cholernie przystojnego Johna. No dobra, niektórzy powiedzą, że ma tylko 175 cm wzrostu, ok, ale za to jaki uśmiech!

Ja go uwielbiam! Nie tylko za przeboje, muzykę, piękne rockowe ballady, nie tylko jako artystę, który zawojował świat. Ja go uwielbiam jako człowieka! John Bon Jovi, pomimo prawie 40 lat na scenie, nie gwiazdorzy (w odróżnieniu od bohaterki poprzedniego posta), nie skandalizuje, nie wdaje się w romanse, nie zapomina o przyjaciołach, jest bardzo pokorny wobec sławy i tej łaski pańskiej (tj. fanów), która na pstrym koniu jeździ.

Znalazłam w sieci fajny filmik, na którym John jest gościem weselnym, a wywołany „do tablicy” przez solistkę, śpiewającą na weselu jego przebój, daje się wyciągnąć na scenę, zachowując się przy tym naprawdę bezpretensjonalnie i uroczo! I to jest chyba jedyny mężczyzna na świecie, któremu bycie uroczym nie ujmuje męskości. Tak wiem, jestem jedną z tych wzdychających do niego dawnych nastolatek:-)

Przyznaję, że ikonkę tego filmu tworzy dosyć niefortunny kadr, bo John wygląda tu, jakby zaczął krzyczeć z rozpaczy ;-), ale pewnie ktoś nie znał po prostu techniki montowania filmów. I tu właśnie drobna dygresja, jeśli już udostępniacie swoje filmiki w „Internetach” sprawdźcie jak wyglądają w wyszukiwarce. Mój kolega, szanujący się biznesmen, nagrał krótki film reklamowy i udostępnił go na portalu społecznościowym. Mówił naprawdę pięknie, mądrze i na temat, jednak nie sprawdził tego, jak będzie wyglądał ten ostatni kadr, kończący nagranie. I tak jak tu John krzyczy, tak mój kolega wyglądał jakby miał zamiar pokazać język:-)

John kiedyś powiedział, że jego zespół przetrwał, ponieważ nie zaniedbali żadnego miejsca na świecie, koncertowali wszędzie, gdzie tylko mogli, w Ameryce, Europie, Azji i Australii. Długo ich w Polsce nie było, a gdy w końcu zagrali u nas swój pierwszy koncert, ja najnormalniej w świecie go przegapiłam, więc gdy tylko usłyszałam, że będą grali w Warszawie, wiedziałam, że muszę tam być.

Blog Caffe_Koncert Bon Jovi.jpg

Tysiące światełek w trakcie piosenki I’ll be there for you. Nie wrzucę nagrania, bo Stadion Narodowy ma niestety bardzo słabą akustykę i po prostu nie mielibyście przyjemności ze słuchania. To nie jest jednak sala koncertowa, często nie byłam w stanie rozróżnić poszczególnych słów.

photopictureresizer_190715_131348714_crop_3653x19602407459232738618504.jpg

Scena przez chwilę w naszych barwach narodowych. Spodobało mi się, że uwzględnili nasz koloryt na tym koncercie, jak również to, że w podziękowaniach John powiedział kilka słów po polsku. To miłe.

Lepszych zdjęć zespołu nie posiadam, ponieważ siedziałam w odległości około 8 pięter od sceny. Cóż, zadecydowała cena biletu, ja i tak cieszyłam się, że w ogóle byłam, a wszystko co trzeba mogłam obejrzeć na telebimach.

I na koniec ciekawostka, bo my tak lubimy, jak ktoś jest trochę Polakiem, więc otóż właśnie John jest pochodzenia polskiego ze strony matki, która była jednym z pierwszych… króliczków Playboya 🙂

Czytaj dalej „Byłam na koncercie Bon Jovi!!/ I was at The Bon Jovi concert !!”

Ile zniesie zakochana kobieta. Czyli co jeszcze powinnam w sobie poprawić?/ How much a woman in love, will be able to bear. So what else should I improve in myself?

Mimo, że temat reblogowanej notki w momencie, w którym ona powstawała, był dosyć kontrowersyjny, to ja z sentymentem do niej wracam, bo to chyba pierwsza, która zdobyła taką ilość komentarzy:-) To były jeszcze te fajne czasy, gdy Onet zajmował się marketingiem, wrzucał polecaną notkę na główną stronę i wiele osób dowiadywało się o istnieniu bloga. Z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że to było bardzo bardzo pomysłowe. 🙂 A dla blogerów bardzo wygodne.

Ale ja nie o tym. Minęło 11 lat i dzisiaj notka jest nadal aktualna, choć samo zjawisko uległo lekkiej metamorfozie. Otóż dzisiaj kobiety nie tylko pozwalają swoim facetom na ingerowanie w ich estetykę, ale wręcz oczekują, że oni ją zainicjują i sfinansują:-)
Na wiosnę byłam na wystawie zwierząt rasowych, o czym zresztą tu na blogu wspominałam, i właśnie tam zobaczyłam kobietę, na widok której naprawdę zachciało mi się płakać. Ona pewnie myślała, że ja patrzę na nią z zazdrością, a ja miałam ochotę ją przytulić i powiedzieć, „nie martw się kochana, ten botoks kiedyś się na pewno wchłonie….” .


Although the subject of the reblog note was quite controversial, I’m back with a sentiment to her, because it’s probably the first one that got such a number of comments 🙂 It was really cool times, when Onet dealt with blog’s marketing, by posting a recommended note on the main page and many people found out about the existence of my blog. It was very clever.
But this is not just about it.
It is about the fact that 11 years have passed and today the note is still valid, however currently women not only allow their guys to interfere in their aesthetics, but also will expect then their boys initiate such idea and they expect them to finance it 🙂
In the spring I was at the exhibition of pedigree animals, I wrote about it on blog, and that’s where I saw a woman, at the sight of which I really wanted to cry. She probably thought I was watching with jealousy, but I just wanted to hug her and say, „Do not worry, this botox will one day absorb.”

Zrobiły zakupy w Galerii Centrum i wtedy dopiero mogły spokojnie usiąść w kafejce zamawiając filiżankę kawy. Anna i Monika, przyjaciółki od zawsze, od starszaków, przez podstawówkę i czasy licealne. Dopiero na studiach ich drogi się rozeszły, Anna wybrała pielęgniarstwo a Monika polonistykę. Jednak to nie przeszkadzało im spotykać się tak często jak tylko miały ochotę, zwłaszcza odkąd Anna odeszła od męża.

–  Wyglądasz cudnie Aniu, zeszczuplałaś, oczy  nabrały blasku. Cieszę się, że tamten koszmar się skończył.

Jednak zamiast szczerego uśmiechu Monika ujrzała nieudolnie zamaskowany smutek. Owszem, Anka żartowała niby jak dawniej, ale w końcu odważyła się powiedzieć prawdę:

– Miało być cudownie, tak chcieliśmy tego. Wspólne mieszkanie, obiadki, kolacyjki, poranki… życie.

– No tak.

– Właśnie. Tyle, że  teraz on próbuje mnie zmieniać, wymyśla jakieś genialne rozwiązania – westchnęła Ania. – Chce ze mnie zrobić kogoś kim nie jestem. Ciągle podpowiada, wręcz nalega.

– Czy przypadkiem nie chodzi tu o zwykłe…

View original post 432 słowa więcej

W królewskich klimatach/ In royal climates

Megan Markle, nagrabiła sobie ostatnio w Wielkiej Brytanii, ponieważ chcąc obejrzeć grę swojej przyjaciółki Sereny Williams, pojawiła się na Wimbledonie z dwoma amerykańskimi koleżankami, będąc ubrana w jeansy, czarny top i szalony wakacyjny kapelusz. Jako przedstawicielka rodziny królewskiej na pewno wiedziała, że jeansy są na Wimbledonie zabronione, a wejście w nieformalnym stroju do  tzw. royal boxu – uważane za nietakt. Wkurzyła Brytyjczyków również tym, że po obejrzeniu rozgrywki Seleny, opuściła kort, nie czekając na grę brytyjskiego tenisisty, co wg. jego fanów było wyrazem zlekceważenia i tenisisty, i brytyjskiego sportu, a może nawet całej Wielkiej Brytanii:-)

Ta historyjka może stanowić wyjście do rozważań na nieco inny temat. Mianowicie, czy człowiek będący osobą publiczną, a szczególnie na bardzo wysokim stanowisku, odgrywający ważne role społeczne, może sobie zrobić przerwę od przestrzegania zasad i trzymania ściśle wyznaczonego poziomu? Wychodząc za mąż za księcia Sussexu, Megan wiedziała, że będzie musiała pożegnać amerykańskie wyluzowanie i zacząć spełniać oczekiwania społeczeństwa związane z książęcą pozycją. Przez nieco ponad rok udało jej się zdobyć sympatię narodu, i nawet gdy popełniała od czasu do czasu jakieś faux pas, ratowała się sympatycznym uśmiechem, pokazując jednocześnie, że się naprawdę stara sprostać. Po roku ta sama Megan oznajmia dziennikarzom, że nie życzy sobie robienia zdjęć i wyskakuje w dżinach na imprezę o randze światowej, jak to zrozumieć? Próbuje przełamać jakiś schemat, walczy z etykietą, promuje nowoczesność? A może znudziła się byciem księżną (gdyby żyła księżna Diana, miałaby na ten temat nieco więcej do powiedzenia), lub naiwnie uznała, że jak zabroni, to nikt nie zarejestruje jej nieprzepisowego stroju (w dobie telefonii komórkowej?;-)).

W każdym razie w UK zawrzało, bo jak to? Za drzwiami pałacu, Megan Markle przestaje być dziewczyną z Los Angeles, która idzie sobie z koleżankami na mecz.  Staje się księżną Sussexu, która ma godnie reprezentować nową ojczyznę. „Jeśli chcesz prywatności, nie przychodź na Wimbledon i nie siadaj na królewskich miejscach [w dodatku za darmo] ” – skomentował wydarzenie jakiś brytyjski dziennikarz. 

A jak to się ma  do sytuacji w Polsce? Czy osoby pełniące wysokie role społeczne, znane z ekranów telewizyjnych, aktorzy, celebryci, politycy, osoby sławne, mogą nagle zażądać od społeczeństwa, żeby to społeczeństwo traktowało ich tak samo, jak wtedy, gdy nie byli znani? Żeby dziennikarze przestali polować na wywiady, nie włazili z butami w życie prywatne, paparazzi nie pstrykali zdjęć z ukrycia, a fani nie prosili o wspólne selfie? Ja myślę, że jak się coś raz zobaczyło, to już się nie odzobaczy, i zapamiętana z mediów osoba, jeśli ją polubiliśmy, pozostanie w naszej pamięci. Ta znienawidzona zresztą też:-) Można oczywiście na ulicy na nią nie reagować, ja zwykle nikogo nie zaczepiam wychodząc z założenia, że skoro mam swój wolny czas, to ktoś inny też ma do niego prawo. Z drugiej strony, bardzo często słyszę, że aktorzy, celebryci, sławy, bardzo lubią, jak się ich na ulicy zauważy, zaczepi mówiąc coś miłego, bo przecież to jawny sygnał, że doceniamy wykonywaną przez nich pracę. Ja też myślę, że to znacznie lepsze, niż obojętność:-)

Wiele z tych osób i tak udostępnia swój wizerunek posiadając otwarte konta w mediach społecznościowych. Pokazują swój dom, pracę, dzieci, wysyłając niepisane zaproszenie do stworzenia bliższej relacji z widzem, czytelnikiem, fanem. Jednak to nie zmienia faktu, że jeśli już mamy wiedzę, iż ktoś stawia granicę prywatności, to zdecydowanie nie powinniśmy jej przekraczać. Bo każdy ma prawdo do własnej przestrzeni.

Z wyjątkiem Megan Markle i rodziny królewskiej?

Czytaj dalej „W królewskich klimatach/ In royal climates”

Jutro do pracy inaczej!/ Tomorrow to work differently!

Dzisiaj bardzo pracowity dzień, więc wpadam tylko na chwilę, żeby Was poinformować, a może tylko przypomnieć, bo może niektórzy już wiedzą, że jutro tj. 9 lipca, jest Dzień Chodzenia Do Pracy Inną Drogą!:)

No przecież jakbyście się dowiedzieli o tym jutro, już po przyjściu do pracy, to byłoby po zawodach! A tak, macie szansę, żeby wytyczyć nową trasę, i może nawet okaże się, że ta nowa będzie lepsza (jak zapewnia Hołowczyc w Automapie) 🙂

Nie wiem, kto ten dzień wymyślił i dlaczego, ale z mojego punktu widzenia, gdy ciągle jeszcze poznaję Warszawę, to bardzo dobry pomysł! Człowiek rano nigdy nie ma czasu, idzie do pracy, jakby miał klapki na oczach.

Tak więc proponuję jutro zwolnić na chwilę tempo. To idealny moment, żeby trochę przełamać rutynę. Ja jutro idę przez Powiśle!

A Wy?

Czytaj dalej „Jutro do pracy inaczej!/ Tomorrow to work differently!”

Informacja dla kobiet, argument dla mężczyzn (albo odwrotnie). Seks zamiast kremu przeciwzmarszczkowego:-)/ Information for women, argument for men (or vice versa). Sex instead of anti-wrinkle cream

Już od dawna wiadomo, że seks jest sprzymierzeńcem człowieka i wpływa na wiele aspektów ludzkiego życia. Często uprawiany, poza doznawaniem przyjemności i fascynacji cielesnością, pozytywnie wpływa na kondycję psychiczną, rozładowuje napięcie i stres, wzmacnia odporność, daje poczucie spełnienia. Dla kobiet powinno być istotne również to, że uprawiany regularnie, modeluje sylwetkę, a męski dotyk to naprawdę dobry masaż kobiecych piersi. Seks dotlenia organizm, w wieku prokreacyjnym łagodzi objawy miesiączkowania, a w okresie przekwitania, objawy menopauzy.

Do tego wszystkiego co powyżej, możemy dodać kolejne korzyści, które na pewno zainteresują kobiety, zwłaszcza te w dojrzałym wieku lub ze skłonnością do powstawania zmarszczek.

Bo otóż naukowcy amerykańscy dowiedli….. (w tym momencie zawsze następuje salwa śmiechu:-)…… ale….

Rzeczywiście dermatolodzy amerykańscy zauważyli (pisze o tym Medekspress tu), że seks, tak jak sport, na skutek zachodzących w organizmie reakcji, poprawia kondycję cery i daje efekt naturalnego rozświetlenia. Mówi się nawet, że kobieta promienieje. Ponieważ nie jestem jakimś znawcą chemii napiszę krótko i prosto. Otóż w trakcie seksu obniża się poziom hormonu stresu (kortyzolu), który to hormon, jeśli wzrośnie do bardzo wysokiego poziomu,  niszczy w organizmie kolagen. A co to jest kolagen to już każda kobieta wie, to takie coś, bez czego skóra np. twarzy zaczyna przypominać dojrzałego mopsa. Oczywiście tak samo działa na mężczyzn, ale mężczyźni zwykle mają to w dalekim poszanowaniu, a mi się bardzo podoba jak mężczyzna ma to w dalekim poszanowaniu.

Wracając do kolagenu i kortyzolu, nie jest to tylko taka dermatologiczna sekwencja zdarzeń. Regularny seks to też uregulowana gospodarka hormonalna kobiety, a poziom naszych hormonów jest odpowiedzialny za powstawanie trądziku, jakichś nierówności, przebarwień itp.

Niestety wspomniana kuracja nie cofa tego, co już się dokonało w naszej skórze, ale za to można ją zacząć stosować w każdym momencie, pamiętając, że tylko regularność przyniesie właściwe rezultaty. Tak więc kobiety – do dzieła! Seks co najmniej 3 x w tygodniu!

Wiecie, dowiedzione naukowo:-)

Czytaj dalej „Informacja dla kobiet, argument dla mężczyzn (albo odwrotnie). Seks zamiast kremu przeciwzmarszczkowego:-)/ Information for women, argument for men (or vice versa). Sex instead of anti-wrinkle cream”

Co drugie dziecko w klasie ma za sobą próbę samobójczą!/ Every second child in the class has a suicide attempt! /

Wczoraj było zabawnie, teraz wracamy do smutnej rzeczywistości.

Oglądałam poranną relację Onetu, prowadzoną przez dziennikarza Klaudiusza Ślęzaka, który przekazał, że dzisiaj, co drugie dziecko w klasie, ma już za sobą próbę samobójczą!

Obawiam się, że wielu rodziców o takich próbach nie wiedziało. Inne, niż zwykle zachowanie dziecka, łatwo wytłumaczyć gorszym dniem, zmęczeniem czy dorastaniem, a na standardowe pytanie rodzica „co u Ciebie”, czy „co tam w szkole?”, dziecko zwykle odpowiada: „spoko”.  Nawet, gdy nie jest spoko i gdy wcale nie chodzi o szkołę. Dzisiejsze dzieci mają problemy egzystencjalne, są samotne w grupie, w domu, wśród ludzi, których znają i widują na co dzień. Oczywiście część z nich próbuje rozmawiać z rodzicami, ale oni, doświadczeni życiem i znieczuleni na dorosłą rzeczywistość, posiadając taki lub inny system wartości, zwykle na początku bagatelizują problem.

Ja wiem, że ten temat został przewałkowany już wielokrotnie i pod każdym kątem, na blogach, w mediach, czy innych kanałach przekazu, więc ja w zasadzie nie o tym.

Ja raczej o tym, czym nas karmią media, nas wszystkich, a więc także dzieci, z ich delikatniejszym, jeszcze ciągle wrażliwym spojrzeniem na świat. Dostajemy pokaźną dawkę pesymizmu, wulgarności, tragedii, dramatów i katastrof cywilizacyjnych. Media już dawno temu zorientowały się, że na przekazywaniu pięknego świata nie zarobią, więc ekstremalnie przechyliły się w drugą stronę.

Czasem chce mi się pierdyknąć telewizorem, (który i tak rzadko włączam) o ścianę i usunąć konto ze wszystkich mediów społecznościowych, odizolować się i wyciszyć. Tylko, że to nie o mnie chodzi.

Chodzi o dzieci, z których co drugie miało już za sobą próbę samobójczą!

Bo to przede wszystkim dzieciaki wchodzą do portali społecznościowych, i dostają po oczach funpejdżami celebrytów, kontami pełnymi zdjęć szczęśliwych, uśmiechniętych ludzi, ludzi sukcesu, ludzi, „którym się udało”. Dzieci nie do końca uświadamiają sobie jeszcze, że to zasłona dymna, kreowanie siebie, pokazywanie jedynie tego, co pomoże się wylansować czy po prostu wzbudzić zazdrość. Ale widzą i porównują ze swoim życiem, samotnością, bezradnością wobec świata, i krok po kroku, zaczynają tracić poczucie własnej wartości. Porównanie nie wychodzi dobrze, więc próbują się dopasować, a w trakcie tego procesu stają się niezwykle podatne na manipulację oraz medialne przekłamywanie rzeczywistości. A to mieszanka wybuchowa.

Dlatego dzisiaj, co drugie dziecko, miało już za sobą próbę samobójczą!

Wiem, że nikt nie mógł przewidzieć skutków tej przemiany cywilizacyjnej i kulturowej, która dokonała się na przestrzeni ostatnich 50-60 lat, ani tego, że człowiek zacznie mieć skłonności autodestrukcyjne, ale właśnie taki świat wykreowaliśmy. W tym świecie, który jest, nie tylko młodzi ludzie pogubili się i wymagają pomocy, ale zwłaszcza oni potrzebują mądrych dorosłych, którzy będą dla nich wsparciem.

Pewnie potrzebujemy też dobrego, szeroko zakrojonego planu przeciwdziałania samobójstwom, który zaangażuje całe społeczeństwo, bo ten, który powstał na lata 2012-2015, najwyraźniej się nie sprawdził, bo jesteśmy w czołówce Europy jeśli chodzi o samobójstwa wśród dzieci i nastolatków do 18 roku życia.

Czytaj dalej „Co drugie dziecko w klasie ma za sobą próbę samobójczą!/ Every second child in the class has a suicide attempt! /”

Wiewiórka raz jeszcze:-)/ Squirrel once again:-)

Co ona sobie w tym momencie myśli. Jakiś pomysł?

Autorka bloga Chwile mamy napisała: „Marzy o tym, żeby świat był usłany orzechami”
Odpowiedziałam: „W dodatku bez skorupek” 😉

What she thinks at the moment. Any idea? 🙂

The author of the blog Chwile mamy  (Mom’s moments) wrote: „I dream about the world being strewn with nuts”
I replied: „On top of that , no shells” 😉

Wiewiórka vs. Caffe.jpg

 

Scenka rodzajowa – Dbać o nowego, czy starego klienta?/ Short story – To take care of a new or old client?

Czekam na umowę od dostawcy internetu. Aby uniknąć sytuacji, że osoba podpisująca umowę będzie nieobecna, poprosiłam nadawcę o zaznaczenie prośby do kuriera, żeby najpierw zadzwonił. Wiem, że to jest już powszechna procedura, więc nie sądziłam, że tym razem procedura nie zadziała:-). Tymczasem nie dość, że facet przyjechał dzień przed umówionym terminem dostawy i nie uprzedził nas, to następnego dnia ponowił próbę, również wcześniej nic nie ustalając. Teraz w ich systemie widnieje informacja o dwóch próbach doręczenia przesyłki. Po trzeciej nieudanej, umowa wróci do nadawcy i trzeba będzie zaczynać cały proces od początku.

No dobra, ale to jest tak nagminne, że pewnie każdy się z tym spotkał, więc nie o to chodzi. Te dwie próby doręczenia miały miejsce w ubiegłym tygodniu, a w tym tygodniu cisza. Nie dzwoni, nie przychodzi, nie tęskni:-)

Zdecydowałam, że ja zadzwonię i dopytam, na stronie tej firmy podobno można ustalić numer do kuriera.

Zlokalizowałam przesyłkę i okazało się, że nasza umowa od piątku leżakuje sobie w magazynie oddziału. Tak więc nie ustalę numeru kuriera, bo magazyn jej żadnemu kurierowi nie przekazał. Dzwonię na infolinię, przechodzę przez cały proces wysłuchiwania, że rozmowa jest nagrywana, że moje dane osobowe są bezpieczne, i gdzie te dane są tak bezpieczne, że jeśli chcę zawrzeć nową umowę to mam wcisnąć 1, a jak zareklamować przesyłkę to 2, wybieram 2 i dalszy temat rozmowy, (pamiętacie skecz Macieja Stuhra?), słyszę że za chwilę zostanę przełączona do konsultanta i… rozmowa zostaje przerwana. Dobra, może to przypadek, jakiś błąd systemu, więc zadzwoniłam po raz drugi i przeszłam przez wszystko od początku. Kolejny raz wiszę na linii 5 minut i na etapie przełączania do konsultanta następuje rozłączenie połączenia (brzmi śmiesznie). 

O żesz madafaka! Dzwonię jeszcze raz i zamiast 2 wciskam 1, tak jakbym chciała zawrzeć nową umowę. I co? Po sekundzie zgłosił się konsultant!!!

I to jest właśnie clue mojej notki. Jak chcą zdobyć klienta, to są od razu, natychmiast, bez zwłoki i konieczności przeklikiwania kolejnych opcji. Gdy klient, który już umowę podpisał, dzwoni z jakąś sprawą, to olewają temat, bo oni wiedzą, że już i tak go mają.

I ja nawet domyślam się, gdzie!

Czytaj dalej „Scenka rodzajowa – Dbać o nowego, czy starego klienta?/ Short story – To take care of a new or old client?”

Niedziela nad Zalewem Zegrzyńskim. Hasło dnia – nie utopić się/ Sunday at the Zegrze Reservoir. The word for today is – do not drown

Wczorajszy upał zdecydowaliśmy się spędzić w Nieporęcie nad Zalewem Zegrzyńskim, którego przez tyle lat pobytu w Warszawie, nie miałam do tej pory okazji odwiedzić. Moja pierwsza reakcja: duży! Bardzo duży! Porównywałam do lubelskiego Zalewu Zemborzyckiego, który też jest sztucznym zbiornikiem i to porównanie wygląda tak: nad Zemborzyckim jest więcej atrakcji wodnych dla dzieci, ale nad Zegrzyńskim fajniejsze plaże i więcej sportów wodnych. Woda w obu zbiornikach kolorystycznie tak samo brzydka, ale skoro została dopuszczona do kąpieli, uznam, że taka jej uroda (choć brak przejrzystości wody ma znaczenie, co się okaże dalej).

Na plaży dziki tłum, jak sardynki w puszce, wszystkie ocienione miejsca zajęte. Za to w pobliskich punktach gastronomicznych jedzenie smaczne i w przyzwoitych cenach, w tym lody i gofry, w których bita śmietana ma smak bitej śmietany, a nie jakiejś sztucznej mazi. 

Z ciekawostek historycznych odnośnie powstawania Zalewu Zegrzyńskiego, znalezione w sieci, treść z jakiejś gazety z końca lat 60-ych:

„Powstanie jeziora wiązało się z koniecznością przymusowych wywłaszczeń i przesiedleń mieszkańców z terenu przygotowanej niecki zbiornika. Mieszkańcy w akcie rozpaczy nierzadko rzucali się w akcie protestu pod lemiesze koparek, bądź też grozili kontrolującym pracę urzędnikom utopieniem się.

No i tu dochodzę do głównego tematu mojej notki. Wiecie, że tylko w ubiegłym miesiącu utonęło w Polsce, aż 90 osób? Wczoraj miałam możliwość zobaczyć, jak wygląda akcja szukania topielca, a nawet sama brałam w niej udział.

Wszystko działo się szybko, usłyszeliśmy syreny, potem nadpływające trzy jednostki WOPR, w międzyczasie znajdujący się na plaży ratownicy nakazali wyjście wszystkich plażowiczów z wody. Pracę rozpoczęli jednocześnie i nurkowie, i ratownicy, którzy w sposób kontrolowany, pozwolili ludziom z brzegu wziąć udział w akcji przeszukiwania dna.

20190630_141254-1612x9076529059251701640947.jpg

Utworzyliśmy szpaler, a potem, ręka za rękę, szliśmy w głąb jeziora, do momentu, aż byliśmy w stanie utrzymać głowę nad powierzchnią. Nie wiedzieliśmy kogo szukamy, ale podświadomie, chyba każdy z nas myślał, że dziecka…

Nie wiem, jak długo to wszystko trwało, ale szpaler wchodził do wody dwa razy i posuwistym ruchem nóg sprawdzał dno. Nie znaleźliśmy nikogo, akcję z udziałem plażowiczów przerwano, pozostali tylko nurkowie. Wróciliśmy na swoje miejsce zmęczeni, w niewesołych humorach, jakoś odechciało nam się pływać.

photopictureresizer_190701_105744187_crop_3629x14032494707097558585778.jpg

A potem podali komunikat, że „nasz” topielec żyje. Wybrał się po prostu do sklepu po piwo i długo stał w kolejce. Nosz-kurde…!!!

Byliśmy na plaży 6 godzin, WOPR wzywano jeszcze 3 razy, z czego raz doszło do poważnego podtopienia dwóch mężczyzn, można się spodziewać dużego uszkodzenia pracy mózgu, a dwa pozostałe przypadki to mniejsze i mniej „spektakularne” urazy w wyniku zabaw na wodzie, wiecie, amatorzy pontonów, skuterów wodnych, kitesurfingu czy nurkowania.  Praca ratowników nie jest lekka, muszą mieć oczy wszędzie, pilnować dzieci i dorosłych, którzy zachowują się jak dzieci. Bo ci dorośli nagle, najczęściej pod wpływem alkoholu, stają się świetnymi pływakami i miłośnikami sportów wodnych i wszelkich innych, które można było znaleźć nad jeziorem.

20190630_140607-1612x9072479870145077714006.jpg

Poza tym wszystkim co powyżej, był to jednak cudowny dzień, słońce grzało tak bardzo, że mimo noszenia kapelusza, rozbolała mnie głowa i z tym bólem poszłam spać. Na pewno przyjadę jeszcze nad Zegrze, tylko wybiorę inną stronę jeziora, może Białobrzegi.

No kto przebije swoimi atrakcjami, moją niedzielę?;-)

Czytaj dalej „Niedziela nad Zalewem Zegrzyńskim. Hasło dnia – nie utopić się/ Sunday at the Zegrze Reservoir. The word for today is – do not drown”

%d blogerów lubi to: