Kat i wybawca/ Torturer and rescuer

Nie przypuszczałam, że kobieta o posturze Edyty Herbuś może sprawić, że będę się czuła jakby mnie ktoś poobijał kijem bejsbolowym i że będę wyglądać, jak poniżej:-)

20191127_094516-1612x4152474469938008653467
Innych części ciała nie pokażę:)

Otóż ta Edyta Herbuś przyszła na zaproszenie mojego męża (a to drań*!!) z rozkładanym łóżkiem rehabilitacyjnym oraz zestawem narzędzi do tortur.

Ostatnie lata to u mnie ciągły ból karku, kości klatki piersiowej, sztywność szyjnego odcinka kręgosłupa, mimo ćwiczeń w domu, i w miarę regularnych ćwiczeń na siłowni pod okiem trenera. Przyczyna? 20 lat „lekkiej i przyjemnej” pracy biurowej.;-))

Ale wracając do tematu. Edyta przez godzinę masowała mnie naprawdę solidnie. Myślałam, że jakimś wałkiem, wyposażonym w zadające ból wypustki, ale potem okazało się, że to był „tylko” energiczny masaż kłykciami (czułam jakby mnie skalpowała, serio!;-)), a potem 3 serie baniek chińskich. Od najmniejszej do największej, we wszystkie bolesne miejsca.

Pod koniec sesji drżałam, jakbym cierpiała na szok pourazowy. Czułam zimno i nie byłam w stanie zapanować nad łzami. Szczerze mówiąc do dzisiaj jestem zaskoczona swoją reakcją, ale okazuje się, że wiele osób właśnie tak reaguje na masaż tkanek głębokich.

Drugi szok przeżyłam następnego dnia. Wstałam czując lekki ból posiniaczonej nieco (sarkastyczny eufemizm) skóry, ale to, co pod skórą, przestało boleć! W skali od 1 do 10, pozbyłam się 7 punktów, a z tą mało istotną trójką mogę żyć.

Za miesiąc powtórka.

* Jego też ostro potraktowała, też „bejzbolem”:-)

Czytaj dalej „Kat i wybawca/ Torturer and rescuer”

Przerwa na herbatę/ The tea break

photopictureresizer_191121_113616786_crop_2268x3204-907x12815809264005268985253.jpg

Nie, nie pomyliłam się, nie na kawę, tylko rzeczywiście na herbatę. Świat się wali! Pijam teraz tylko jedną kawę rano w pracy i jedną po powrocie do domu. Takiej z ekspresu nie jestem w stanie sobie odmówić, ale z czterech dziennie, zeszłam na dwie.
Ale poza tym, to albo sobie wmówiłam, bo przecież coś musi być zamiast kawy, albo mi rzeczywiście posmakowała czerwona Pu-erh i to ona jest w kubku na zdjęciu obok. Pycha.

A co do kubka, ach jak ja bym chciała, żeby odpowiadał rzeczywistości!

Dla kogo był piękny?

A może kogoś z Was jeszcze wtedy nie było na świecie??? 😉

Czytaj dalej „Przerwa na herbatę/ The tea break”

Carnivia. Prawdziwie wirtualne życie w Wenecji. / Carnivia. The real virtual life in Venice.

Może pod wpływem informacji o będącej już 6 dzień pod wodą Wenecji, przypomniała mi się trylogia Jonathana Holta, którą przeczytałam kilka lat temu, a której akcja toczy się własnie w tym mieście. W „Bluźnierstwie”, „Herezji” i „Rozgrzeszeniu” współistnieją dwa światy, rzeczywisty i wirtualny, które w sposób nieprzewidywalny i przerażający przenikają się, uświadamiając czytelnikom, że dark web istnieje i stanowi bardzo realne, choć nadal niezrozumiałe zagrożenie. 

Kiedy wpadła mi w ręce pierwsza część trylogii, byłam świeżo po wakacjach w Wenecji, moja wyobraźnia szalała. Ciągle jeszcze pamiętałam te zakamarki, które stały się tłem książkowych wydarzeń, a jeśli nie mogłam sobie czegoś przypomnieć, szukałam w Google map, wracając na chwilę do pięknych wspomnień.

Główna bohaterka wszystkich trzech części, śliczna i seksowna oficer policji, Kat Tapo prowadzi śledztwo, aby rozwiązać zagadkę łączącą morderstwo, międzynarodową intrygę i Kościół. W międzyczasie przeżywa szereg życiowych perypetii, a ja (jak większość kobiet) lubię, gdy wątki kryminalne przeplatają się z obyczajowymi i miłosnymi historiami.

Z ciekawostek, prawa do pierwszej książki zostały sprzedane do 16 krajów na długo przed ukazaniem się oryginalnego wydania, a po wydaniu uzyskała ona pierwsze miejsce na włoskich listach bestsellerów.

Drugą ciekawostką jest założona przez Jonathana Holta, strona internetowa Carnivia.com (Carnivia to wirtualny odpowiednik rzeczywistej Wenecji, który pojawia się w książkach), gdzie możecie zdradzić swoje największe, najgłębsze sekrety. Możecie więc wyznać winy, wyspowiadać się ze schowanych w zakamarkach własnej duszy uczynków, pamiętajcie tylko, że …. nie otrzymacie rozgrzeszenia:-).

Poniżej tylko kilka wyznań, ale na stronie Carnivia jest ich jeszcze więcej. Zwróćcie uwagę, że niektóre wyznania są groźbami i szczerze mówiąc nie zdziwiłabym się, gdyby w swoim czasie zainteresowała się nimi policja.

Czytaj dalej „Carnivia. Prawdziwie wirtualne życie w Wenecji. / Carnivia. The real virtual life in Venice.”

Poniedziałek rano. Osiedlowy spożywczy. Tuż po otwarciu sklepu/ Monday morning. Grocery store. A few minutes after opening the store.

Weszłam akurat w momencie, gdy przy kasie stał zdenerwowany mężczyzna i wykłócał się z ekspedientką, że to nie jego problem, że ona nie ma drobnych, żeby mu wydać resztę, bo ona od tego jest w sklepie, żeby mieć. Nawet ze stówki i nawet w poniedziałek rano. Okazało się potem, że facet zrobił zakupy za niecałe 6 zł, a miał w portfelu tylko wspomnianą setkę. Od słowa do słowa przerzucali się argumentami, przy czym trzeba przyznać, że on dosyć ostro, ona mniej. Sprawiała wrażenie, że się mocno powstrzymuje:-)

W końcu facet wyszedł rzucając pod nosem „tępa dzida!”, a ekspedientka zaczęła tłumaczyć, że zawsze stara się mieć drobne, właśnie ze względu na klientów, którzy nie płacą kartą, ale „być może wczoraj wieczorem była duża sprzedaż i tak wyszło, że wyszły”. 

Wiecie, że sprzedawcy w takich przypadkach powołują się na artykuł 535 Kodeksu cywilnego? Brzmi on: „sprzedawca zobowiązuje się przenieść na kupującego własność rzeczy i wydać mu rzecz, a kupujący zobowiązuje się rzecz odebrać i zapłacić sprzedawcy cenę”. W zamyśle: kupujący zobowiązany jest do zapłaty ceny, a więc to on powinien być przygotowany do sfinalizowania transakcji.

Żaden przepis szczególny nie nakłada na sprzedawcę obowiązku posiadania drobnych, a raczej trudno zakładać, że ma złą wolę nie posiadając tych drobnych, bo chyba zależy mu na sprzedaży, tak samo jak kupującemu na kupnie. Poza tym musi sobie zdawać sprawę, że nagminny brak drobniaków doprowadzi w końcu do utraty części klientów. 

Nie sądzę, żeby jakikolwiek sklep mógł sobie na coś takiego pozwolić. 

Co do „tępej dzidy”…. określenia, które mnie śmieszy (powaga!), a które rozsławiła ostatnio mecenas Chyłka  w serialu o tym samym tytule, to z ciekawości poczytałam tu i ówdzie o nim, i wiecie co się okazało? Że prawdopodobnie wymyśliły go forumowiczki pewnego babskiego portalu, żeby móc w ten wysublimowany sposób, wzajemnie  się hejtować:-).

Czytaj dalej „Poniedziałek rano. Osiedlowy spożywczy. Tuż po otwarciu sklepu/ Monday morning. Grocery store. A few minutes after opening the store.”

Nie wiem, nie znam się, nie orientuję się, zarobiona jestem / I am very busy

W zasadzie to tylko tyle jestem w stanie dzisiaj napisać.
I to już tak od tygodnia!
Sorrryyyy:-)

Czytaj dalej „Nie wiem, nie znam się, nie orientuję się, zarobiona jestem / I am very busy”

W drodze do Lublina/ On the way to Lublin

Temat afery urzędowej w stolicy jakoś szczególnie Was nie poruszył i w sumie wcale się nie dziwię. Dlatego dzisiaj z innej beczki, chociaż nie mniej frustrującej.

Kiedy miesiąc temu jechałam do mamy sprzątać jej spiżarkę, pamiętacie opisywałam później to i owo, na trasie w okolicy Józefowa (a może Anina, zawsze mi się te odcinki mylą), wzdłuż torów kolejowych, zakorkowało się. Nagle. Zaczęliśmy się ciągnąć 20 na godzinę lekko podenerwowani, ale dzięki temu mogłam zobaczyć co się stało. Policja, karetka, parawan, za nim ciało leżące w miejscu, w którym nie ma przejścia dla pieszych, tylko tory kolejowe. Klasyka! Pomyślałam sobie, że skoro ciągle jeszcze jest widno, to człowiek musiał być albo pijany, albo naćpany, albo samobójcą. Wszedł pod pociąg, bo nie był w stanie zarejestrować faktu, że ten nadjeżdża, lub, bo po prostu chciał się zabić. Innego wyjścia nie ma, prawda?

No i otóż jest!

Ten facet (bo okazało się, że to mężczyzna) pisał smsa!! Wlazł na tory, w niedozwolonym miejscu, nie rozglądając się na boki, wlepiając oczy w ekran smartfona!!

No i jak tu współczuć?

BTW. W USA już niedługo policja dostanie gotowe narzędzie do sprawdzania, czy kierowca, tuż przed wypadkiem korzystał ze smarfona czy nie. Textalyzer  przeanalizuje używane w telefonie aplikacje, ale jednocześnie nie będzie mieć dostępu do danych osobowych użytkownika. Oczywiście służby mundurowe od wielu lat korzystają z tego typu technologii, ale Textalyzer będzie narzędziem produkowanym globalnie, a nie tworzonym na potrzeby konkretnego klienta (jak np. policja).

Co Wy na to? Kolejny sposób inwigilowania, czy potrzeba chwili?

Czytaj dalej „W drodze do Lublina/ On the way to Lublin”

Notka w kontekście ostatniej warszawskiej afery/ Note in the context of the last Warsaw corruption scandal

W ubiegłym tygodniu w Warszawie, CBA zatrzymało tureckiego biznesmena, który wręczał łapówkę warszawskiemu urzędnikowi. Urzędnika oczywiście też zatrzymano.

Jak się okazuje biznesmen całymi latami pośredniczył w nielegalnym załatwianiu urzędowych spraw i skrupulatnie zbierał tzw. haki, dokumentując cały proces. Miał wersje papierowe, nagrania, nośniki danych. Świat warszawskich oficjeli zatrząsł się w posadach, bo raczej oczywiste jest, że w tych zbiorach będzie dużo ciekawych informacji i prawdopodobnie nie tylko o burmistrzu dzielnicy Włochy. Domino pójdzie w ruch!

Śmieszne jest to, że obaj mężczyźni nie przyznają się do winy i odmawiają składania wyjaśnień (choć są dowody), a mniej śmieszne, że kolejny raz, zarabiając z całą pewnością nie mało, urzędnik państwowy wybrał korupcyjne „więcej”.

Czy Was nie smuci że wiele lat temu wpuściliśmy do Polski obcy kapitał, (działalność biznesmena sięga w naszym kraju końca lat 90), i że ludzie, którzy nie są emocjonalnie związani z krajem, czy miastem, decydują o jego planach?

Naprawdę czasem żałuję, że nie obowiązuje u nas prawo średniowieczne, gdzie za kradzież groziło obcięcie ręki. Ciekawe co byłoby za korupcję?

Czytaj dalej „Notka w kontekście ostatniej warszawskiej afery/ Note in the context of the last Warsaw corruption scandal”

Dzisiaj / Today

Mój mąż powiedział, że mimo soboty musi popracować i zaraz po śniadaniu zamknął się w gabinecie, więc ja, żeby mu nie przeszkadzać,… pojechałam na zakupy. Nie bez przyjemności 🙂 Spacer zresztą odpadał ze względu na zauważalny w Warszawie smog,  btw. u Was też „smożyło”?

Wybrałam się do takiego centrum handlowego, o którym już dawno słyszałam, że tam jest wszystko. Rzeczywiście miejsce robi wrażenie, choć wyobrażałam sobie, że to będzie kolejna galeria handlowa. Tymczasem weszłam do ogromnej hali przypominającej trochę bazarek, a trochę skupisko butików w stylu dawnego KDT. Mnóstwo sklepów i zakładów kosmetycznych prowadzonych przez Wietnamczyków, ale też sporo, przyzwoitych cenowo, o różnorodnym asortymencie sklepów polskich.

Kupiłam sobie ażurowe buty, na które polowałam od jakiegoś czasu, a nie znalazłam nigdzie w mojej okolicy. W sklepach internetowych jakieś są, tylko ja nie potrafię kupować ubrań w ciemno. Przy okazji dowiedziałam się, że kilka znanych marek obuwniczych (w tym Lasocki), do tej pory produkujących buty skórzane, w niedalekiej przyszłości przejdzie na eko-skórę. Ja wiem, że z jednej strony to dobrze, z drugiej zaś, taka skóra w zimie się za bardzo nie sprawdza, a w dodatku pieką stopy.

20191026_130157-1008x4907495230590913702385.jpg

No i tak, ogólne wrażenie z zakupów w tym miejscu dobre, ale…. po godzinie krążenia alejkami, których nie sposób zapamiętać, ani nawet policzyć, poczułam się jak Jacek Pałkiewicz, nasz polski dziennikarz i podróżnik, po powrocie z Amazonii. Otóż Pan Jacek powiedział, że przeżył tam dwie najwspanialsze chwile: kiedy wchodził do dżungli i kiedy z niej wychodził:-)

Czytaj dalej „Dzisiaj / Today”

Zwycięzcą jest…/ The winner is…

Tatul!!:)))

Tatul od razu wiedział, że jest to przyrząd do sztucznego oddychania. Jeśli o mnie chodzi, to gdyby nie załączona instrukcja obsługi, w życiu bym się nie domyśliła, także szacun!!

Tatul napisał też, że ten większy element, z dwoma ustnikami służył do tego, by jeden z nich (ten z lewej strony zdjęcia) włożyć do ust nieprzytomnego, a przez drugi (z prawej)  ratownik wdmuchiwał powietrze. To małe coś z metalową sprężynką, to zaciski do nosa osoby nieprzytomnej. Wdmuchiwane ustami powietrze ujdzie nosem i ze sztucznego oddychania nici.

Fragment z instrukcji obsługi przyrządu (pisownia oryginalna):

„służy do przeprowadzenia sztucznego oddychania (natomiast po wypadku) u ludzi znajdujących się w stanie bezdechu np. topielców, porażonych prądem itp. Może być używany tylko w atmosferze obojętnej”

Czy pamiętacie, że kiedyś instrukcje obsługi zawsze, ale to zawsze posiadały błędy? Tu prawdopodobnie miało być „natychmiast po wypadku”. Ciekawi mnie też, co oznacza tzw. atmosfera obojętna. Google to pojęcie łączy z gazem obojętnym, ale czy chodzi o to, żeby nie reanimować, jeśli w powietrzu nie ma czegoś, co reaguje z tlenem? A skąd zwykły człowiek udzielający pierwszej pomocy, ma to wiedzieć? Sorry, z chemii nie jestem zbyt mocna, więc Tatulu…. wytłumaczysz? 🙂

W nagrodę jeszcze jedno zdjęcie, również ze spiżarki. Nawet nie pytam, czy wiecie, co to:-)

20191025_134821-1008x5865397475985412580010.jpg

Czytaj dalej „Zwycięzcą jest…/ The winner is…”

Spiżarka – czyli powrót do przeszłości/ Pantry- back to the past

Już od dawna zamierzałam posprzątać spiżarkę mojej mamy, która to spiżarka od zawsze stanowiła nie tylko pomieszczenie na przetwory i marynaty, ale była także składzikiem wędkarskim taty, a w zasadzie składzikiem tego, co mogło się w domu przydać. I nie chodzi o to, że tata chomikował co się da, bo szkoda mu było wyrzucić (chociaż chomikował i rzeczywiście było mu szkoda:-), ale takie były wtedy czasy, że każdy drobiazg mógł się okazać na wagę złota. Taki PRL-owski recykling. Często bywało, że z dwóch zupełnie różnych zepsutych urządzeń tato wymyślał nowe, dobre, miał wyobraźnię i smykałkę do majsterkowania. Zresztą odnoszę wrażenie, że za komuny inwencja twórcza zwykłych ludzi była na wyższym poziomie, dzisiaj jesteśmy bardziej odtwórczy.

No ale tata nie żyje już 8 lat, więc w końcu przyszedł czas, żeby pozbyć się rzeczy niepotrzebnych. Mama wiedziała, że jak zacznie sama to robić, to nic nie wyrzuci:-) Gwoździ, śrubek, narzędzi – nie wyrzuciłam, one ciągle należą do grupy „przydasie”, więc leżą nadal w tej samej szufladzie, która pamięta jeszcze pierwszy warsztat szewski mojego taty, czyli czasy króla Ćwieczka. Solidna robota, prawdziwe drewno, ciężka jak cholera, do tego stopnia, że gdyby mi przy sprzątaniu spadła na stopę, straciłabym palec:-) Akcesoria wędkarskie wynieśliśmy do garażu, zostawiłam w spiżarce tylko to, co naprawdę jeszcze może się mamie przydać, co powinna mieć pod ręką. Garnki, słoiki, przetwory, ozdoby choinkowe. Wyrzuciłam 4 wielkie worki staroci, w tym całe pudełko kaset magnetofonowych:-)

Zostawiłam atari i nintendo, posiadają wartość historyczną i po trosze edukacyjną. No bo kiedyś może jakiś mój wnuk, (którego jeszcze nie mam) lub wnuk brata, (który też jeszcze dziadkiem nie jest), zapyta co to za wehikuł, i my mu odpowiemy, że takie były wnusiu drzewiej gry, a on spojrzy na ten złom i parsknie śmiechem, bo swoje gry będzie miał w wersji hologramowej lub może jakiejś innej, której do dzisiaj nie wymyślono.

Sprzątając znalazłam takie oto cudo. Kto zgadnie, co to jest? Przedmiot wyprodukowano w 1981 r. a pomarańczowa część wykonana jest z materiału będącego czymś pomiędzy kauczukiem a gumą.

20191015_144111-972x12962100150553954636389.jpg

Czytaj dalej „Spiżarka – czyli powrót do przeszłości/ Pantry- back to the past”

Przeskoczyć „Wszystkich Świętych”/ To skip „All Saints’ Day”

W sobotę byłam na zakupach w TK MAXX i wyobraźcie sobie, że stojąc już przy kasie, zauważyłam całą półkę asortymentu ozdobionego, skądinąd przesłodkimi, reniferkami, świętymi mikołajami, gwiazdeczkami i kolorowymi choinkami. Na szczęście z głośników nie leciały piosenki bożonarodzeniowe i nie sprzedawano bombek, ale i tak poczułam się jakbym, jakimś cudownym zbiegiem okoliczności przeskoczyła wprost z października do grudnia.

Z tym grudniem to się nawet trochę komponowałam. Szukałam zimowego płaszcza, który musiał spełnić kilka konkretnych wymagań: być długi, zapinany na zamek (a nie zatrzaski, które potem się „wyrabiają” i rozpinają w najmniej oczekiwanym momencie), i posiadać kaptur. Sądziłam, że w sklepie, który sprzedaje ubrania znanych marek, nie będzie problemu. W zasadzie nie było, bo znalazłam, cena przystępna, kaptur ładnie wyprofilowany, ale ten kolor, no znowu czarny! Kolejny czarny? Czy naprawdę nie można od czasu do czasu wyprodukować czegoś popielatego, kawowego, złotego, mlecznego błękitu?? Kupiłam czarny i teraz będę musiała polować na jakieś fajne, rozjaśniające czerń dodatki.

Ale tak sobie myślę, że skoro w ubiegłych latach narzekaliśmy (nawet ja tu, na blogu), że tuż po sprzedaży zniczy zaczyna się bożonarodzeniowe szaleństwo, to niewątpliwie TK MAXX poszedł w tym szaleństwie o krok dalej 🙂

Czytaj dalej „Przeskoczyć „Wszystkich Świętych”/ To skip „All Saints’ Day””

Jeszcze raz jesiennie / Once again autumn

Wczoraj byłyśmy z córką w Łazienkach Królewskich, i jak widać na zdjęciu poniżej – dzikie tłumy. Miałam trudność z zaparkowaniem samochodu. Powiem Wam, że to miejsce nieodmiennie potrafi mnie zauroczyć. Jeżeli letnią wersję parku uznałam kiedyś za piękną, to wersja jesienna jest po prostu obłędna. Zwłaszcza w taki bezchmurny, ciepły dzień jak wczoraj, rozświetlony promieniami słońca, do tego stopnia, że aż mnie oczy bolały, gdy spoglądałam w taflę wody.

Przy tej okazji wspomnę o dwóch kwestiach, po pierwsze nie ma już spacerujących po parku bażantów. Noce bywają chłodne, więc prawdopodobnie ptaki przeniesiono do woliery, co niestety nieodmiennie przypomina o nadchodzącej zimie. Po drugie, zwróciłam uwagę na brzydkie metalowe ogrodzenia wokół altanki i pawilonu w Ogrodzie Chińskim (zdjęcie starałam się tak wykadrować, żeby było widać jak najmniej). Wyglądają okropnie, więc myślę, że skoro trzeba było te zabytki jakoś odgrodzić od ewentualnych wandali, może lepiej było postawić drewniany parkan, w kolorystyce pasującej do tego miejsca?

Pałac na Wyspie
20191020_135945-1612x12093435821078800346326.jpg

Ogród Chiński
20191020_144816-1612x7845752395019181450303.jpg

Stawy Łazienkowskie
20191020_135043-1612x1209-644x4834348681426168354930.jpg

20191021_1101472751381559368573371.jpg

Czytaj dalej „Jeszcze raz jesiennie / Once again autumn”

Miała głos, który wzbudzał zaufanie/ She had a voice that evoked trust

Kiedyś bardzo często brałam udział w konkursach literackich, był taki czas, że ciągle gdzieś coś wysyłałam. Z różnym skutkiem. Reblogowana notka jest przykładem takiego właśnie, konkursowego opowiadania, którego motywem przewodnim było zdanie: „Miała głos, który wzbudzał zaufanie”. Bardzo lubię intelektualną rywalizację, zabawę słowem, humor językowy, czemu więc, skoro sprawiało mi to przyjemność, teraz tego nie robię?
Nie mam zielonego pojęcia. Myślę, że moja wyobraźnia została trochę stłamszona przez szarą rzeczywistość, ale może właśnie nadszedł czas, żeby do tego wrócić? Bo najgorszy jest zastój, prawda? 😉
Pytanie do osób, które biorą udział w konkursach, gdzie je wyszukujecie? Wujek Google, czy może jest jakaś tablica ogłoszeniowa?


I used to take part in literary competitions very often, there was a time when I was sending something somewhere all the time. With different results. The reblogged note is an example of such a competition story, whose leitmotiv was the sentence: „She had a voice that evoked trust.” I really like intellectual competition, word play, language humor. So why, if I enjoyed it, I don’t do it now?
I do not have a clue. I think that my imagination was probably a little stifled by the gray reality, but maybe it’s time to get back to it. Because the worst is stagnation, right? 😉
Question for people who take part in competitions, where do you search for them? Uncle Google, is there a bulletin board?

Miała głos, który wzbudzał zaufanie, pewnie dlatego ten ciepły i brzmiący dziwnie znajomo szept bardzo szybko rozproszył płytki sen śpiącej kobiety. Otworzyła oczy rejestrując jednocześnie nie dający się opisać, ani tym bardziej zdiagnozować promieniujący w okolicy serca ból. Z trudem łapała oddech, było jej na przemian gorąco i zimno.

Z niechęcią wygrzebała się z ciepłego łóżka, żeby wziąć tabletkę, ale za to, już po chwili mogła normalnie oddychać i myśleć, dlatego rozsądnie wytłumaczyła sobie, że to nie żaden głos ją obudził, tylko tykający w kuchni zegar, a może jej własny pies, który jak zwykle, bezczelnie wskoczył do łóżka. Tylko gdzieś głęboko pod czaszką ciągle jeszcze niczym rozklekotane dzwony, dudniły słowa: ?musisz mu powiedzieć?.

Właściwie nic nowego jej się dzisiaj nie przyśniło, nic, czego by już wcześniej nie widziała w swoich snach. Ciemny pokój, muzyka dobiegająca zza zamkniętych na klucz drzwi, czyjś oddech zbyt blisko i zbyt natarczywie, niepokój, że coś…

View original post 609 słów więcej

Tym razem o Bajcie/ About Bajt

Żeby się Bajt nie obraził, że ja tu tylko o kotach, to teraz będzie notka o nim.

Bo on jest co prawda stary, ale jary i prześmieszny. Jego starość objawia się podobnie jak u ludzi, to znaczy, już nie wychodzi na spacery tak chętnie, jak dawniej, coraz więcej czasu spędza we własnym domku w pozycji leżącej, dużo śpi, nie zrywa się na dźwięk krzątania po kuchni, ponieważ jego słuch już nie wyławia takich subtelności, jak otwieranie lodówki.

20191011_135808-515x3816171891819826920791.jpg

Za to jak już usłyszy, a raczej zobaczy światło… to hulaj dusza. Bo nadal jest łakomczuchem i kocha jeść wszystko to, co kochają jego właściciele, chociaż nie wiem skąd ma tę wiedzę, bo nie dostaje od nas „ludzkiego” jedzenia. Zna tylko z takich przypadków, gdy coś nam przypadkiem spadnie, lub gdy zupełnie nie przypadkiem próbują go dokarmiać nasi goście (co mnie nieodmiennie, zawsze, wku….wia wkurza). Własną karmę, (która jest jednocześnie karmą leczniczą) traktuje jak zło konieczne. Jak niektórzy szpinak.

To wszystko co powyżej skutkuje tym, że jeśli chcemy go wyprowadzić na spacer, a on widzi, że ktoś z domowników jest akurat w kuchni, robi wszystko, żeby w ogóle nie iść, albo chociaż maksymalnie to wyjście opóźnić. Chowa się za nogi osoby przyrządzającej posiłek, wciska w kąt, wchodzi za meble, lub udaje, że nie słyszy wołania. Że niby nie słyszy jeszcze bardziej, niż normalnie. Cwaniaczek.

Jak już w końcu wyjdzie na spacer, to robi wszystko w pośpiechu, w biegu podnosi nogę, robi szybkie siku, i tak ciągnie (on – mnie! rozumiecie), że gdyby był wilczurem, miałabym problem. Chodzi mu o to, żeby zdążyć do domu zanim ten domownik nie wyjdzie z kuchni! Zanim Bajt straci bezpowrotną (według psiego postrzegania czasu) okazję na ludzki smakołyk.

W drodze powrotnej, Bajt wbiega po schodach, jakby był szczeniakiem a nie psem staruszkiem, dopada windy, potem znów w pędzie wbiega do mieszkania, a odległość z przedpokoju do kuchni pokonuje niczym Scooby Doo.

Gdy w kuchni zgaśnie światło, domownik przejdzie do salonu bez kanapki, czy obiadu na talerzu, Bajt traci zainteresowanie rzeczywistością, spowalnia ruchy, znowu robi się ospały i znika w budzie. A kilka sekund później śpi… i chrapie.

I tak, aż do następnego wejścia kogoś z nas do kuchni:-)

Czytaj dalej „Tym razem o Bajcie/ About Bajt”

Byłam na (Nie)znajomych/ I was on „(Nie)znajomi”

Obejrzałam film, a oprócz tego dowiedziałam się nieco więcej o samej produkcji.

Nie lubię się nastawiać przed filmem, więc nie czytałam wcześniej żadnej recenzji, nawet tych pozytywnych. Jedyne na co sobie pozwoliłam, to szybki rzut okiem na obsadę przy okazji pisania notki o Najnowszym klipie – czyli piosence Dawida Podsiadło, który w teledysku do tej piosenki zareklamował właśnie ten film. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że reklamuje swoją własną produkcję! Powiem Wam, że to rewelacyjny zabieg marketingowy, facet, który fajnie śpiewa tworzy klip, który przy okazji jest reklamą innego własnego produktu. Taki cross selling, albo filmowa intertekstualność, w najlepszym wydaniu. Potwierdza się fakt, że media społecznościowe wymiatają, jeśli chodzi o prędkość przekazu! Ja i o filmie, i o teledysku Dawida dowiedziałam się z Instagrama, więc jakby nie było… pocztą pantoflową:)

Ale wracając do filmu. Nie wiem czy wiecie, jest to polska wersja włoskiego Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie, który ja akurat oglądałam kilka lat temu i który już w tej włoskiej wersji mi się spodobał. (Nie)znajomi jest równie zaskakujący, dowcipny, bardzo współczesny. Świetna obsada, świetny pomysł na fabułę i bardzo dobrze napisane dialogi. Akcja rozgrywa się w mieszkaniu, w przeważającej części przy jadalnym stole, ale nawet przez moment, nie miałam poczucia dłużyzny.

Więcej o filmie ani słowa, bo nie chcę tym z Was, którzy się wybierają popsuć zabawy, byłoby szkoda, bo to naprawdę super komedia.

Z ciekawostek, we włoskiej wersji również zagrała Kasia Smutniak, o czym wtedy nie wiedziałam, i nawet nie zwróciłam uwagi na obsadę, jej włoski jest jak mój polski:-) W naszej wersji tę postać, którą zagrała pomyślano nieco inaczej, niż to było w oryginale, ale zupełnie nie wpływa to na całościowe doznania.

Aktorzy zagrali rewelacyjnie! I nie przesadzam nic a nic.

Czytaj dalej „Byłam na (Nie)znajomych/ I was on „(Nie)znajomi””

Do znudzenia/ Till boredom

No i znowu pojechałam…, tym razem do Pruszkowa. Na Wystawę Kotów Rasowych:-)

Tak, wiem, mam świra, ale pracuję nad sobą i póki co, skutecznie kontroluję emocje. Dlatego i tym razem nie wróciłam do domu z pięknotą, którą już nawet, jak widać, miałam na rękach. Ale było naprawdę blisko.:-)

Wysłałam mężowi zdjęcie i on z jednej strony przyznał, że kocia jest przepiękna, najpiękniejsza z tych, które do tej pory wybierałam, ale z drugiej, wysłał mi takiego, mało stanowczego smsa: „nie kupuj… bo Bajt…”.

Przed drzwiami do mieszkania zdjęłam z głowy czapkę, owinęłam ją grubą chustą, którą miałam tego dnia na szyi, uformowałam zawiniątko i położyłam na przedramieniu, żeby wyglądało, jakbym niosła małego kotka:-) Wchodziłam z ostrożnym „ćs… bo mała śpi”, no i szkoda, że nie widzieliście miny mojego męża. Najpierw popukał się w głowę, potem rzucił się, żeby zajrzeć do zawiniątka, a kiedy się okazało, że to ściema, był wyraźnie rozczarowany, a rzekłabym, że nawet obrażony.

„Dziwię Ci się, że nie kupiłaś”.

Z facetami to naprawdę nigdy nie wiadomo:-) Czytaj dalej „Do znudzenia/ Till boredom”

Zanim się dasz pokroić/ Before you get the surgery.

Zdjęłam kiedyś ten tekst z bloga, ale uważam, że świadomość pacjenta jest najważniejsza, więc wstawiam go ponownie.

To będzie trochę dłuższa niż zwykle notka, ale przeczytajcie ją proszę do końca. Na początku bardzo osobiste, ale retoryczne, pytanie. Czy macie wszczepiony jakiś implant? Endoprotezę stawu biodrowego, staw kolanowy, polipropylenową taśmę do NTM czy choćby antykoncepcyjną wkładkę domaciczną? A jeśli nie Wy, bo jesteście młodzi, piękni i zdrowi lub jeszcze nie potrzebujecie, to może Wasza siostra, brat, rodzic, babcia czy dziadek?

Jeżeli odpowiedzieliście na moje pytanie twierdząco, to oznacza, że powinniście obejrzeć film, który pojawił się kilka miesięcy temu na Netflixie pt. „The bleeding edge„. Jeśli odpowiedzieliście przecząco, to też go obejrzyjcie, bo przecież nie zawsze będziecie młodzi, piękni i zdrowi. Ja dowiedziałam się o filmie przy okazji przygotowywania firmowego projektu, a więc trochę jakby zawodowo, ale kto wie, co tam w życiu się wydarzy. Uważam, że warto wiedzieć.

Po obejrzeniu „The bleeding edge” (który opisuje środowisko producentów medycznych w USA) uzmysłowiłam sobie, że w naszym kraju, gdy człowiek trafi do szpitala i mu się za darmo zaproponuje implant, ucieszy się jak dziecko i szybciutko podpisze zgodę na operację, żeby się NFZ nie rozmyślił i nie przestał finansować. Jeśli dodatkowo usłyszy, że produkt jest amerykański, to się ucieszy po raz drugi i już na pewno nie zapyta, czy przeszedł on bezpieczną ścieżkę wprowadzania na rynek, czy też może ścieżkę skróconą, a możliwą dzięki wprowadzonej w USA regulacji 510(k). Nie zapyta o ilość wykonanych prób klinicznych, ilu pacjentów poddano testom, zanim urządzenie trafiło do sprzedaży, czy zarejestrowano działania niepożądane, czy ktoś je w ogóle śledzi. I z całą pewnością nie zapyta lekarza o doświadczenie w wykonywaniu nowatorskich operacji. No bo jakoś tak nie wypada, prawda? Zresztą pacjent nie pyta, bo ufa lekarzowi. Lekarz zaś też nikogo nie pyta, bo po pierwsze również ufa, marce producenta, czy dystrybutora, po drugie, wie jak działa system polskich zamówień publicznych. Zdaje sobie sprawę, że ciągle jeszcze najczęstszą podstawą wyboru danej oferty (czyli danego produktu), jest cena. Oczywiście bierze się najpierw pod uwagę tzw. wymagane parametry techniczne, ale finalnie o wszystkim decyduje cena. Wszczepia to, czym dysponuje szpital lub zaprasza do prywatnej placówki medycznej.

Ale wracając do filmu. Opowiada on o działaniach niepożądanych z ostatnich kilku lat, w wyniku wszczepiania takich implantów, które zbyt szybko wprowadzono na rynek, np. wykorzystując wspomnianą regulację 510(k), lub implantów, które wprowadzano działając nieetycznie. Jednym z przykładów były wkładki domaciczne. Źle umieszczone w ciele kobiety (błędy lekarskie) wędrowały przez jajowody do macicy, powodując krwawienie i stany zapalne, a przy próbie wyciągania kruszyły się na drobne kawałeczki (błąd technologiczny), co w efekcie kończyło się koniecznością usunięcia narządów rodnych. Drugi przykład to endoprotezy wykonane z kobaltu, który w kilka miesięcy po operacji zaczynał się uwalniać do organizmu wywołując migrenę, objawy neurologiczne, demencję lub parkinsonizm. Objawy te czasem pojawiają się u ludzi w podeszłym wieku, więc pacjenci bardzo długo nie byli właściwie diagnozowani, bo najnormalniej w świecie nie kojarzono ich stanu z wszczepionymi implantami. Najśmieszniejsze jest to, że wystarczyło wyjąć implant i objawy mijały.

Moi Drodzy, ja nie chcę nikogo straszyć i namawiać, żeby trzymał się od implantów z daleka. Absolutnie nie! Implanty poprawiają jakość życia, bywa że są wręcz konieczne do tego, by znowu funkcjonować bez bólu, a sama uwielbiam nowinki technologiczne, które przecież powstają po to, żeby z nich korzystać. Jedyne czego chcę, to poprzez film i notkę uzmysłowić Wam, że macie prawo, a nawet obowiązek wobec siebie i własnej rodziny, do pytania o to wszystko, co napisałam powyżej. Zróbcie reaserch. Dowiedzcie się wszystkiego o produkcie i lekarzu, zwłaszcza jakie ma doświadczenie w takich operacjach. Nie myślcie w kategorii „to mój lekarz, a ja mu robię przykrość pytając”. Nie bądźcie królikiem doświadczalnym, bo to niebezpieczne. Jeśli natomiast uznacie, że lekarz działa zbyt szybko, a Wy czujecie, że coś jest nie tak, koniecznie skonsultujcie się z innym szpitalem i innym lekarzem.

Na koniec info. Po emisji filmu producent wspomnianych wkładek domacicznych wycofał je ze sprzedaży w USA. Rozumiecie, nie zaprzestał produkcji, nie sprzedaje ich po prostu w USA. Być może trafiają na inny rynek…

Czytaj dalej „Zanim się dasz pokroić/ Before you get the surgery.”

Kolor karetek koloru koralowego / The color of cars coral-colored (do not break your tongue:-)

Żartowałam, nie koralowego tylko żółtego. Otóż do konsultacji publicznych przekazano projekt rozporządzenia ministra zdrowia w sprawie oznaczenia systemu Państwowego Ratownictwa Medycznego oraz wymagań w zakresie umundurowania członków zespołów ratownictwa medycznego.

Rozporządzenie mówi m.in, że:

zmiany wynikają z potrzeby poprawy funkcjonalności poszczególnych elementów umundurowania. Obecne specjalistyczne środki transportu sanitarnego będące na wyposażeniu zespołów ratownictwa medycznego mają różną kolorystykę. Celowe jest natomiast ujednolicenie wymagań w tym zakresie.

oraz

zakłada się, że od 1 stycznia 2028 r. wszystkie specjalistyczne środki transportu sanitarnego będące na wyposażeniu zespołów ratownictwa medycznego będą koloru żółtego.
Konsultacje społeczne

Wydaje mi się, że warto brać udział w takich konsultacjach, tylko ludzie nie zawsze wiedzą, że one są i że można ot tak napisać pismo do ministra. Inna sprawa oczywiście, co minister z pozyskaną w ten sposób wiedzą zrobi.

Nie czepiam się umundurowania, zwłaszcza, że chodzi o wygodę ratowników, przewiewność w lecie, ciepło w zimie, komfort użytkowania.  Nową kolorystykę też można wprowadzić bez problemu, bo ubranie to przecież najszybciej zużywalna rzecz, więc przy okazji okresowej wymiany umundurowania (co 2-3 lata), można przekazać ratownikom już zestaw w nowych barwach.

Karetki

Z karetkami jest trochę inaczej, proces wymiany rozłożony zostanie na całą dekadę. Ja się tylko zastanawiam, czy zmiana koloru jest w ogóle konieczna? Ujednolicenie tak, ale czy wprowadzony żółty będzie bardziej widoczny niż biało-czerwony, do którego jesteśmy przyzwyczajeni? Przy takim ruchu ulicznym jak w Warszawie, ja i tak najpierw słyszę karetkę, a dopiero potem ją zauważam. W okresie przejściowym na polskich ulicach zobaczymy i stare modele w kolorze biało-czerwonym i te nowe – żółte więc wtedy będziemy mogli porównać, które lepiej działają na naszą percepcję wzrokową. Tylko, że wtedy będzie już za późno na ewentualny sprzeciw.

Skutki finansowe

Projekt nie zakłada skutków finansowych dla sektora finansów publicznych i ja mam nadzieję, że to prawda. Bo gdyby się potem okazało, że trzeba będzie na przykład doliczyć koszt malowania, uznałabym, że zmiana koloru była zbędna. Tym bardziej, że w zależności od marki, części czy wielkości samochodu oraz renomy i lokalizacji lakierni cena malowania to koszt od ok. 3 tys. zł do 6-9 tys. zł. Biorąc pod uwagę, że w  Polsce jest ponad osiem tysięcy karetek, średnio byłby to koszt 40 tys. zł.

Czytaj dalej „Kolor karetek koloru koralowego / The color of cars coral-colored (do not break your tongue:-)”