Mentalność ponad prawem/ Mentality above the law

imagesstopPo serii brutalnych gwałtów, z których ten przelewający szalę goryczy społeczeństwa, dotyczył 8 letniej dziewczynki, indyjski rząd w kwietniu tego roku, uchwalił karę śmierci dla gwałcicieli dzieci poniżej 12 roku życia (by uchwała weszła w życie, rozporządzenie musi w ciągu pół roku otrzymać aprobatę parlamentu).

W krwi dziewczynki lekarze wykryli lek na padaczkę, który ma działanie usypiające, dziecko było przez tydzień przetrzymywane i gwałcone w miejscowej świątyni. Aresztowano osiem osób, w tym emerytowanego urzędnika i czterech policjantów. Znamienne, że to zwykle policjanci zacierają w Indiach ślady gwałtów lub działają opieszale po przyjęciu zgłoszenia. Wskaźnik zasądzeń w sprawach o gwałt wynosi jedynie 28 %, a to oznacza, że 72 sprawców na 100 żyje dalej bezkarnie. Statystycznie, w Indiach dziecko poniżej 16. roku życia jest gwałcone co 155 minut, poniżej 10. roku życia – co 13 godzin. 53 % dzieci doświadczyło jakiejś formy wykorzystywania seksualnego (dane z 2017 roku).

Zaostrzono też minimalne kary za gwałt w ogóle, tak by kara była adekwatna do przestępstwa. To dobre posunięcie, którym Indie bardzo się chlubią, ale co dalej? Jak dzisiaj Hindusi radzą sobie mając takie  penalne możliwości?

Nie wiem, czy ktoś z Was oglądał „Efekt domina” wyemitowany pierwszy raz na antenie TVN 22 kwietnia br., a więc bardzo krótko po propozycji zmiany indyjskiego prawa. Dowiedziałam się z niego, że chociaż w Indiach zmieniono prawo, to jakaś spektakularna zmiana mentalności społeczeństwa za tym nie poszła. Cóż, napisanie nawet najlepszego kodeksu to za mało. Nadal jest w Indiach moralne przyzwolenie na gwałt i nadal, jak w krajach arabskich, obwinia się zgwałconą kobietę o to, że została ofiarą. To trochę tak, jakby społeczeństwo hinduskie, (chyba raczej tylko jego męska część), uważało, że kobieta poprzez sam fakt bycia kobietą, musi akceptować doznawaną krzywdę fizyczną i psychiczną oraz  traktowanie jej w sposób uwłaczający ludzkiej godności.

Pół roku mija lada dzień. Ciekawe jakie będą losy uchwały i hinduskich kobiet. Mogłabym też postawić pytanie szerzej, jakie będą losy kobiet w Europie, a może nawet na całym świecie? Chyba każdy zauważył, że na skutek migracji kulturowej, bardzo zmieniły się relacje pomiędzy mężczyznami a kobietami.  Moja odpowiedź na to pytanie byłaby bardzo niepokojąca, uważam, że z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu kobieta jest najbardziej upodlonym stworzeniem świata.


After a series of violent rapes, with the last cup of filled bitterness of the society, concerned an 8-year-old girl, the Indian government in April this year passed a death penalty for rapists of children under 12 years of age (the resolution must be received within six months by parliamentary approval).

In the girl’s blood, the doctors detected a medication for epilepsy, which has a sleeping effect, the child was detained and raped in a local temple for a whole week. Eight people were arrested, including a retired official and four policemen. It is significant that police officers in India try to erase all the evidence of an offence or act sluggishly after accepting the application. The rate of adjudication in rape cases is only 28%, which means that 72 perpetrators out of 100 live with impunity. Statistically, in India, a child under 16 is raped every 155 minutes, under the age of 10 – every 13 hours. 53 percent children have experienced some form of sexual abuse (data from 2017).

The minimum penalties for rape in general were also tightened, so that the punishment would be adequate to the crime. This is a good move that India is very proud of, but what’s next? How are Indians doing today with such penalties?

I do not know if anyone of you watched the „Domino effect” * broadcasted for the first time on TVN on April 22, so very shortly after the proposal to change the Indian law. I learned from that reportage that although in India the law was changed, some spectacular changes in the mentality of society did not follow. Well, to write even the best codex is not enough. There is still a moral acceptance in India of rape, and still, like in Arab countries, the raped woman is blamed for being a victim. It is a bit like if Hindu society, (probably only its male part), believed that a woman, through the very fact of being a woman, must accept the physical and psychological harm she which she was subjected to and being treated in a degrading manner of human dignity.

It’s six month passing by.

I wonder what the fate of the resolution and Hindu women will be. I could also ask a question more broadly, what will be the fate of women in Europe and maybe even around the world? I think everyone noticed that due to cultural migration, the relations between men and women changed very much. My answer to this question would be very worrying, I think that for some reason incomprehensible to me, a woman is the most debased creature of the world.

Reklamy

Ignacy Paderewski i inni/ Ignacy Paderewski and others

I ci jedni inni składają mu kwiaty, a drudzy inni wdrapują się na kolana.

A ja się zastanawiam, czy to naprawdę taka zajebista focia, jak dorosły facet siedzi innemu dorosłemu facetowi na kolanach? W dodatku, gdy jeden z nich jest jakby trochę nieożywiony.

***

Some of that „others” put flowers and the other others are climbing on the knees.
And I am wondering, is it really a dope photo if one adult man sit on the laps of other adult men? In addition, when one of them is kind of inanimate.

Teraźniejszość czy niedaleka przyszłość?/ Present day or near future?

Nieodmiennie mnie śmieszy:-)

images1111

At Library: How cool! I didn’t know that books are also issued in paper version!

Odczulanie dzień pierwszy/ Hyposensitisation – day 1

20180611_173231-1-73811357.jpgWytoczyłam alergii wojnę! Mam już dosyć kaszlu, kataru, łzawienia oczu, łaskotania w gardle, kichania i ogólnego rozbicia, które pojawia się po zmasowanym ataku wszystkich powyższych. Mam dosyć zaczerwienionego nosa, ciągłego pamiętania o chusteczkach i tego odgłosu jak ze studni, który wydobywał się ze mnie przy kaszlu (pewnie weszłam w fazę przedastmową,  jest taka faza?) 😉

Niestety na tradycyjne odczulanie musiałabym czekać do jesieni, więc wybrałam metodę alternatywną, choć przeze mnie już kiedyś sprawdzoną na dziecku. Biorezonans magnetyczny.

Jestem po pierwszej sesji. Po wyjściu byłam trochę rozdygotana, następnym razem muszę zapytać, czy to normalne. Po wypiciu zaleconej dużej ilości wody przeszło. Oczywiście wiem, że alergia jeszcze we mnie siedzi, aż takich cudów to nie ma, ale czuję się wyciszona. Nie miałam dzisiaj tak ostrego napadu kaszlu, jak choćby jeszcze wczoraj rano. Nadal jednak boli mnie gardło.

Ktoś powie, wmawiasz sobie kobieto, tak bardzo chcesz wyzdrowieć, że projektujesz rzeczywistość, a oni korzystają z Twojej głupoty i wyciągają kasę. Fakt, tanie to nie jest, ale po wczorajszej wizycie widzę, że jakieś hiper drogie w sumie też nie. Ale wiecie co? Niech sobie będzie placebo, mogłoby być nawet wróżenie z fusów, albo życzeniowe kręcenie wahadełkiem gdybym miała się po tym poczuć lepiej. A dzisiaj zdecydowanie czuję się lepiej!

I jeszcze jeden argument, o którym już wspomniałam. W ten sposób odczuliłam kiedyś mojego 2 letniego synka, a trudno się spodziewać, żeby 2-latek miał jakieś pojęcie o placebo.

***

im_odczulanie

I went up against allergy.! I’ve had enough of cough,constantly runny nose, red, teary and light-sensitive eyes, often with swollen lids, tickling in my throat, sneezing and general breakdown, which appears after a massive attack of all the above. I’ve had enough a fairly reddened nose, a constant remembrance of handkerchiefs and the sound similar like that from the well, coming out of me coughing ( Maybe I entered the pre-asthma phase, is there such a phase?) 😉

Unfortunately, for traditional desensitization I would have to wait until fall, so I chose the alternative method, although it was once tested by my child. Magnetic bio-resonance (ART).

I’m after the first session. After leaving, I was a little shaky, next time I have to ask if it’s normal. After drinking the prescribed large amount of water has passed. Of course, I know that the allergy is still in me, there are no such miracles, but I feel calmly. I did not have an acute episode of cough today, like even yesterday morning. But my throat still hurts.

Someone will say, you tell yourselves that feelings, you want to get well, you design reality, and they use your stupidity and draw money. Fact, it is not very cheap, but after yesterday’s visit I see that it is also not a hyper expensive. And you know what? Let it be a placebo, let it be even the divination of tea leaves, or indications of radiesthesia if I start feel better after. And today I definitely feel better!

And one more argument, I have already mentioned. A few years ago, using ART, was my 2 year old son cured, it’s hard to expect the such little child has any idea about a placebo.

Dosyć tego! / Enough!

Pomyślałam i pojechałam do lasu, aby sięgnąć po ostatnią deskę ratunku. A mianowicie, aby zastosować dendroterapię! Mówiąc po ludzku, aby poprzytulać się do drzew, które mają wiele pozytywnych i leczniczych właściwości. Dodają energii, uwalniają endorfiny, koją skołatane nerwy.  Ja przecież ostatnio mam co koić!

Przez pól godziny spacerowałam i przytulałam się do brzóz.

20180531_132250976323455.jpg
Caffe hugging birch 🙂

Słuchałam śpiewu ptaków.

A potem przez następne 48 – leczyłam alergię!! 🙂

***

Enough! I thought and went to the forest. It was my last resort: dendrotherapy! And speaking humanly, to hug trees that have many positive and healing properties. They add energy, release endorphins, soothe troubled nerves. I have a lot to soothe!
For a half an hour I walked and hugged the birches. Listening to birds songs.

And afterwards, for the next 48 hours I was treated allergy:-)

Smutek/ Sadness

To miał być piękny, długi, upalny weekend, w planach wypad nad jezioro (Efi, wiesz, jak się na to cieszyłam), wyjście do kina, grill z przyjaciółmi. I w zasadzie wszystko to było, ale….

W czwartek, po przyjeździe nad jezioro poszliśmy na spacer. Z psem, a niech się staruszek wybiega, bez smyczy, bo on już nie ucieka, no i zresztą gdzie mu będzie lepiej niż u pańci.

Do wieczora wszystko było ok, więc w zasadzie nie wiemy, co się stało, skąd nagły kaszel psa i problemy z oddychaniem. Biedak całą noc na przemian kładł się próbując zasnąć i wstawał, bo zaczynał kasłać. Nie potrafiłam mu pomóc i w sumie sama też nie zasnęłam, no bo jak spać, jak on cierpi? Przyznam szczerze, że najgorsze czego się obawiałam to kaszel kenelowy lub zapalenie płuc (tak, psy też miewają zapalenie płuc i nawet potrafią się nim zarazić od ludzi).

Rano był szybki powrót do miasta, wizyta u weterynarza, zdjęcie klatki piersiowej, zastrzyki itp. Okazało się, że nasz staruszek ma kardiomiopatię, oraz (w jej wyniku) powiększoną wątrobę. Wiedzieliśmy, że ma problemy z sercem, dostawał odpowiednie leki już od kilku lat. Ale że aż tak, że to już ten moment i że tak nagle? Istnieje prawdopodobieństwo, że wieczorem połknął coś alergennego, może osę, która go użądliła i stąd taka nagła, ostra reakcja.

Kolejna noc była dla Bajta łatwiejsza tylko dlatego, że znalazłam sposób na to, jak mu ulżyć w oddychaniu. Trzymałam go jak dziecko na sztywnej poduszeczce lekko uniesionej do góry, ale on był tak strasznie zmęczony poprzednią nocą i całym dniem, że godził się na spanie na plecach, a to przecież niezbyt komfortowa pozycja dla psa.  I ja w końcu zasnęłam, z tą poduszeczką na kolanach.

2018-06-05 11-2137308259..jpg

Do dzisiaj miałam nadzieję, że przy braniu odpowiednich leków jego stan się polepszy i pobędzie z nami jeszcze kilka lat. Jednak ta noc znowu była średnia, Bajt kasłał, spał niespokojnie, przenosił się z miejsca na miejsce. Obawiam się najgorszego, i strasznie się boję tej ostatecznej decyzji. Przecież nie pozwolimy, żeby cierpiał.

20180503_101309-1-2021634387.jpg

***

It was supposed to be a beautiful, long, hot weekend, with a trip to the lake (Efi, you know how I was looking forward to …), going to the cinema, barbecue with friends. And basically everything was, but ….

On Thursday, after arriving at the lake, we went for a walk. With the dog, let him to run along, without a leash, because he does not run away, moreover, where he will feel better than at home.

By evening, everything was okay, so we do not know what happened, whence a sudden dog cough and terrible difficulty in breathing. This poor little pet all night alternately was trying to lay down and fall asleep and after that was getting up because of the cough. I wasn’t able to help him and I because of that I also did not fall asleep. I must admit that the worst I feared was a coughing kennel or pneumonia (yes, dogs also have pneumonia and can even get infected from humans).

In the morning there was a quick return to the city, a visit to the vet, chest photo, injections, etc. It turned out that our little dog has cardiomyopathy and (as a result) enlarged liver. We knew he had heart problems, he had been getting the proper medicines for several years. But why now, why just like that, why so suddenly? It is likely that in the evening he swallowed something allergenic, maybe wasp bit him when he tried to swallow it, and it caused a sudden, sharp reaction.

The next night was only easier for Bajt because I found a way how to help him with breathing. I held him like a child on a stiff slightly raised pillow, but he was so tired of the previous night and all day that he agreed to sleep on his back. This is not very common and comfortable dog’s position. I finally fell asleep with that pillow on my knees.

Until today, I hoped that by taking appropriate drugs his condition would improve and stay with us for a few more years. However, this night was again bad, Bajt was coughing, he slept restlessly, he moved from place to place. I am afraid of the worst, including the fact that we will have to make a decision. We will not let him suffer.

Nie taki diabeł straszny czyli RODO w praktyce/ The devil is not so black- GDPR in practice

pobrane (5)

Ktoś, kto tu bywa od początku (są jeszcze takie osoby?):-) może sobie przypomnieć, że była kiedyś taka notka: TU. Tak tak, 5 lat temu!! Wtedy dopiero rozpoczynały się prace Komisji Europejskiej nad rozporządzeniem, a dzisiaj mamy obowiązujące RODO. Czy dla przeciętnego Polaka to temat novum? Coś trudnego? Nie!

Czy RODO dużo zmienia? Według mnie tak. Uważam, że temat jest do ogarnięcia, choć oczywiście im większa firma, tym więcej przechowywanych danych, a w związku z tym prawdopodobnie więcej kasy trzeba przeznaczyć na zabezpieczenia. Trochę współczuję Inspektorom Danych Osobowych tych firm.

Miesiąc temu byłam na szkoleniu z RODO, więc co nieco wiem i uważam, że wszystko sprowadza się do odpowiedzialności za drugiego człowieka, który był na tyle ufny, że powierzył nam jakąś część własnej tożsamości. Kiedyś przerażona myślałam, no ale jak? Jak ja mam sobie przypomnieć, gdzie i komu podawałam adres e-mailowy, numer telefonu, adres pocztowy? A może gdzieś wcześniej również PESEL, datę urodzenia, czy konto bankowe. Poza tym, po wielu latach zarabiania na sprzedaży pięknie sprofilowanych rejestrów, dane Caffe mogą być w zasadzie wszędzie. No i na szczęście okazuje się, że to nie ja muszę pamiętać! To oni (administratorzy) powinni spełnić obowiązek informacyjny wobec mnie i przypomnieć mi, że tam u nich jestem:-) Niektórzy już to nawet zrobili, muszę teraz tylko łaskawie się zastanowić czy zignorować zalegające w skrzynce e-maile (jeśli chcę swoje dane pozostawić) czy wysłać żądanie o usunięcie moich danych.

Czy to załatwia sprawę?

W zasadzie tak. W praktyce nasze dane nadal tam będą. Mam tylko nadzieję, że jednak w znacznie mniejszym zakresie. Chodzi o to, że firma musi przecież wiedzieć, czyje dane miała i kiedy je usunęła. Musi prowadzić wewnętrzny wykaz, żeby w razie sytuacji spornych, roszczeniowych, móc udowodnić działanie zgodne z prawem. W rzeczywistości więc Caffe nadal będzie figurowała jako pacjent pewnego gabinetu stomatologicznego, nawet jeśli nigdy więcej do niego nie pójdzie, bo jej tam spieprzyli zęba:-)

***

Someone who read my blog from the beginning (there are still such people?):-) can recall that there was once such a note: HERE. Yes yes, 5 years ago !! At that time, the work of the European Commission on the regulation was just beginning, and today we have the current GDPR. Is this the topic of novum for the average Pole? Something difficult? No!

Does GDPR change a lot in our reallity? In my opinion, yes. I think, that this is something we can handle, although of course the larger the company, the more data stored, and therefore probably more money needs to be spent for protection. I feel sorry for the ADO of these companies.

A month ago, the company sent me for training with the GDPR, so I know something a bit and think that it all comes down to the responsibility of another person who was trusting enough to entrust us with some part of its own identity. 5 years ago I was terrified. I thought, how? How should I remember where and to whom I gave my e-mail address, telephone number, and postal address? Or maybe somewhere before my PESEL, ID, date of birth or bank account. Besides, after many years of make money on the sale of beautifully profiled registers, Caffe’s data can be basically everywhere. And fortunately, it turns out that I do not have to remember! It is they (administrators), who should fulfill the obligation of information to me and remind me that I am there. Some have already done it, and now I just have to think about ignoring some emails in my mailbox (if I want to leave there my data) or send a request to delete my data.

Is that enough?

Basically yes. In practice, our data will still be there. I only hope, however, to a much smaller extent, and some of them will be deleted. The point is that the company must know what data it had and when were removed. It must keep an internal list so that in case of disputable claims, whould be able to prove that it act is legitimate.
But in matter of fact, Caffe will still figure out in the data of a some dentist’s office, even if she never goes there again because the dentist screwed up her tooth:-)

Warszawska Noc Muzeów po mojemu/ Warsaw Night of Museum my way

20180519_205721484793258.jpg

Naprawdę nie wiem, co ja wyprawiam. Dwudziestoparolatek napisałby „odpiera….lam” i szczerze mówiąc, byłoby to chyba najbardziej adekwatne określenie. Zachowuję się, jak nie ja! Ostatnio zapomniałam kluczy, zepsułam telefon, zapomniałam spodni (!!), a w sobotę… brak słów!

Co było w sobotę? Jak pewnie wszyscy wiecie, bo to chyba w całej Polsce, była Noc Muzeów i ja się na nią wybrałam. Na krótko, ponieważ chciałam zobaczyć finał „Twoja twarz brzmi znajomo” (btw. wygrał mój faworyt, brawo Filip!), więc zaliczyłam jedynie Muzeum Powstania Warszawskiego, a potem zaplanowałam wycieczkę na 41 piętro w Warsaw Spire, co może akurat z Nocą Muzeów ma niewiele wspólnego, ale panorama Warszawy z tej perspektywy, podobno obłędna. Pogadałam z ochroniarzem budynku i dowiedziałam się, że ostatnia wycieczka wejdzie o godz. 24, że jednorazowo wchodzi 40 osób, a ponieważ w kolejce stało na pewno ponad 500, a była godzina 21, to łatwo policzyć. Szkoda, że zarządca budynku nie planuje takich wycieczek samodzielnie, bo niestety, żeby wejście było w ogóle możliwe, trzeba czekać na takie imprezy jak sobotnia.

Tak więc panoramy nie zobaczyłam, za to dzisiaj mogę oglądać ogromnej wielkości guz na czole, który kolorystycznie zbliża się do pięknego fioletu. I w tym momencie wracam do pierwszego zdania. Wyobraźcie sobie, że wchodząc do tego Warsaw Spire nie zauważyłam szyby!! Chciałam wejść w obrotowe szklane drzwi, a wlazlam w przeszklone okno!! Na szczęście w tym dzikim tłumie nikt tego nie widział, chyba, bo pewnie dzisiaj byłabym już gwiazdą Youtuba;-), każdy był zbyt zajęty komunikacją… ze swoim smartfonem. Natomiast jedyna osoba, która zarejestrowała rozpłaszczoną na szybie Caffe, skomentowała błyskotliwie, „ale mają tu czyste okna!”.

No i w sumie dobrze, że mają też pancerne szyby, w przeciwnym razie, może dzisiaj spędzałabym kolejny dzień w szpitalu.

***

I really do not know what the hell I’m doing! A twenty-year-old would write „what the f..ck am I doing” and to be honest, it would be probably the most adequate term. I act like not me! Recently, I forgot companies keys, I broke down a mobile phone, I forgot my pants (!!), and on Saturday… no words! Speechless!

What was on Satuday? Probably all over Poland was the Night of Museums and I went to wander around. For a short time, because I wanted to see the finale „Your face sounds familiar” (btw. my favorite won, bravo Filip Lato!), so I visited only the Warsaw Rising Museum, and then planned a trip to the 41st floor in Warsaw Spire, that is maybe not much in common with Night of Museums, but the panorama of Warsaw from this perspective is extremely amazing. I talked to the building’s bodyguard and I learned that the last trip will come at midnight, and that at the same one time can enter 40 people, and because the queue was certainly more than 500, and was 9 p.m., it’s easy to count. It is a pity that the building manager does not plan such trips, because to have the next possibbility, we have to wait for the next this type of event as on Saturday.

So, I did not see the panorama, but today I can see a nasty bump on my forehead, which is approaching the beautiful violet color. And at this point I’m going back to the first sentence. Can you imagine that when I was entering the Warsaw Spire did not notice a glass wall !! I wanted to enter the rotating glass front door, but I bumped the glass. Fortunately, no one noticed that in the wild crowd (probably today I would be a star of Youtube ;-), everyone was too busy communicating … with their smartphones. However, the only person who registered flattened Caffe on the glass, commented on the brilliant way, „Wow, they have really clean windows here”.

Well, to sum up, fortunately it was a strengthened glass, otherwise, I would maybe spend my next days in a hospital.

Nie lubisz reklam?/ Don’t you like advertisements?

Przechwytywanie

Na pewno wiecie, że jeśli na ekranie (czegokolwiek) pojawia się reklama, to znaczy, że ktoś gdzieś za jej wyświetlenie zarabia. A w zależności od tego kto to jest, zarabia dużo, albo mało.

Dużo zarabiają media i firmy, mniej – vlogerzsi youtubersi, istagramersi, snapchatersi itp. Oczywiście ci, którzy prowadzą kanały w ramach umowy o pracę z mediami czy firmami nie zarabiają na reklamach w ogóle, a jeśli są naprawdę początkujący w sieci, to wtedy też prawie w ogóle. Podejrzewam, że celebryci mediów społecznościowych, sławni i „często klikani”, mają większy wpływ na negocjowaną kasę.

Usłyszałam ostatnio, że wspomniani (nazwijmy ich grupowo) -Ersi, jakiś tam jednak grosz za każdą wyświetloną przed ich filmem reklamę, dostają. Na wacik. Jeden:-) Ale wiecie kiedy? Tylko wtedy, gdy obejrzycie reklamę do końca. Wiedzieliście? Zastanawialiście się kiedyś nad tym? Ja nie!

Ja po prostu zawsze, ale to zawsze cieszyłam się, gdy zobaczyłam zapowiedź „Możesz pominąć reklamę za 4 sekundy”, potem czekałam te 4 sekundy, które dłużyły mi się, jak flaki z olejem (wiem, jestem niecierpliwa), a potem prędziutko klikałam „Pomiń reklamę”.

Kto jeszcze tak robił?

No więc od dzisiaj przestańcie! Od dzisiaj idźcie sobie w tym czasie zrobić kawę, czy herbatę, albo kanapkę, albo szybkie siku, albo sprawdźcie, czy nie dostaliście smsa od mamusi. A reklama niech sobie spokojnie wybrzmi do końca.

Wtedy Ers dostanie……dwa waciki!

Mnie to przekonuje, bo wiecie, waciczek do waciczka i będzie…….(co?….hm…), kosmeticzka! :))

PS. Idę zrobić sobie kawę.

***

I am sure you know that if an advertisement appears on the screen (of any device), it means that someone else earns money for displaying it. And depending on who he is, he earns a lot or little.

Media and companies earn a lot, less – vlogers, youtubers, istagramers, snapchaters, etc. Of course, those who run channels under a contract of employment with the media or companies do not make money on advertising at all, and if they are really beginners on the web, then also do not make money almost at all. I suspect, that celebrities of social media, famous and „often clicked”, have more influence on the negotiated money.

Recently, I heard that the mentioned (let’s call all of them) -Ers, get some penny for every advertisement displayed before their film. To buy a cotton swab. One 🙂 But do you know when? Only if you watch the ad until the end. Did you know that? Have you ever wondered about it? I do not!

I’was really always happy to see: „You can skip the ad in 4 seconds”, then I waited 4 seconds which is dull as dishwater, (I know, I’m impatient), and then I clicked ” Skip the ad. ”
Who else do just like that?

So, stop it! From today during the ad, go for a coffee or tea, or to make a sandwich, or to take a pee, or check if you have received a text from your mommy. Let the ad calmly resound until the end.

Then, -Ers will get …… two swabs!

Well…..look after the pennies and the pounds will look after themselves 😉

PS. I’m going to make myself a coffee.

Ech Caffe/ Ugh!!

Tort z kuflem piwa/ Funny cake with a mug of beer 🙂

Sobotę spędziliśmy poza Warszawą, u przyjaciół na wsi, świętując 50-tkę pana domu. Impreza zaplanowana została na dworze, z grillem, pod parasolami, z możliwością rozpalenia ogniska po zmroku. Ciuchy oczywiście dowolne, wygodne, jakie kto chce, lubi, czy w jakich dobrze się czuje.

Pomyślałam, grill nie grill, wyglądać trzeba. Wymyśliłam więc sobie, że na początku, kiedy jeszcze słońce cudnie przygrzewa, wystąpię w kolorowej sukience, która jak się okazało, całkiem nieźle wkomponowała się w kwiatki, rabatki i obłędnie pachnący ogród. Ciuchy na potem – to znaczy jeansy, T-shirt i bluzę z kapturem (żeby skutecznie odgrodzić się od wszystkich meszek i komarów, bo czuliśmy, że zaatakują wieczorem), miałam w plecaku.

Ponieważ cała impreza, właśnie ze względu na prażące tego dnia słońce została zorganizowana w zacienionej części posesji, szybko uznałam, że czas na cieplejsze ciuchy. To dopiero maj, więc od ziemi jeszcze „ciągnie”, zmarzłam w stopy, no i rzeczywiście tu i ówdzie zaczęły pobzykiwać komary.

Wyciągnęłam wszystko z plecaka, i w tym momencie zorientowałam się, że k….wa, nie mam spodni! No przecież nie założę adidasów tylko do… bluzy z kapturem, nie chciałabym zepsuć koledze imprezy widowiskiem (albo za bardzo rozkręcić!:)

Wszystko skończyło się tak, że założyłam nowe spodnie męża, który przezornie zabrał je do swojego plecaka, on natomiast pozostał w spodenkach (takich trochę dłuższych niż do kolan), w których przyjechał. I tak nie miał zamiaru się przebierać, a zanim mi ktoś zarzuci, że jak miał mieć skoro mu zabrałam portki, to powiem, że to gorący facet i rzadko odczuwa zimno:-). Podwinęłam nogawki, ściągnęłam się mocno paskiem dziękując Bogu, że mąż w ciągu ostatniego roku trochę schudł. Inaczej musiałabym iść w pożyczki:-))

Niemniej jednak, mój plan „grill nie grill, wyglądać trzeba” trochę mi nie wyszedł.

***

Last Saturday we spent far from home, with our friends in the countryside, celebrating the 50th anniversary of the mister of house. The event was planned as a barbecue, under umbrellas, with the possibility of lighting a bonfire after dark. Without any „dress code” but comfortable, whatever we want, like or in which we feel good.

I thought, maybe it is only a grill, but I must look good. So I came up with the idea that at the beginning, when the sun is still strong shining, I would appear in a colorful dress, which is quite well compose in with flowers, flowerbeds and a beautifull fragrant garden. Clothes for the evening – it means jeans, a T-shirt and a hooded sweatshirt (to effectively block off all the midges and mosquitoes that we thought would attack in the evening), I had in my backpack.

Because of the sunny day, barbecue was organized in the shade, I quickly decided that it was time for warmer clothes. It’s May, still cold is close to the ground, so I realized my legs are cold, and of course, mosquitos and midges appeared here and there.

I pulled everything out of my backpack, and at that moment I realized that … I do not have jeans! Well, I couldn’t ware a sneakers with a hoodie, and nothing else,… I didn’t want to spoil a party by a such spectacle (or maybe opposite: to rock the house too much!).

Everything ended so that I put on a new pants of my husband, who wisely took them into his backpack, while he remained in that short jeans he had. He did not intend to change that jeans, but before someone accuses me that my husband could not even to has such intend, since I took them, I will say that he is a hot guy and rarely feels cold :-). I rolled up trousers legs and pulled a belt tight, thanking God that my husband had lost some weight over the last year. Otherwise I would have to go somewhere to look for any clothes:-))

I looked a little bit as Flip in Flap’s clothes:-)
Nevertheless, my plan that: „grill is only a grill, but I must look good”, a bit did not come out.

Nie czekając na wenę/ Without waiting for the inspiration

images (8)Młodsi blogerzy radzą, by nie czekać na wenę. Należy pisać codziennie, przez minimum 30 minut. Nawet jeśli zupełnie nie ma się na to czasu, ochoty, ani (co gorsze) nie ma o czym. A ja zawsze uważałam, że jak nie ma o czym, to lepiej milczeć. Jednak chodzi po prostu o wyrobienie nawyku siadania do komputera (taki nawyk to ja akurat miewam, tylko niekoniecznie w celu pisania notki), bo „w tworzeniu bardzo ważna jest konsekwencja i systematyczność”. To akurat potwierdza również Remigiusz Mróz, który siada do pisania książki codziennie, na około 8-10 godzin.

Ja jednak nigdy nie uważałam, że pisanie bloga to twórczość! Raczej odskocznia, fanaberia, takie pitu pitu będące specyficznego rodzaju zabawą. Specyficznego, bo przecież nie każdy lubi pisać, a zdecydowanie nie każdy lubi czytać. Jeśli już jednak czyta blogi, to raczej te, z krótszymi notkami, dlatego ja również, od pewnego czasu staram się nie rozpędzać i poprzestawać na 3-4 akapitach. Maksymalnie pięciu.

Sama wiem, że gdy zaglądam na czyjąś stronę i widzę epistołę, w dodatku pisaną bez akapitów, wyboldowań, przecinków, ze zdaniami rozwlekłymi niczym to spaghetti z Księgi Guinnessa, to mam wewnętrzny opór. Oczywiście bardzo lubię zdania wielokrotnie złożone i z elokwentnym współrozmówcą wielokrotnie sobie na nie pozwalam:-). Jeśli jednak chodzi o bloga, to widzę, że i na mnie odcisnęło się piętno współczesnego skracania wypowiedzi, ekonomizacji języka, ucinania myślowego słowotoku (szkoda, że nie udzieliło się politykom btw). No i jestem wzrokowcem, więc znacznie szybciej pochłaniam tekst, gdy jego szata graficzna jest czytelna i przejrzysta.

Tak czy siak, spróbuję się zastosować do wskazówek, będę pisać nawet o niczym……w końcu trzeba iść z duchem czasu!;-)

***

Younger bloggers advise: do not wait for the inspiration. You should write for a minimum of 30 minutes daily. Even if you do not have time for it, you do not want to, or (worse) you have nothing to say about. Well, I always thought that if there is nothing to talk about, better is to remain silent 🙂 However, it’s just about keeping a habit of sitting at the computer (in the matter of fact that habit I have, but not necessarily for writing notes), because „in the process of creating, the consistency and regularity are very important”. This is exactly confirmed by Remigiusz Mróz, who write his books every single day for 8-10 hours.

However, I never thought that writing a blog is creativity! Rather a deep breathe, a whim, small chats, and something being a specific kind of fun. Specific, because not everyone likes to write, and definitely not everyone likes to read. If, however, they already read blogs, then they choose those with shorter notes, that’s why I have been trying not to exceed 3-4 paragraphs, up to five.

When I glance at somebody’s website and see a long epistola, and worse, written without paragraphs, bolds, commas, sentences as longs as that spaghetti from the Guinness Book, I have internal resistance. Of course, I really like compound-complex sentences and having an eloquent talker, I complex allow myself use them:-). However, when it comes to a blog, I see that I am influented by current shortening of statements, the language economisation, the cutting of verbal diarrhea (I wish all of that to our politicians, btw ;-). Well, I am a visual learner, so I absorb the text much faster when the graphic layout is clear and transparent.

Anyway, I will try to follow the tips and I’ll write even about nothing …… eventually, I have to move with the times! 😉

Długi majowy weekend już za nami/ Extended weekend is over

Taki kupiłam. I have bought this one.

Majówka już za nami. Ciepła, wypełniona spotkaniami z przyjaciółmi, znajomymi, rodziną. Trochę aktywnie, trochę leniwie, z lekką nutką nostalgii wynikającej z powrotu w rodzinne strony. Przy wykorzystaniu dwóch dni urlopu miałam całe 6 dni wolnego. Brawo mój Szef!

Mieszkam w Warszawie (z przerwami) prawie 10 lat i ciągle jest tak, że jak chcę kupić coś innego niż produkty spożywcze, to od razu wiem, do jakiego sklepu/galerii wybrałabym się w Lublinie, a ciężko jest mi wskazać takie miejsce w Warszawie, żeby łączyło przyzwoitą cenę, jakość i styl. Dlatego wykorzystałam pobyt w Lublinie i zrobiłam rundkę po ulubionej galerii, w której jest zwykle wszystko czego potrzebuję.

Do piątku nie zdawałam sobie sprawy, że potrzebuję trzech lakierów hybrydowych, srebrnego pierścionka, super hiper nawilżającego kremu do twarzy oraz granitowego moździerza do przypraw:-) Pierścionek bardzo spodobał się mojej córce….. i pożyczyła.

Generalnie, jeśli chodzi o Warszawę, to i tak jest znacznie lepiej niż jeszcze kilka lat temu. Wiecie, jeśli kobieta ma swojego ginekologa, kosmetyczkę i fryzjera – to znaczy, że się zadomowiła. No to ja się zadomowiłam i nie mam zamiaru narzekać. Zresztą nie o narzekanie chodzi, tylko o fakt, że u mnie ten proces zawsze strasznie długo trwa. Na szczęście dzisiaj już mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że bardzo lubię weekendy w Warszawie, spacery nad rzekę i jazdę samochodem po warszawskich ulicach, kiedy wszystkie inne Słoiki pojadą do domu;-)

BTW. O słoikach pisałam kiedyś tu: Nigdy nie byłam typowym słoikiem

***

May Day Picnics is behind us. Warm, full of meetings with friends, colleaques, family. A bit active, a little lazy, with a slight touch of nostalgia becouse of returning to the home town. And, using two days of leave, I had six days off. Thanks, Boss!

I live in Warsaw (with breaks) for almost 10 years and it is still so, that if I want to buy something other than food products, I immediately know which store / gallery I would choose in Lublin, and it is difficult for me to find in my mind such a place in Warsaw. Escpecially that it should combines a decent price, quality and style. That’s why I used my stay in Lublin and made a round of my favorite gallery, which usually has everything I need.

Until Friday I didn’t realize that I needed three hybrid nail polish, a double silver ring, a super extra nourishing night cream and a granite mortar for spices:-) My daughter is very pleased with a ring… and she borrowed it.

Generally, when we are talking about Warsaw, it is still much better than a few years ago. You know, if a woman has her gynecologist, beautician and hairdresser – it means that she has settled down in. Well, I had settled down in and I have no intention of complaining. Anyway, it’s not about complaining but about the fact that this process always takes me a long time. Fortunately, today I can say, that I really like weekends in Warsaw, walking by the river and driving along Warsaw streets while all other „jars” had gone home.

* „Jar” is called a person who came to a bigger town looking for a better job, but goes home every week, and brings back a luggage full of jars with food prepared by mom.
* I was a kind of jar 10 years ago (but not exactly, because I was preparing meals myself).

Koncert/ Concert

20180424_184922-583979105.jpg

Miała być dzisiaj notka o poruszanym już u mnie na blogu prawie do zapomnienia, ale zupełnie niepodziewanie trafiło mi się wczoraj wieczorne wyjście na koncert (Ewelina, jeszcze raz dziękuję:-), więc najpierw kilka słów o tym.

W Polskim Radiu Trójka, w studiu* im. Agnieszki Osieckiej byłam po raz pierwszy, a wczoraj odbywał się tam koncert z nagrywaniem, który będzie można usłyszeć na antenie radia dzisiaj o godz. 20.05 (link TU). Warto to zrobić, bo tego co było wczoraj, w sieci nie znajdziecie. To nowe utwory ze świeżutkiej, dopiero promowanej płyty.

I będzie to bardzo dobra płyta!

Momentami wydawało mi się, że słucham muzyki relaksacyjnej, te spadające krople wody, dźwięki natury, w tle coś do złudzenia przypominającego śpiew ptaków. Jednak już za chwilę pojawiała się zupełnie inna jakość dźwięku, który wdzierał się w głąb duszy, niepokoił nagłym przejściem z bezpiecznej harmonii w jakiś nieuporządkowany świat. Poruszał tak bardzo, że czułam potrzebę zamknięcia oczu, ocięcia się od wszystkich innych bodźców. Przeszkadzało mi światło, błysk laserów czy fotograficznych fleszy. Brakowało wygodnego fotela:-)

Nie słyszałam wcześniej o Grandbrothers, a teraz wiem, że ich twórczość jest mi bardzo bliska. Jeden z muzyków gra na fortepianie, który pozostał moim ulubionym instrumentem jeszcze z lat, kiedy chodziłam do szkoły muzycznej. Drugi przetwarza dźwięki za pomocą połączonych z fortepianem syntezatorów, kabelków i innych urządzeń, ich plątaninę można zobaczyć na zdjęciu poniżej. To konsola tego drugiego muzyka, jego zintegrowany system zarządzania jakością dźwięku:-)

Cóż jeszcze mogę Wam napisać? No było pięknie. Koncertowo. Polecam!

*Idziemy z duchem czasu i odmieniamy, to co było kiedyś nieodmieniane

***

20180424_202953-1-11471885054.jpgIt was going to upload today a post about the „right to forget” (I had already mentioned on the blog a few years ago), but quite unexpectedly, I got invitation to the concert (Ewelina thank you once again), so first a few words about it.

I have never been in the headquarter of Polish Radio Trójka before, and yesterday there was been recorded concert there, which you can hear on the radio today at. 20.05 (link HERE). Please do it, because what they played yesterday, you will not find on the youtube. We heared new songs from the fresh, still promoted album.

It will be a very good album!

Sometimes it sounded to me like relaxation music, falling drops of water, sounds of nature, something in the background that resembled the singing of birds.

However, in a moment there was coming a completely different quality of sound, which penetrated deep into the soul, moved that soul by the sudden transition from safe harmony into some disordered world. Moved me so much that I felt the need to close my eyes, to cut off all other stimuli. I was bothered by the light, the flash of lasers or photographic flashes. A comfortable chair was missing 🙂

I have never heard about Grandbrothers before, and now I know that their work is very close to me. One of the musicians plays the grand piano, which remained my favorite instrument from the years when I used to went to music school. The second one, processes the sounds using synthesizers, cables and other devices connected to the grand piano, their tangle can be seen below in the picture. It’s the console of the other musician, its integrated sound quality management system 🙂

What else can I write to you? It was beautiful. Admira bly. I am pleased to recommend!

Scenka rodzajowa blogerki (based on language joke: it make sense only in Polish)

Miałam wolny dzień. Mąż wraca po pracy do domu i pyta:

– Co tam? Co dzisiaj robiłaś?

– A takie tam, przegrzebki – odpowiadam półgębkiem, jednocześnie formatując pisaną właśnie notkę.

– Oooo! Super, uwielbiam. Jeszcze gorące, czy trzeba podgrzać?

Co podgrzać? Nagle olśnienie.

– Przegrzebywałam gazety w poszukiwaniu tematu na notkę 🙂

„I don’t like mondays”/ Moja torebka/ My handbag

torebka2-150x150Nie, nie będę się skarżyć, że za duża i za ciężka. Ani, że mam ich za mało, bo to nie prawda:-) Nie będę też marudzić, że mam tam bałagan, bo brak bałaganu w damskiej torebce jest jakby wbrew naturze.

Ja się tylko wkurzam, gdy trzeba je za każdym razem przepakowywać!! To jakiś dramat.

Wczoraj wieczorem uznałam, że na ciepłą pogodę najlepsza będzie ta popielata, z dużą kieszonką w środku, cyrkoniami, na ładnym, ozdobnym pasku. Letnia (nie mylić z „lekka” – co to to nie), kobieca, fajna. Przerzuciłam więc szybkim, płynnym ruchem wszystko z jednej torebki do drugiej i szczęśliwa poszłam spać. Coś mi się tam przed zaśnięciem kołatało po głowie, ale byłam zmęczona i szybko odpłynęłam.

Olśniło mnie dopiero dzisiaj rano, gdy stanęłam przed drzwiami firmy i przez chwilę gmerałam w czeluściach popielatych piekieł. Klucze!! Przerzuciłam z poprzedniej torebki wszystko z wyjątkiem firmowych kluczy. Ponieważ do pracy przychodzę pierwsza i otwieram biuro… to już wiadomo, co musiałam zrobić. Pojechałam do domu, ze starej torebki wyciągnęłam etui, wezwałam taxi i wróciłam tak szybko, jak to tylko w Warszawie możliwe. Czyli po godzinie.

***

torebka

No, I will not complain that it is too big and too heavy. Neither, that I have too few of them, because it’s not true:-) I will also not complain that I have a mess in my handbag, because the lack of clutter in a woman’s handbag is against nature.

I am only angry that I have to repack them every time !! It’s a drama.

Yesterday morning I decided that in the warm weather this sweet light gray purse will be the best, with its large pocket in the middle, zircons, and a nice, decorative belt. Light gray [but do not think that it is also „light” weight ;-)], feminine and really cool. So I flipped out everything from one to another with a quick, smooth movement and I went to sleep more happy than before. Something just strangely rushed into my mind, but I was tired and did not know what.

It dawned on me this morning, when I stood in front of the company’s door and for a while I was browsing throught the depths of light gray hell. Keys!! I flipped everything except the keys from the previous purse. Because in this work I come first and open the office… you know what I had to do. I went back home, pulled out my keys from the old purse, called a taxi, and came back office as soon as it is possible in such big town as Warsaw. After an hour.

 

Metamorfozy/ Metamorphoses 2018 😊

Mój antydepresant przed i po strzyżeniu. Polecam salon Psi Czar!

My antidepressant before and after haircut. I recommend Psi Czar!!

Naiwność czy głupota/ Naivety or stupidity

Pewna 54 letnia Polka została porwana przez mężczyznę z RPA, którego poznała w Internecie i do którego, po jakimś okresie tej wirtualnej znajomości, pojechała w odwiedziny. Pewnie uwierzyła w zapewnienia, że ona jest taka piękna, a on taki zakochany. Kiedy byłam na wycieczce w Sharm El-Sheik, Egipcjanie też mi wciskali kit, że wyglądam jak Kleopatra oraz wyliczali ileż to by nie dali za mnie tych swoich wielbłądów. Zwłaszcza, gdy chcieli mi akurat sprzedać jakieś drogie perfumy:-)

Dzizes! Trzeba trochę odróżniać nawijanie makaronu na uszy od prawdziwego uczucia, nawet jeśli kobieta jest atrakcyjna! Czy wałkowanie tematu związków międzykulturowych i międzyreligijnych nikogo, niczego nie nauczyło? Nie twierdzę, że takie związki są niemożliwe, uważam jednak, że trzeba się zawsze bardzo dobrze poznać na znanym, bezpiecznym gruncie. A nie od razu lecieć do RPA.

Jak podają dzienniki: „Wiadomo, że kobieta była więziona w bardzo ciężkich warunkach. Była skrępowana, przystawiano jej telefon do głowy, zmuszano do telefonów do syna”.

Ja wiem, że to wcale nie jest śmieszne, ale mi się od razu nasuwa komentarz: to dobrze, że jej do tej głowy przystawiali telefon, a nie pistolet 🙂

BTW: 1)  Facet wycenił ją na 2 mln EUR. 2) Kobieta została uratowana.

***

Some 54-year-old Polish woman was kidnapped by a man from South Africa. She met him on the Internet and went to visit him, after some period of their virtual relationships. She probably believed she is so beautiful and he is so in love. When I was on a trip in Sharm El-Sheik, the Egyptians also told such of similar drivel, that I look like Cleopatra and how much camels I am worth. Especially when they wanted to sell me some expensive perfumes 🙂

Dzizes! You should distinguish those bullshits and real feelings, even if you’re really attractive! Nobody hadn’t teach that 54 woman about problems with intercultural and interreligious relationships? I am not saying that such relationships are impossible, but I believe that always the best idea is get to know each other very well on familiar, safe ground. Don’t go to South Africa straight away.

According to the newspapers: „It is known that a woman was imprisoned in very difficult conditions. Her hands and foots were binded, a phone was held to her head, she was forced to call to son”.

I know it is not funny at all, but I have a comment. It’s good that her phone was held to her head, istead of the gun 🙂

BTW: 1) The guy priced her for EUR 2 million. 2) She is survived.