10 lat w Warszawie/ 10 years in Warsaw

Wczoraj minęło 10 lat od początku mojej przygody z Warszawą! Nie wiem kiedy to się stało:-) Początki bywają trudne, u mnie też były. Jednak najintensywniejszą tęsknotę za Lublinem mam już zdecydowanie za sobą, pępowina odcięta, lęki oswojone. Dzisiaj jesteśmy z Warszawą bardzo dobrymi kumpelami, a do Lublina jeżdżę tak często, jak to możliwe. I wiecie co? Wszystko można pogodzić.

Również wczoraj udało mi się spełnić moje  kolejne marzenie. Takie z tych mniejszych, które można od ręki. Byłam w zoo! Powaga!:) To nie jest tak, że ja nigdy wcześniej nie byłam w żadnym. Podobno byłam, jednak musiałam być wtedy bardzo mała, bo nic z tego wypadu nie pamiętam. Natomiast drugi, sprzed 13 lat, był po prostu nieudany! Wybraliśmy się wtedy na tydzień do Krakowa. Piękna pogoda, środek lata, cudowny upał i wakacyjny luz. Wszystko super, jednak tego jednego dnia, gdy zaplanowaliśmy zoo, niemal po przekroczeniu bramy ogrodu zaczęło padać, potem grzmieć, i w efekcie połowę czasu poświęconego na zwiedzanie, spędziliśmy w kawiarni chowając się przed deszczem:)

Za to wczoraj, cudownie! Zobaczcie sami.

 

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

 


Yesterday passed 10 years since the beginning of my adventure with Warsaw! I do not know when it happened 🙂 Beginnings can be difficult, it was also at my case. However, the most intense nostalgia for Lublin is definitely behind me, the umbilical cord cut off, and tamed fears. Today, me and Warsaw are very good friends, and to Lublin I travel s often as possible. And you know what? Everything can be reconciled.

Also yesterday I managed to come true my next dream. One of those the smaller ones. I was at the Warsaw zoo! It’s not like I’ve never been at such place before. Apparently I had to be very young, because I do not remember this first visit at all. The latter one, for a change, was simply pointless! We were then for a week at Krakow, beautiful weather, summer, wonderful heat and holiday play. The trip was great, but on the same day, when we planned the zoo, almost after crossing the gate started raining, with thunders, finally a half of whole our time we had for sightseeing, we spent in the cafe hiding from the rain :).

But yesterday was beautiful! See for yourself.

Reklamy

Powinności i asertywność/ Duties and assertiveness

Wczoraj po pracy powinnam była pójść na takie jedno spotkanie, na które umawiałam się dawno dawno temu, ale ponieważ uczestników spotkania prawie nie znałam, więc średnio mi się chciało i nie poszłam. Trochę było mi szkoda czasu, a trochę chyba wylazły moje braki w sferze asertywności. Wiecie, że taka blokada przed rozmową z obcymi, to jest własnie symptom braku asertywności? Ja zawsze myślałam, że raczej zakorzenionego w nas zakazu „nie rozmawiaj z nieznajomymi”. No a teraz już wiem, że jedno nie wyklucza drugiego.

Dowiedziałam się o tym na treningu asertywności, na który zapisałam się dwa miesiące temu.

Kiedy mój mąż usłyszał, że mam zamiar chodzić na taki trening parsknął śmiechem. Że niby asertywności ci u mnie pod dostatkiem i że on już tej, którą posiadam, ma po dziurki w nosie i nowej nie zdzierży:-)

Szczerze mówiąc kiedyś też tak myślałam, do czasu aż niecałe trzy lata temu wydarzyło się coś, co zmieniło mnie całkowicie i prawdopodobnie nieodwracalnie. Kiedy wypełniałam ankietę kwalifikującą na kurs, robiłam to właściwie na odczepnego sądząc, że się nie zakwalifikuję. Wyniki pokazały, że nie jestem asertywna, a jedynie bywam. Za często chcę zadowolić wszystkich dokoła zapominając o sobie i za często zastanawiam się, czy zrobiłam dobrze. Nakręcam się i potem martwię również za często.

Nie jestem przekonana, czy ja te braki uzupełnię, bo w moim wieku już się ma pewne nawyki, ale co się uśmieję, to moje!:)) Spędzam raz w tygodniu dwie pełne godziny fajnych ćwiczeń, wśród super wesołych ludzi, z takim poczuciem humoru, który ja lubię najbardziej. I wiecie co? Gdybym miała pewność, że na każdym kursie będę się tak dobrze się bawić ucząc (albo uczyć bawiąc), to latałabym od uczelni do uczelni i byłabym najbardziej wyedukowaną kobietą w kraju 🙂

Niestety powinnam też była pójść na blogową środę, a nie poszłam, ale to już z innej przyczyny i bardzo mi szkoda, bo zapowiadało się fajnie:-(


Yesterday after work, I should have gone to a meeting which was arranged a long time ago, but because I did not know the participants of the meeting, I simply didn’t feel like it. It was a bit of a waste of time for me, and was a sign that i had some gaps in the sphere of assertiveness. Do you know that such a blockage before talking to strangers is a symptom of lack of assertiveness? I always thought that it is becouse of that ban at childhood: „do not talk to strangers”. And now I know that one does not exclude the other.

I learned about this at my assertiveness training, which I started two months ago.

When my husband heard that I was going to attend to such a training, he had laughed. He said I was assertive in abundance and that he already had tired with this assertiveness potential which I have, and this new one will be overstatement! 🙂

To be honest, I thought so too, until less than three years ago something happened that changed me completely and probably irreversibly. When I filled in the questionnaire qualifying me for the course, I did it only becouse I had sure that I would not qualif. The results showed that, however, I am not assertive person! I’m just like that only from time to time. I often want to please everyone around me forgetting about myself and after that I often wonder if I have done well. I worry too much too often.

I am not convinced that I will fill these gaps, because at my age I already have certain habits, but that time and fun, will for ever mine! :)) I spend two full hours of cool exercises once a week, among fantastic people, with such a sense of humor which I like the most. And you know what? If I was sure that I would be having so much fun learning at every course (or to learn and having fun), I would wander from university to university and be the most educated woman in the country 🙂

I should also had to go to the „Wednesday Blog Day”, and unfortunately I hadn’t gone, but for a different reason that in the first paragraph. It’s a pity, because it was foreshadowed as a cool event :-

Refleksyjnie

Listopad rozpoczął się bardzo pracowicie. Dużo pracy w pracy, w domu też dużo odłożonych spraw na „po świętach”. A w dodatku trochę rozleniwiły mnie 4 dni wolnego, które były wolnymi tylko z nazwy. Pewnie jak większość z Was, odwiedzając znajomych żywych i umarłych, zrobiłam od czwartku do niedzieli tyle kilometrów, ile zwykle robię przez cały tydzień. I chociaż uwielbiam i odwiedziny i spacery, to z przyjemnością następny weekend spędzę nie ruszając tyłka z domu. Taki mam plan:-)

A po powrocie do Warszawy okazało się, że lampki na grobach są passe, że już teraz, w tym momencie, natychmiast, trzeba zacząć ludzi wkręcać w kolejną świąteczną atmosferę. Czy oni myślą, że my się sami w tę atmosferę nie wkręcimy kiedy przyjdzie na to właściwa pora?

Uwielbiam okres przed świętami Bożego Narodzenia, ale przecież nie 5 listopada!! Jak mam się potem cieszyć choinką, widokiem bombek, światełek czy bałwanków, skoro zostanę nimi nafaszerowana dwa miesiące wcześniej?

No jak?

 


November began with very great effort. A lot of work at work, a lot of postponed affairs for „after holidays” at home. And in addition, these 4 days off made me sluggish, my vital signs are invisible. Probably like most of you, visiting friends …. living and dead, I made from Thursday to Sunday as many kilometers as I usually do during the whole week. And although I love visiting and walking, I will be happy to spend the next weekend without moving my ass from home. It is my plan:-)

And after returning to Warsaw, it turned out that the lamps and flowers on the graves are passe, that right now, at this moment, immediately, people have to start screwing into another festive atmosphere. Do they think that we will not get into this atmosphere alone when the right time will come?

I love Christmas, but not November 5! How can I then enjoy the Christmas tree, view of glass balls, lights trees or snowmen, since I will be stuffed with view of them two months earlier?

How can I?

Zwariowany klimat, odpowiedzialność itp /About crazy climate, responsibility, ect.

U nas 20 stopni ciepła, a na południu Hiszpanii opady śniegu! We Włoszech wichury i ulewy! Wczoraj oglądałam film z zalanej Wenecji, która nawiasem mówiąc i tak już cierpi z powodu podnoszącego się z roku na rok poziomu wody! W jednej z weneckich pizzerii pracownicy ubrani w kalosze, mimo niedogodności pogodowych, pomykali po lokalu serwując swoim gościom pizzę. Nie patrząc na niepogodę i „niedogodę”, kurczę, prawie jak na Titanicu, do końca.

I tak sobie myślę, że przecież ci kelnerzy mogli powiedzieć swojemu szefowi: „wrócę do pracy, jak to wysuszysz/ jak woda opadnie/ będą lepsze warunki/ to jest niezgodne z zasadami BHP/ nie na to się godziłem podpisując umowę”, itp. Przecież z całą pewnością oprócz obowiązków, znają też swoje prawa.

Dwa lata temu, temperatura w mojej ówczesnej pracy zimą spadała do 12 stopni. W lecie, chyba dla urozmaicenia, dach nagrzewał cały budynek do niewyobrażalnych temperatur tak, że ciężko było oddychać. A nasz szef albo oszczędzał na ogrzewaniu, albo udawał, że ciepła nie ma. Wody ciepłej do mycia rąk nie było w ogóle, a przysługującej nam latem mineralnej także nie. Wkurzaliśmy się i obiecywaliśmy sobie, że pewnego dnia po prostu nie przyjdziemy do pracy. Coś tam wspominając przy tym o inspekcji pracy, artykule 55 kodeksu czy groźbie ucieczki w chorobę. Wspominaliśmy między sobą oczywiście:-) Czasem rzuciliśmy tym i owym. W sensie mięsem:-)

Zanim ktoś powie, że współczuje tamtemu szefowi, to Wam powiem, że tego lata, w obecnej firmie, temperatura w biurze znacznie przewyższała te poprzednie, a mimo to nikt się nigdy nie poskarżył. Nikt nikogo nie chciał straszyć kodeksem pracy, ani lewym zwolnieniem, ani nie rzucał mięsem. Jak myślicie dlaczego?

Jasne, że w przypadku pizzerii w grę wchodziły również pieniądze, wizja utraty zysku, obawa, że produkty się zmarnują, ale chyba nie pieniądze przeważyły. Dla fajnego szefa, wyrozumiałego i szanującego ludzi pracownik zrobi wiele, znacznie więcej niż dla tyrana, który lekceważy i mobbinguje personel. Jestem przekonana, że łatwo wtedy przymknąć oko na drobniejsze utrudnienia, a nawet zaopatrzyć się w kalosze. Czy choćby i w parasol!:))


At Poland 20 degrees, at the south of Spain a lot of snow. In Italy, gale and heavy rain! Yesterday I watched a movie from the flooded Venice, which by the way is already suffering from the rising water level from year to year! In one of the Venetian pizzerias, workers dressed in wellies, despite the inconvenience of the weather, were scurrying around the premises, serving their guests with a pizza. Without looking at the bad weather and „inconvenience”, almost like on the Titanic, to the end.

And I think that these waiters could tell their boss: I’ll go back to work, when you dry that place/ when the water will down/ there will be better conditions/ it is inconsistent with health and safety rules/ I did not agree for that, when I signed the contract / etc. I think that in addition to duties, they also know their rights.

Two years ago, the temperature in my work, during the winter time, used to drop to 12 degrees. In the summer, perhaps for variety, the roof was heating the whole building to unimaginable temperatures, so it was hard to breathe. And our boss either saved on heating, or pretended that there was no heat. There was no hot water to wash hands for a whole year, and in the summer we did not have mineral water to which employer is obliged to buy to his staff, by Polish law. We were pissed off and promised that some day we would simply not come to work. Sometimes we were mumbling something about the labor inspection, article 55 of the labor code or about our escaping into illness.

Before someone says that he feel sorry for that boss, I will tell you that this summer in the current company the temperature in the office far outweighed those I mentioned before, and no one ever complained. Nobody wanted to scare anyone with a labor code or a false dismissal. How do you think why?

It is clear that the pizzeria issue was also about the case for money, a vision of losing profit, the fear that the products would go to waste, but probably not only about it. For a cool boss who understands and respects people, the employee will do much more than for a despot who disregards and mobbing his staff. I am convinced that every person is then able to forget about minor obstacles, even he would have to wear wellies. And even an umbrella! :))

Wieczór w klimacie Halloween/ A slightly Halloween evening

Nigdy nie lubiłam Halloween, ale wczoraj mnie naszło i pierwszy raz zabawiłam się w dyniowe wycinanki. Obiecałam Rudejblondynce, więc wrzucam zdjęcie i dyni, i całego udekorowanego tematycznie stołu. Gościom się podobało:-)

20181027_1544165101022298159854318.jpg

Miałam jeszcze kupić czarne plastikowe pająki, które widziałam w galerii handlowej, ale wyobraźcie sobie, że wykupili!:-))

20181027_1545298810995758438581724.jpg

A dynia wzbudziła szczególne zainteresowanie u mojego psa, widocznie miał nadzieję, że to piłka, a piłki uwielbia:)

20181026_2130298735578329936387975.jpg


I never liked Halloween, but yesterday for the first time I played with pumpkin cut-outs. I promised Rudablondynka, so here is a photo of pumpkin and a whole table decorated with Halloween themes. Guests liked it 🙂
I wanted to buy black plastic spiders, which I saw in some gallery, but can you imagine, that all of them were bought before :-))
And the pumpkin aroused my dog’s special interest, apparently he hoped it was a ball, and he loves balls 🙂

To nie jest notka z cyklu „kiedyś to było lepiej”!/ This is not about „once was better” !!

Zacznę od truizmu: dzieci uwielbiają się bawić, a bawiąc zapominają o całym bożym świecie. Tak było, jest i pewnie będzie. Będzie?

Pamiętam, że gdy ja byłam mała, z niecierpliwością czekałam na wyjście na dwór, szybko więc wracałam ze szkoły i odrabiałam lekcje, bo wiedziałam, że w przeciwnym razie mama mi nie pozwoli wyjść. W sumie, to jak tak dzisiaj sobie przypominam tamte czasy, to ona mi wcale nie zabraniała, a nawet nie sprawdzała, czy rzeczywiście ja te lekcje odrobiłam. Miała zaufanie, no i przecież chodziła na wywiadówki.

W każdym razie, jak już wyszłam, to mogłam sobie pohasać ile tam chciałam (a chciałam zwykle tyle, ile wtedy było wolno, czyli do zmroku), a potem wracałam do domu, jadłam kolację, oglądałam coś tam w tv lub nie, myłam zęby lub nie (to drugie jak zasnęłam nad książką) i szłam spać. Pamiętam, że wygodne łóżko, wspomniana książka i puszysta kołdra zawsze były w stanie mnie w końcu skusić i uśpić 🙂

A wiecie, że dzisiaj jest inaczej?

Na pewno wiecie, ale nic z tym nie jesteście, w stanie zrobić. A może jesteście?

Bo dzisiaj dzieci może i chętnie wychodzą z domu, ale też chętnie w tym domu siedzą. One kładą się spać ze smartfonem i z nim się budzą. Lekcje zaczynają odrabiać po godzinie 22, kiedy jakimś cudem uda im się odessać od laptopa, ale nawet wtedy uczą się wciąż zerkając na portale społecznościowe.

Dzisiaj przeczytałam, że blisko jedna trzecia nastolatków (15–17 lat) odrabia lekcje lub przygotowuje się do zajęć po godz. 22, a prawie co dziesiąty na godzinę przed północą. Wieczorno-nocne odrabianie lekcji dotyczy także co siódmego 10–14 latka. Już coraz młodsi, coraz później kładą się spać, a potem wstają niewyspani i idą do szkoły jak zombie. I tak w koło Macieju. Zwykle już te kilkunastoletnie dzieciaki wspomagają się kawą, którą ja polubiłam dopiero na studiach lub energetykami, których nie lubię wcale.

Cyfrowe dzieci (tak się je dzisiaj nazywa) tyją, są zmęczone i niedospane, mają trudności z koncentracją, i przyswajaniem wiedzy. I wiecie co one jeszcze mają?

Przechlapane.

PS. Żyję. Sos grzybowy (patrz notka Jesiennie/ Autumn) był rewelacyjny!!


Let me start with the truism: children love to play and then they forget about the whole of God’s world. It was, it is and it will be. Will be?

I remember that when I used to be young, I was looking forward to go outside, so I was coming back from school quickly and did my homework because I knew that my mother would not let me out. To be honest, when I remind those times today, she did not forbid me, and did not even check if I did my homework. She had confidence, and after all, she also had parent – teachers evenings.

Anyway, when I was going out, I could go to have fun for as long as I wanted to (but I usually wanted as long as my mather let me ;-)), and then I was coming back, ate dinner, watched something on TV or not, I brushed my teeth or not (I didn’t only when I fell asleep reading a book) and went to sleep. I remember that a comfortable bed, said good book and a fluffy quilt were always able to finally tempt and make me asleep 🙂

And you know that today children have different life?

You know for sure, but you can’t do anything about it. Can you?

Because today children maybe often go out but also willingly stay at home. They go to sleep with a smartphone and wake up with it. They start doing homework after 10 pm, when they somehow manage to suck away from the laptop, but even then they learn still looking at social networking sites.

Today I read that nearly one-third of teenagers (15-17 years) do homework or prepare for classes after 22 pm., and almost every tenth, of an hour before midnight. Night-time homework also applies to every seventh 10-14 year old. The younger start to learn the later and they get up sleepy and go to school like zombies. And so all over again. Usually, these young children support theirselves throught coffee, which I started to like when I was a student or energetic drinks, which I do not like at all.

Digital children (as they are called today) are getting fat, always tired and unwell, have difficulties concentrating and learning. And do you know what else they have?

Screwed.

PS. The mushroom sauce (see note Jesiennie / Autumn) was sensational !! And I’m still alive:-)

Bo syn odchodzi, córka zostaje/ Because the son leaves, the daughter stays

pobrane (6)Ostatnio na organizowanej przez nas domówce (kiedyś bym napisała „prywatce”) usłyszałam od jednej z koleżanek, że rodzice synów są zawsze skazani na to, że synowie w dorosłym wieku „pójdą za żoną”, a rodzice zostaną na stare lata sami. Usłyszałam też, że to córka ma biologicznie, czy genetycznie zakodowany silny związek z własnymi rodzicami, to ona więc częściej do nich dzwoni, opiekuje się nimi, odwiedza. Synowie łatwiej przecinają pępowinę, rozpoczynają samodzielne życie, raczej rzadko uwzględniając w tym nowym życiu rodziców. Chyba, że rodziców żony.

Nie muszę mówić, że rozgorzała dosyć ciekawa dyskusja na ten temat, bo wśród naszych gości byli w przeważającej części rodzice synów, a wśród nich z kolei np. pielęgniarka. To ona właśnie, w trakcie swojej wieloletniej pracy zaobserwowała, że jeśli stara matka lub ojciec trafiają do szpitala, to zwykle czynności związane z toaletą czy karmieniem, a więc te wymagające częstych wizyt i dobrego nastawienia, wykonują córki. Synowie pojawiają się w niedzielę, poprawią poduszkę, pospacerują po korytarzu, rzucą jakąś kąśliwą uwagę personelowi szpitala i tyle.

Poczytałam trochę, co na ten temat mówią psychologowie. Generalnie najzdrowszy układ jest taki, gdy dziecko (bez względu na płeć) w odpowiednim momencie opuści dom i założy własną rodzinę. Wtedy, dojrzewając do własnego rodzicielstwa samodzielnie kreuje dalsze życie, jednocześnie (i to jest stanowczo podkreślane przez psychologów) nie tracąc kontaktu z rodzicami, by zaopiekować się nimi, jeśli zajdzie taka potrzeba. To jest jednak bardzo wyidealizowany obraz społecznych oczekiwań, bo przecież doskonale wiemy, że najczęściej bywa inaczej. I to inaczej w zależności od tego, czy mamy córkę czy syna.

Oczywiście prawdą jest, że młodym powinno się pozwolić na życie w zgodzie z samym sobą. Jednak tu smutna dla niektórych rodziców wiadomość: jeśli wcześniejsze relacje z ojcem i matką nie pozwalały na osiągnięcie niezależności, to drastyczne odcięcie się od domu przyniesie dziecku więcej pożytku, niż staranie się o wzorcowe relacje z rodzicami. Jestem jednak przekonana, że gdy już obie strony przepracują we własnej głowie problem (jeśli taki istnieje), pozwolą mu wybrzmieć bez wzajemnych oskarżeń i pretensji, gdy opadną emocje, (zakładając, że dostaną od losu odpowiednio dużo czasu), będą mogli na nowo te relacje zbliżać. Na nowych zasadach.

Bo dorosłe dziecko prawdopodobnie nadal kocha swoich rodziców, jedynie do szczęścia ich już nie potrzebuje. A czasem nawet wręcz przeciwnie, żeby być szczęśliwym musi od nich odejść.

I dopiero ten ostatni fakt jest według mnie powodem do smutku.

Co Wy o tym wszystkim sądzicie, córka czy syn, stereotyp, czy prawda?


Recently, at the party which I organized, I heard from one of my friends that sons’ parents are always condemned to the fact that sons of an adult age will „follow their wife” and their parents stay alone for the old years. I also heard that the daughter has a biologically or genetically encoded strong relationship with her own parents, so she often calls them, looks afte and visits them. Sons are more likely to cut the umbilical cord, start an independent life, rather rarely take into account in this new life of parents. Unless, the parents in law 🙂

I do not have to say that there was quite interesting discussion, because among our guests were mostly parents of sons, and among them, for example, a nurse. During
many years of work she observed that if an old mother or father goes to a hospital, usually activities related to the toilet or feeding, and therefore those requiring frequent visits and a good attitude, are performed by daughters.

The sons appear on Sunday, they will change the pillow, they will take a parent for a walk trhought the corridor, they will say some comment to the hospital staff and that’s all.

I read a little what psychologists say about it. Generally, the healthiest arrangement is when a child (regardless of gender) leaves home at the right time and sets up his own family. Then, matured to own parenthood, creates his own family life, at the same time (and this is strongly emphasized by psychologists) without losing contact with parents, to take care of them, if the need arises. However, this is a very idealized picture of social expectations, because we know perfectly well that it usually happens differently. And it’s different depending on whether we have a daughter or son.

Of course, it is true that young people should be allowed to live in harmony with themselves. However, here sad news for some parents: if earlier relationships with father and mother did not allow to achieve independence, then drastic separation from the home will bring more benefit to the child than to strive for a model relationship with parents. I am also convinced that when both sides reconsider the problem in their own heads, it will allow to resist without mutual accusations and complaints, when emotions fall, (assuming that they will get enough time from fate), they will be able to re-create relations approach. With new rules.

Because an adult child probably still loves his parents, but does not need them anymore to became happy. And sometimes even the opposite.

And only this last fact is, in my opinion, a reason for sadness.

What do you think about all of above, a daughter or son, a stereotype or a truth?

Jesiennie/ Autumn

20141102_120331-effects3751889333159778473.jpg

Wczoraj był dla nas dzień spacerowy. A ponieważ weekend spędziłam w Lublinie, miałam okazję przypomnieć sobie stare ścieżki. Tą, którą przez moment sfilmowałam, chodziłam przez 8 lat podstawówki, codziennie rano.

My spacerowaliśmy, a znajomi wybrali się do lasu na grzyby i co chwila przesyłali zdjęcia dorodnych prawdziwków czy kań. Dostaliśmy potem nawet od nich duży słoik grzybowego sosu, z zaznaczeniem, że ja mam zjeść jutro. Wiecie dlaczego?

Bo oni wiedzą, że czuję paniczny strach przed konsumpcją jakichkolwiek innych grzybów niż zwykle pieczarki. No jejku, przecież nawet grzybiarze z wieloletnim doświadczeniem potrafią pomylić je z trującymi, więc to nie jest znowu jakaś niepojęta fobia. Niektórzy zarzucają mi brak zaufania, jednak ja zawsze wtedy tłumaczę, skąd on się wziął.

To było ładnych kilkanaście lat temu. Oglądałam wrześniowe wiadomości, w których uśmiechnięta urocza dziewczyneczka w wieku mojej córeczki, opowiadała, jak to jej tatuś, który zna się na grzybach, przyniósł z lasu cały koszyk, mamusia ugotowała zupkę i cała rodzina zjadła ją potem na obiad. Ją bardzo rozbolał brzuszek, wymiotowała i dlatego trafiła do szpitala. Teraz czuje się już lepiej, ale pan doktor nie pozwala jej jeszcze wrócić do domku. Potem wypowiadał się pan doktor.

20141011_144414-mix1842411653756814456.jpg

Potwierdził, że rzeczywiście atak bólu minął, ale na skutek ogromnego spustoszenia jakiego dokonała a-amanityna w organizmie dziecka, małej Oli zostało prawdopodobnie tylko kilkanaście godzin życia.Bo w tym sosie był jeden z najbardziej trujących grzybów, muchomor sromotnikowy, a już taki średniej wielkości zawiera dawkę trucizny śmiertelną dla 2-3 osób.

Może dzisiaj są lepsze metody leczenia takich zatruć, ale ja tą małą uśmiechniętą Olę widzę przed oczyma za każdym razem, gdy ktoś mnie częstuje grzybową.

Tak więc, kiedy już dostaję słoik grzybowego sosu, to oczywiście przyjmuję go z wdzięcznością, ale jem dopiero dzień po degustacji przez grzybiarza. Co jest jakby zrozumiałe, on zwykle wierzy, że to co uzbierał jest zdrowe.

Zanim to zrobi, ja dostaję przysłowiowego szczękościsku:-)


Yesterday was a beautiful day for walking. And because I spent the weekend in Lublin, I had the opportunity to recall old paths. Those path from my short movie, I went to primary school for 8 years, every morning.

We had wonderful walk, and our friends went to get fungi and then they sent pictures of good-looking cap boletuses and kans. We even got a large jar of fungi sauce from them, advice me to eat it tomorrow. Do you know why?

Because they know that I feel a panic fear of consuming any other mushrooms than those cultivated. Oh, even great mushroom picker with many years of experience can confuse them with poisonous ones, so this is not an unintelligible phobia again. Some people accuse me of lack of trust, but I always explain where it came from.

It was nice a dozen years ago. I watched one of September news, in which a smiling little girl at the age of my daughter, said than her daddy, who knows the mushrooms, brought the whole basket from the forest, mummy cooked a soup and the whole family then ate it for a dinner. Her tummy ached very much, she vomited and therefore she went to the hospital. It feels better now, but the doctor does not let her come back to the cottage yet. Then was the doctor described girl’s condition. He confirmed that the pain attack had indeed passed, but due to the enormous devastation which was made by the a-amanitine in the child’s body, the little Ola probably has had not much time left. Because in this sauce was one of the most poisonous fungi, the phylum amanita, and this medium-sized one contains a dose of deadly poison for 2-3 people.

Maybe today there are better methods of treating such poisoning, but I see this smiling Ola in front of my eyes every time someone cook for me some fungi.

So, when I get a jar of fungi’s sauce, of course I accept it with gratitude, but I only eat the day after tasting by the mushroom picker. Which is understandable, he usually believes that what he has collected is healthy.

Before he does it, I get proverbial lockjaw:-)