Jutro do pracy inaczej!/ Tomorrow to work differently!

Dzisiaj bardzo pracowity dzień, więc wpadam tylko na chwilę, żeby Was poinformować, a może tylko przypomnieć, bo może niektórzy już wiedzą, że jutro tj. 9 lipca, jest Dzień Chodzenia Do Pracy Inną Drogą!:)

No przecież jakbyście się dowiedzieli o tym jutro, już po przyjściu do pracy, to byłoby po zawodach! A tak, macie szansę, żeby wytyczyć nową trasę, i może nawet okaże się, że ta nowa będzie lepsza (jak zapewnia Hołowczyc w Automapie) 🙂

Nie wiem, kto ten dzień wymyślił i dlaczego, ale z mojego punktu widzenia, gdy ciągle jeszcze poznaję Warszawę, to bardzo dobry pomysł! Człowiek rano nigdy nie ma czasu, idzie do pracy, jakby miał klapki na oczach.

Tak więc proponuję jutro zwolnić na chwilę tempo. To idealny moment, żeby trochę przełamać rutynę. Ja jutro idę przez Powiśle!

A Wy?

Czytaj dalej „Jutro do pracy inaczej!/ Tomorrow to work differently!”

Reklamy

Informacja dla kobiet, argument dla mężczyzn (albo odwrotnie). Seks zamiast kremu przeciwzmarszczkowego:-)/ Information for women, argument for men (or vice versa). Sex instead of anti-wrinkle cream

Już od dawna wiadomo, że seks jest sprzymierzeńcem człowieka i wpływa na wiele aspektów ludzkiego życia. Często uprawiany, poza doznawaniem przyjemności i fascynacji cielesnością, pozytywnie wpływa na kondycję psychiczną, rozładowuje napięcie i stres, wzmacnia odporność, daje poczucie spełnienia. Dla kobiet powinno być istotne również to, że uprawiany regularnie, modeluje sylwetkę, a męski dotyk to naprawdę dobry masaż kobiecych piersi. Seks dotlenia organizm, w wieku prokreacyjnym łagodzi objawy miesiączkowania, a w okresie przekwitania, objawy menopauzy.

Do tego wszystkiego co powyżej, możemy dodać kolejne korzyści, które na pewno zainteresują kobiety, zwłaszcza te w dojrzałym wieku lub ze skłonnością do powstawania zmarszczek.

Bo otóż naukowcy amerykańscy dowiedli….. (w tym momencie zawsze następuje salwa śmiechu:-)…… ale….

Rzeczywiście dermatolodzy amerykańscy zauważyli (pisze o tym Medekspress tu), że seks, tak jak sport, na skutek zachodzących w organizmie reakcji, poprawia kondycję cery i daje efekt naturalnego rozświetlenia. Mówi się nawet, że kobieta promienieje. Ponieważ nie jestem jakimś znawcą chemii napiszę krótko i prosto. Otóż w trakcie seksu obniża się poziom hormonu stresu (kortyzolu), który to hormon, jeśli wzrośnie do bardzo wysokiego poziomu,  niszczy w organizmie kolagen. A co to jest kolagen to już każda kobieta wie, to takie coś, bez czego skóra np. twarzy zaczyna przypominać dojrzałego mopsa. Oczywiście tak samo działa na mężczyzn, ale mężczyźni zwykle mają to w dalekim poszanowaniu, a mi się bardzo podoba jak mężczyzna ma to w dalekim poszanowaniu.

Wracając do kolagenu i kortyzolu, nie jest to tylko taka dermatologiczna sekwencja zdarzeń. Regularny seks to też uregulowana gospodarka hormonalna kobiety, a poziom naszych hormonów jest odpowiedzialny za powstawanie trądziku, jakichś nierówności, przebarwień itp.

Niestety wspomniana kuracja nie cofa tego, co już się dokonało w naszej skórze, ale za to można ją zacząć stosować w każdym momencie, pamiętając, że tylko regularność przyniesie właściwe rezultaty. Tak więc kobiety – do dzieła! Seks co najmniej 3 x w tygodniu!

Wiecie, dowiedzione naukowo:-)

Czytaj dalej „Informacja dla kobiet, argument dla mężczyzn (albo odwrotnie). Seks zamiast kremu przeciwzmarszczkowego:-)/ Information for women, argument for men (or vice versa). Sex instead of anti-wrinkle cream”

Co drugie dziecko w klasie ma za sobą próbę samobójczą!/ Every second child in the class has a suicide attempt! /

Wczoraj było zabawnie, teraz wracamy do smutnej rzeczywistości.

Oglądałam poranną relację Onetu, prowadzoną przez dziennikarza Klaudiusza Ślęzaka, który przekazał, że dzisiaj, co drugie dziecko w klasie, ma już za sobą próbę samobójczą!

Obawiam się, że wielu rodziców o takich próbach nie wiedziało. Inne, niż zwykle zachowanie dziecka, łatwo wytłumaczyć gorszym dniem, zmęczeniem czy dorastaniem, a na standardowe pytanie rodzica „co u Ciebie”, czy „co tam w szkole?”, dziecko zwykle odpowiada: „spoko”.  Nawet, gdy nie jest spoko i gdy wcale nie chodzi o szkołę. Dzisiejsze dzieci mają problemy egzystencjalne, są samotne w grupie, w domu, wśród ludzi, których znają i widują na co dzień. Oczywiście część z nich próbuje rozmawiać z rodzicami, ale oni, doświadczeni życiem i znieczuleni na dorosłą rzeczywistość, posiadając taki lub inny system wartości, zwykle na początku bagatelizują problem.

Ja wiem, że ten temat został przewałkowany już wielokrotnie i pod każdym kątem, na blogach, w mediach, czy innych kanałach przekazu, więc ja w zasadzie nie o tym.

Ja raczej o tym, czym nas karmią media, nas wszystkich, a więc także dzieci, z ich delikatniejszym, jeszcze ciągle wrażliwym spojrzeniem na świat. Dostajemy pokaźną dawkę pesymizmu, wulgarności, tragedii, dramatów i katastrof cywilizacyjnych. Media już dawno temu zorientowały się, że na przekazywaniu pięknego świata nie zarobią, więc ekstremalnie przechyliły się w drugą stronę.

Czasem chce mi się pierdyknąć telewizorem, (który i tak rzadko włączam) o ścianę i usunąć konto ze wszystkich mediów społecznościowych, odizolować się i wyciszyć. Tylko, że to nie o mnie chodzi.

Chodzi o dzieci, z których co drugie miało już za sobą próbę samobójczą!

Bo to przede wszystkim dzieciaki wchodzą do portali społecznościowych, i dostają po oczach funpejdżami celebrytów, kontami pełnymi zdjęć szczęśliwych, uśmiechniętych ludzi, ludzi sukcesu, ludzi, „którym się udało”. Dzieci nie do końca uświadamiają sobie jeszcze, że to zasłona dymna, kreowanie siebie, pokazywanie jedynie tego, co pomoże się wylansować czy po prostu wzbudzić zazdrość. Ale widzą i porównują ze swoim życiem, samotnością, bezradnością wobec świata, i krok po kroku, zaczynają tracić poczucie własnej wartości. Porównanie nie wychodzi dobrze, więc próbują się dopasować, a w trakcie tego procesu stają się niezwykle podatne na manipulację oraz medialne przekłamywanie rzeczywistości. A to mieszanka wybuchowa.

Dlatego dzisiaj, co drugie dziecko, miało już za sobą próbę samobójczą!

Wiem, że nikt nie mógł przewidzieć skutków tej przemiany cywilizacyjnej i kulturowej, która dokonała się na przestrzeni ostatnich 50-60 lat, ani tego, że człowiek zacznie mieć skłonności autodestrukcyjne, ale właśnie taki świat wykreowaliśmy. W tym świecie, który jest, nie tylko młodzi ludzie pogubili się i wymagają pomocy, ale zwłaszcza oni potrzebują mądrych dorosłych, którzy będą dla nich wsparciem.

Pewnie potrzebujemy też dobrego, szeroko zakrojonego planu przeciwdziałania samobójstwom, który zaangażuje całe społeczeństwo, bo ten, który powstał na lata 2012-2015, najwyraźniej się nie sprawdził, bo jesteśmy w czołówce Europy jeśli chodzi o samobójstwa wśród dzieci i nastolatków do 18 roku życia.

Czytaj dalej „Co drugie dziecko w klasie ma za sobą próbę samobójczą!/ Every second child in the class has a suicide attempt! /”

Wiewiórka raz jeszcze:-)/ Squirrel once again:-)

Co ona sobie w tym momencie myśli. Jakiś pomysł?

Autorka bloga Chwile mamy napisała: „Marzy o tym, żeby świat był usłany orzechami”
Odpowiedziałam: „W dodatku bez skorupek” 😉

What she thinks at the moment. Any idea? 🙂

The author of the blog Chwile mamy  (Mom’s moments) wrote: „I dream about the world being strewn with nuts”
I replied: „On top of that , no shells” 😉

Wiewiórka vs. Caffe.jpg

 

Scenka rodzajowa – Dbać o nowego, czy starego klienta?/ Short story – To take care of a new or old client?

Czekam na umowę od dostawcy internetu. Aby uniknąć sytuacji, że osoba podpisująca umowę będzie nieobecna, poprosiłam nadawcę o zaznaczenie prośby do kuriera, żeby najpierw zadzwonił. Wiem, że to jest już powszechna procedura, więc nie sądziłam, że tym razem procedura nie zadziała:-). Tymczasem nie dość, że facet przyjechał dzień przed umówionym terminem dostawy i nie uprzedził nas, to następnego dnia ponowił próbę, również wcześniej nic nie ustalając. Teraz w ich systemie widnieje informacja o dwóch próbach doręczenia przesyłki. Po trzeciej nieudanej, umowa wróci do nadawcy i trzeba będzie zaczynać cały proces od początku.

No dobra, ale to jest tak nagminne, że pewnie każdy się z tym spotkał, więc nie o to chodzi. Te dwie próby doręczenia miały miejsce w ubiegłym tygodniu, a w tym tygodniu cisza. Nie dzwoni, nie przychodzi, nie tęskni:-)

Zdecydowałam, że ja zadzwonię i dopytam, na stronie tej firmy podobno można ustalić numer do kuriera.

Zlokalizowałam przesyłkę i okazało się, że nasza umowa od piątku leżakuje sobie w magazynie oddziału. Tak więc nie ustalę numeru kuriera, bo magazyn jej żadnemu kurierowi nie przekazał. Dzwonię na infolinię, przechodzę przez cały proces wysłuchiwania, że rozmowa jest nagrywana, że moje dane osobowe są bezpieczne, i gdzie te dane są tak bezpieczne, że jeśli chcę zawrzeć nową umowę to mam wcisnąć 1, a jak zareklamować przesyłkę to 2, wybieram 2 i dalszy temat rozmowy, (pamiętacie skecz Macieja Stuhra?), słyszę że za chwilę zostanę przełączona do konsultanta i… rozmowa zostaje przerwana. Dobra, może to przypadek, jakiś błąd systemu, więc zadzwoniłam po raz drugi i przeszłam przez wszystko od początku. Kolejny raz wiszę na linii 5 minut i na etapie przełączania do konsultanta następuje rozłączenie połączenia (brzmi śmiesznie). 

O żesz madafaka! Dzwonię jeszcze raz i zamiast 2 wciskam 1, tak jakbym chciała zawrzeć nową umowę. I co? Po sekundzie zgłosił się konsultant!!!

I to jest właśnie clue mojej notki. Jak chcą zdobyć klienta, to są od razu, natychmiast, bez zwłoki i konieczności przeklikiwania kolejnych opcji. Gdy klient, który już umowę podpisał, dzwoni z jakąś sprawą, to olewają temat, bo oni wiedzą, że już i tak go mają.

I ja nawet domyślam się, gdzie!

Czytaj dalej „Scenka rodzajowa – Dbać o nowego, czy starego klienta?/ Short story – To take care of a new or old client?”

Niedziela nad Zalewem Zegrzyńskim. Hasło dnia – nie utopić się/ Sunday at the Zegrze Reservoir. The word for today is – do not drown

Wczorajszy upał zdecydowaliśmy się spędzić w Nieporęcie nad Zalewem Zegrzyńskim, którego przez tyle lat pobytu w Warszawie, nie miałam do tej pory okazji odwiedzić. Moja pierwsza reakcja: duży! Bardzo duży! Porównywałam do lubelskiego Zalewu Zemborzyckiego, który też jest sztucznym zbiornikiem i to porównanie wygląda tak: nad Zemborzyckim jest więcej atrakcji wodnych dla dzieci, ale nad Zegrzyńskim fajniejsze plaże i więcej sportów wodnych. Woda w obu zbiornikach kolorystycznie tak samo brzydka, ale skoro została dopuszczona do kąpieli, uznam, że taka jej uroda (choć brak przejrzystości wody ma znaczenie, co się okaże dalej).

Na plaży dziki tłum, jak sardynki w puszce, wszystkie ocienione miejsca zajęte. Za to w pobliskich punktach gastronomicznych jedzenie smaczne i w przyzwoitych cenach, w tym lody i gofry, w których bita śmietana ma smak bitej śmietany, a nie jakiejś sztucznej mazi. 

Z ciekawostek historycznych odnośnie powstawania Zalewu Zegrzyńskiego, znalezione w sieci, treść z jakiejś gazety z końca lat 60-ych:

„Powstanie jeziora wiązało się z koniecznością przymusowych wywłaszczeń i przesiedleń mieszkańców z terenu przygotowanej niecki zbiornika. Mieszkańcy w akcie rozpaczy nierzadko rzucali się w akcie protestu pod lemiesze koparek, bądź też grozili kontrolującym pracę urzędnikom utopieniem się.

No i tu dochodzę do głównego tematu mojej notki. Wiecie, że tylko w ubiegłym miesiącu utonęło w Polsce, aż 90 osób? Wczoraj miałam możliwość zobaczyć, jak wygląda akcja szukania topielca, a nawet sama brałam w niej udział.

Wszystko działo się szybko, usłyszeliśmy syreny, potem nadpływające trzy jednostki WOPR, w międzyczasie znajdujący się na plaży ratownicy nakazali wyjście wszystkich plażowiczów z wody. Pracę rozpoczęli jednocześnie i nurkowie, i ratownicy, którzy w sposób kontrolowany, pozwolili ludziom z brzegu wziąć udział w akcji przeszukiwania dna.

20190630_141254-1612x9076529059251701640947.jpg

Utworzyliśmy szpaler, a potem, ręka za rękę, szliśmy w głąb jeziora, do momentu, aż byliśmy w stanie utrzymać głowę nad powierzchnią. Nie wiedzieliśmy kogo szukamy, ale podświadomie, chyba każdy z nas myślał, że dziecka…

Nie wiem, jak długo to wszystko trwało, ale szpaler wchodził do wody dwa razy i posuwistym ruchem nóg sprawdzał dno. Nie znaleźliśmy nikogo, akcję z udziałem plażowiczów przerwano, pozostali tylko nurkowie. Wróciliśmy na swoje miejsce zmęczeni, w niewesołych humorach, jakoś odechciało nam się pływać.

photopictureresizer_190701_105744187_crop_3629x14032494707097558585778.jpg

A potem podali komunikat, że „nasz” topielec żyje. Wybrał się po prostu do sklepu po piwo i długo stał w kolejce. Nosz-kurde…!!!

Byliśmy na plaży 6 godzin, WOPR wzywano jeszcze 3 razy, z czego raz doszło do poważnego podtopienia dwóch mężczyzn, można się spodziewać dużego uszkodzenia pracy mózgu, a dwa pozostałe przypadki to mniejsze i mniej „spektakularne” urazy w wyniku zabaw na wodzie, wiecie, amatorzy pontonów, skuterów wodnych, kitesurfingu czy nurkowania.  Praca ratowników nie jest lekka, muszą mieć oczy wszędzie, pilnować dzieci i dorosłych, którzy zachowują się jak dzieci. Bo ci dorośli nagle, najczęściej pod wpływem alkoholu, stają się świetnymi pływakami i miłośnikami sportów wodnych i wszelkich innych, które można było znaleźć nad jeziorem.

20190630_140607-1612x9072479870145077714006.jpg

Poza tym wszystkim co powyżej, był to jednak cudowny dzień, słońce grzało tak bardzo, że mimo noszenia kapelusza, rozbolała mnie głowa i z tym bólem poszłam spać. Na pewno przyjadę jeszcze nad Zegrze, tylko wybiorę inną stronę jeziora, może Białobrzegi.

No kto przebije swoimi atrakcjami, moją niedzielę?;-)

Czytaj dalej „Niedziela nad Zalewem Zegrzyńskim. Hasło dnia – nie utopić się/ Sunday at the Zegrze Reservoir. The word for today is – do not drown”

Która godzina?/What time is it?

Ten zegar wmurowany jest w fasadę kamienicy, znajdującej się na rynku Nowego Miasta w Warszawie. Widziałam już wiele pięknych lub dziwnych zegarów, nawet taki, którego wskazówki biegną w przeciwną stronę. Jednak ten tu wydaje się być jakimś dziwactwem, którego nie rozumiem:-)

Czy ktoś, coś wie na jego temat?

Btw. Nowe Miasto mnie oczarowało!

Dopisek :

Na wskazanej przez Asenatę stronie Zegary słoneczne, czyli słoneczniki, znalazłam wpis, którego autorem jest Dariusz Oczki, pasjonat zegarów słonecznych. Za Jego zgodą przytaczam całą znalezioną tam informację o zegarze, i kamienicy, którą tym zegarem ozdobiono.

Kamienica powstała w roku 1955 według projektu architektów Jacka Gajewskiego i Włodzimierza Wapińskiego. Ozdobiona jest kilkoma nowoczesnymi rzeźbami w tajemniczej stylistyce i zegarem słonecznym utrzymanym w tym samym nastroju, który widać nie tylko z samej ulicy Przyrynek, ale także z Rynku Nowego Miasta. Prawdopodobne jest, że zegar powstał wraz z budynkiem i towarzyszącymi mu elementami zdobniczymi. Jako że ściana, na której umieszczono zegar zwrócona jest ku zachodowi, to słońce zagląda tu dość późno – dopiero tuż przed południem. Teoretycznie może on pokazywać czas od 11 do 21, jednak rosnące przy ulicy wysokie drzewa czynią z niego jedynie dodatek architektoniczny.
Rynek Nowego Miasta – pocztówka z 1967 rokuCiekawe są zaznaczone na nim godziny – poza zakresem wspomnianym powyżej, na zegarowej tarczy obecne są także liczby od 3 do 10 odpowiadające kolejnym godzinom porannym i przedpołudniowym. Zegary słoneczne w naszej szerokości geograficznej nie mogą pokazać godziny 3 rano, a ten, przez wzgląd na swe położenie, działa wyłącznie od południa do wieczora. Czym zatem są te tajemnicze liczby? To godziny pozorne wyznaczane przez niewidoczne wtedy słońce. To tak, jakby powiedzieć, że czas płynie nawet wtedy, gdy go na zegarze nie widać.
Kamienicę z zegarem wciągnięto na listę obiektów zabytkowych.

wp-15617177940187909031052134792569.jpg

Czytaj dalej „Która godzina?/What time is it?”

Magiczna Blogowa Środa/ Magical Wednesday Blog Day

To nie jest jedynie superlatyw, bo na wczorajszej Blogowej Środzie było naprawdę magicznie, a to za sprawą prelegenta, znanego dzisiaj jako Magic of Y, iluzjonisty, youtubera, autora książki „13 kroków by stać się magicznym” i półfinalisty programu Mam Talent 2012. Ale przede wszystkim, bardzo sympatycznego, mądrego chłopaka (mogę chyba tak o Tobie mówić, w końcu jestem starsza*). 😉

20190627_130109-920x7151734944543022452422.jpg

Wiecie co on wczoraj wyprawiał z kostką rubika? Sprawił, że w ciągu kilku sekund jedna z kostek została ułożona dokładnie tak, jak drugą wcześniej, na chybił trafił, poprzekręcali uczestnicy spotkania. Sama widziałam!! Albo napisał na kartce dokładnie to słowo, które dziewczyna przeczytała w książce, a którego nawet nie wypowiedziała na głos. Ustawka?

Ja wiem, że w telewizji można tu przyciąć, tam przyłatać, i człowiek nigdy do końca nie wie, czy jest świadkiem iluzji, czy medialnego oszustwa, ale ja te kostki wczoraj widziałam! Jeśli więc manipulacja, to genialna!!

Przepraszam innych prowadzących, że o nich nie piszę, bo ich wykłady były bardzo merytoryczne i ciekawe, ale Magik zakasował wszystkich. Był… no po prostu, magiczny!:-) Ale pomiędzy pokazywaniem nam magicznych sztuczek, opowiadał o tym, kim, wg niego są influencerzy dzisiaj i gdzie będą za 10 lat, gdy portale społecznościowe zostaną zastąpione przez coś innego, czego dzisiaj jeszcze nawet nie ma, mówił również o tym, że największą popularność zdobywają ludzie pracowici w dążeniu do realizacji marzeń, wierni swoim pasjom, autentyczni, prawdziwi. No i muszą mieć coś ciekawego do przekazania. Nic nie staje się z dnia na dzień, to proces, który czasem zajmuje wiele lat i mnóstwo zaangażowania. Czy w ustach magika to brzmiało trochę jak bajka?:-) Tak, ale ja naprawdę to wszystko rozumiem!

Nie rozumiem tylko jednego.

Jak on, do cholery, ułożył tamtą kostkę!?????

* Magic of Y rozpoczął spotkanie od ustalenia, że będzie do nas mówił per „ty”, bo jest od nas starszy. Ja tam się nie kłóciłam;-)

Czytaj dalej „Magiczna Blogowa Środa/ Magical Wednesday Blog Day”

Dylemat samobójcy. Żyć czy zrezygnować?/ Suicide dilemma. Live or give up?

Trzy tygodnie temu bezczelnie chwaliłam się Wam, że odpoczywam leżąc na hamaku nad Wisłą. Taka byłam potem zrelaksowana, w dobrym humorze, że zapomniałam o wszelkich problemach tego świata, myśląc tylko o tym, żeby nie dostać plam od słońca. Miałam wolne, więc włóczyłam się po Warszawie rowerem, zaglądając w miejsca, w których nigdy wcześniej nie byłam.

No i właśnie wtedy, pod jednym z wieżowców, natrafiłam na zadzierający głowy, tłum gapiów. Patrzyli, jak strażacy próbują wejść na balkon znajdujący się na jednym z ostatnich pięter. Okazało się, że w mieszkaniu zamkniętym od środka na klucz, ktoś popełnił samobójstwo.

photopictureresizer_190626_114731523_crop_1404x20664834865969534777699.jpg

Jedni powiedzą „znak czasów”, drastyczny, ale dobrze znany sposób na pozbycie się życiowych kłopotów, na nieradzenie sobie z rzeczywistością. Inni nazwą samobójstwo tchórzostwem i machną ręką. Ale ja mam syndrom człowieka, który widział taką śmierć. Piętnaście lat temu młody chłopak wyskoczył z ostatniego piętra wieżowca, w którym wtedy mieszkałam. Do dzisiaj pamiętam jego śmiech, rzucone tuż przed skokiem „c’est la vie”, a potem głuchy dźwięk, jaki wydało spadające ciało w zetknięciu z chodnikiem. Krew rozpływająca się dokoła głowy. Za każdym razem, gdy słyszę, że jakiś człowiek popełnił samobójstwo, jest mi strasznie smutno.

Tego samego dnia, ale już pod domem, minęłam się z dziewczyną, która szła dosyć szybko, mimo że musiała wspierać się o kule. Nie miała jednej nogi, i co dziwne, nie miała też protezy. Ten niewątpliwy brak podkreślała minispódniczka w cudownie letnim, pomarańczowym kolorze.

Wiecie, jak mnie to poruszyło? Dwie tragedie jednego dnia, ale jak inne życiowe postawy: rezygnacja i godna akceptacja własnych ograniczeń.

Jak to jest, że przeżyte dramaty jednych hartują, a innych łamią, co w nas musi być, żebyśmy chcieli chcieć? Jeśli tu zagląda psycholog, to poproszę o miniwykład.

Czytaj dalej „Dylemat samobójcy. Żyć czy zrezygnować?/ Suicide dilemma. Live or give up?”

Warszawska palma po botoksie i koloryzacji/ Warsaw palm after botox and coloring

Palma w ciągu ostatnich dwóch tygodni odmłodniała i nabrała kolorów, wpisując się w nurt spektakularnych metamorfoz (pierwsza metamorfoza to ta mojego psa:-).

20190624_1445034936124001088415107.jpg

Warszawiacy mijają ją codziennie, więc pewnie wiedzą, pozostałych informuję, że ona stanęła na tym rondzie 12 grudnia 2002 r.

W Wikipedii wyczytałam, że to projekt instalacji artystycznej Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich, Joanny Rajkowskiej, która wpadła na ten pomysł w trakcie jakiejś swojej podróży. Pierwotnie instalacja miała się składać z całego szpaleru drzew, ostatecznie (pewnie z powodu kosztownego zamysłu), postawiono jedną palmę z pozwoleniem na okres 1 roku. Jednak minęło 17 lat, a palma stoi!

Otóż o dalszym losie drzewa zadecydowało kilka czynników. Przede wszystkim pieniądze, gdyż autorki nie stać było na konserwację i naprawę zniszczeń powstałych wskutek deszczów i wiatrów. Zdecydowała się przekazać „palmę pierwszeństwa” miastu, a ponieważ już wtedy było wiadomo, że w jakiś dziwaczny sposób palma wpisała się w warszawską rzeczywistość, mieszkańcy ją polubili, a turyści przyjeżdżają oglądać, więc instalacja pozostała. Niektórzy złośliwie komentowali, że Warszawiakom palma odbiła:-) Oczywiście przy tej okazji, jak to u nas w Polsce bywa, rozgorzała gównoburza, kto ma ponosić koszty konserwacji, czyje są prawa do wizerunku palmy, do decydowania o jej otoczeniu, a także o wymowie politycznej i kontekście kulturowym. Wcale się nie dziwię, że ktoś pomyślał o kwestiach kulturowo – politycznych, późniejsza instalacja tęczy pokazała, że ten aspekt ma znaczenie. Tak więc, wszelkie prawa dotyczące palmy przeniesione zostały na miasto, ale pani Rajkowska nadal chciała móc decydować o jej losie. Dlatego w 2012 roku, gdy bez konsultacji z nią ustawiono obok palmy ogromną piłkę  futbolową (co mi akurat się bardzo podobało, bo podkreślało bojowego ducha związanego z Mistrzostwami Świata), powiesiła transparent z napisem Chleba zamiast igrzysk i… oskubała drzewko.

Palma w 2012_Blog Caffe

W tym momencie sytuacja wygląda tak, że zgodnie z uchwalonym planem zagospodarowania przestrzennego dla tej części miasta, rondo gen. Charles’a de Gaulle’a ma zostać przebudowane. Palma w Warszawie zostanie, jednak niekoniecznie tu gdzie była do tej pory, a nowego miejsca jeszcze nie wskazano.

Ja żałowałabym, gdyby ją przeniesiono zupełnie gdzie indziej, polubiłam ten widok, punkt spotkań „przy palmie”, i po prostu już sobie nie wyobrażam ulicy bez niej. Czytaj dalej „Warszawska palma po botoksie i koloryzacji/ Warsaw palm after botox and coloring”

Lubię być mobilna/ I like to be mobile

Muszę się z Wami podzielić wrażeniami!!

Po pierwsze – kurdę, pada. Narzekam, ale nadmienię, że jak grzało, to nie narzekałam, więc teraz troszkę mi wolno:-). Mam plany grillowe związane z weekendem, w dodatku z przetestowaniem przepisu na grillowaną rybę, więc rozumiecie, nie wiem, czy jechać na drugi koniec miasta po taką dobrą, świeżą.

Po drugie, jak pada to z moją mobilnością jest trochę gorzej. To znaczy ona jest, ale tylko w wersji ZTM lub samochód. A jak wiecie, najbardziej uwielbiałam przejażdżki rowerowe. Przynajmniej do tej pory.

I tu muszę się Wam pochwalić: przetestowałam elektryczną hulajnogę!:-)

Jeśli ktoś się w ogóle zastanawia, czy to wypada, żeby dorosła kobieta pomykała przez Warszawę na hulajnodze, odpowiadam. Tak, wypada! Nawet bardzo:-)

To jest rewelacja! Porównując do innych środków lokomocji, które lubię: wymagająca mniejszego wysiłku niż rower, ale znacznie fajniejsza niż skuter. Jeśli chodzi o bezpieczeństwo, to ono niestety zależy od wielu czynników, nawierzchni, miejsca, uczęszczanej trasy, posiadania na głowie kasku, tempa jazdy i mądrości użytkownika. Uważam, że mający wejść w życie lada dzień przepis, by hulajnogi elektryczne jeździły tylko ścieżkami rowerowymi ma sens. Wyobraźcie sobie dorosłego faceta, który jedzie z prędkością 30 km/h i nagle coś się dzieje z kółkiem hulajnogi, koordynacją ruchową, czy najzwyklej w świecie trafi się jakaś szczelina między płytami. Tym samym chodnikiem chodzą małe dzieci, matki z dziecinnymi wózkami, starsi ludzie. Tragedia gotowa. Taka prędkość nie jest bezpieczna, nie tylko dla jadącego, ale także, a może przede wszystkim, dla innych. Więc, jeśli chodnik, to prędkość powinna być znacznie mniejsza, nie więcej niż 10-13/h. (to sam zresztą zastosowałabym do rowerów). Przy większej prędkości szansa na szybkie, bezkolizyjne wyhamowanie maleje do zera.

Inna sprawa, że jazda hulajnogą po ścieżce rowerowej już nie będzie taka fajna. Ja zrobiłam sobie ostatnio przejażdżkę szerokim chodnikiem, od Parku Ujazdowskiego do Centrum Warszawy. Jechałam tempem spacerowym, czasem trochę szybciej, wiecie, żeby poczuć możliwości hulajnogi i wiatr we włosach:-) Było bardzo gorąco, więc trochę się w ten sposób chłodziłam. I to była naprawdę frajda!

Gdybym miała wybierać, skuter czy hulajnoga, to dzisiaj z czystym sumieniem mogę odpowiedzieć, że jeśli chodzi o miasto, to zdecydowanie hulajnoga, w wersji elektrycznej. Kupując wybierałabym taką z największymi kółkami (bo strasznie telepie na nierównościach:-) i dużym zasięgiem baterii. Do domu mam ok. pół godziny jazdy rowerem, więc chciałabym, żeby wytrzymywała w obie strony.

Hm, chyba już nawet wiem, o co w tym roku poproszę św. Mikołaja, o ile oczywiście będzie mógł być, aż tak hojny:-)

Czytaj dalej „Lubię być mobilna/ I like to be mobile”

Asystent zdrowienia/ Assistant of Experienced Involvement

Niedługo w Polsce pojawi się nowy zawód, tzw. asystent zdrowienia, który w Europie już istnieje i chyba ma się całkiem dobrze. Będzie mógł go wykonywać każdy, bez względu na wykształcenie i wiek (w przedziale 18 – 67 lat), jedyny warunek, jaki postawiono przed aplikantem, to posiadanie możliwego do zweryfikowania bagażu doświadczeń.

Wyobraźcie sobie, że osoba bardzo Wam bliska przeżywa właśnie kryzys emocjonalny, załamanie, czy wręcz chorobę psychiczną. Wydaje mi się, że w obliczu takiej tragedii człowiek staje się bezradny. Lekarz coś tam radzi, przepisuje tabletki, terapie, mówi jak postępować z chorym i wypisuje do domu. I w tym domu pacjent wraz z rodziną, staje twarzą w twarz z problemem, który nie znika, a z którym trzeba nauczyć się żyć i właściwie postępować. Pojawiają się wątpliwości, pytania, strach, tyle niewiadomych ile przypadków medycznych. W takiej sytuacji kluczowa jest możliwość uzyskania szybkiej pomocy, czy rozmowy z kimś, kto doskonale zrozumie, co przeżywa pacjent i jego bliscy, bo sam przeszedł przez każdy etap choroby i zdrowienia. Dlatego teraz może być asystentem zdrowienia kogoś innego, może dzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem, pomóc w kontaktach z instytucjami, zespołem terapeutycznym. Może stać się pomostem między lekarzami, pracownikami socjalnymi a całą resztą społeczeństwa, w które krok po kroku, na nowo wprowadza pacjenta. Bardzo ważne jest również to, że taki asystent, z pewnością łatwiej niż bliscy, odczyta symptomy ewentualnego nawrotu choroby lub negatywne skutki przyjmowanych leków. Jego racjonalne podejście do pacjenta, w kontakcie z przepełnioną emocjami rodziną, będzie bezcennym elementem rekonwalescencji i powrotu do życia w społeczeństwie, które ciągle jeszcze stygmatyzuje ludzi z chorobami psychicznymi.

Zdrowi ludzie uważają, że choroba psychiczna to efekt uzależnienia, przyjmowania środków psychotropowych. Nie zawsze tak jest, większość przypadków to geny, bezsilność wobec otaczającej nas rzeczywistości, cywilizacja, problemy, lęki, cierpienie. Jednak bez względu na to, co jest bezpośrednią przyczyną choroby, i pacjent i społeczeństwo, musi nauczyć się funkcjonować obok siebie, tym bardziej, że statystyki dotyczące zaburzeń psychicznych rosną w przerażającym tempie.

Na koniec jeszcze jedna refleksja. Dawny chory, już jako asystent, otrzymuje szansę na nowe życie, pracę i samodzielność, dostaje możliwość wykazania się w nowej roli. Sądzę, że otrzymany kredyt zaufania staje się bardzo ważnym elementem utrzymania jego stabilności emocjonalnej i zdrowia psychicznego. Zamiast siedzieć w domu i pobierać rentę, czuje się potrzebny, aktywnie wspiera innych, spełnia się zawodowo i na nowo uczy samoakceptacji.

Czytaj dalej „Asystent zdrowienia/ Assistant of Experienced Involvement”

Sukces kobiety/ Success of a woman

Kilka dni temu znajoma blogerka wrzuciła na swoim portalu dwa zdjęcia. Jedno z nią sprzed 10 lat, drugie aktualne. Pod starym zdjęciem napisała „To ja 10 lat temu, młoda studentka, pełna pasji, marzeń i wiary w przyszłość”. Pod drugim: ” To ja, z magistrem, 15 artykułami, z których jeden uzyskał prestiżową nagrodę, z jedną książką dla młodzieży, drugą nt. mediów społecznościowych, spełniona w programie dla młodych matek, miłośniczka podróży i autorka popularnego kanału społecznościowego, który dzięki intensywnej pracy również przynosi dochody…”

Dalej było jeszcze kilka fajnych dokonań, którymi dziewczyna się pochwaliła ze swoimi followersami. Wiecie jakie były najczęstsze komentarze jej koleżanek pod tymi zdjęciami?

„Jejku, ale schudłaś!”

Wiecie co? To niepozorne zdanie pokazuje coś bardzo smutnego.

Albo kobiety są zbyt zawistne, by docenić sukces zawodowy drugiej kobiety, może nawet ten sukces ich wkurza, więc udają, że go po prostu nie widzą, skupiając się na zupełnie innych sferach. Albo, że oceniają drugą kobietę najpierw zawsze przez jej zewnętrzność, co już jest smutne do kwadratu. Bo przecież ten zachwyt nad zrzuconymi kilogramami to nie z troski, to mówi znacznie więcej o nadawcy takiego „komplementu”.

Że to większy sukces niż napisanie książki? Że trudniej zgubić 15 kg niż machnąć studia? Czy poza dbaniem o własne ciało, kobieta nie może już poszczycić się niczym więcej? Nie jest warta, żeby chwalić ją, za coś więcej niż piękno?

Dziewczyny*, same sobie to robicie! Same siebie nakręcacie w tej machinie beauty fashion! A najgorsze, że czasem bywacie bardzo wredne dla innych dziewczyn. Może czas to zmienić i wyluzować?

*uogólnienie z zasady krzywdzi, więc tłumaczę, że to końcowe zdanie jest do tych dziewczyn, które same poczują, że jest do nich:-)

Czytaj dalej „Sukces kobiety/ Success of a woman”

Co robią wiewiórki w taki upał, jak dziś?/ What do squirrels do in the crazy heat like today?

Wiem, zaraz mi napiszecie, że łeee… znowu notka o wiewiórkach, ale od razu odpowiadam, że nie ostatnia:-) No więc jak myślicie, co one robią w taki skwar? Człowiek  to najchętniej wybrałby hamaczek w cieniu drzew, zimne piwko i dobrą książkę, może nawet drzemkę. A wiewiórka?

Jeśli ma już swoje lata, robi to samo:-)

wp-1560367812792936181720491603150.jpg

wp-15604068240735427664580419464810.jpg

Zdjęcie słabe, musiałam zrobić największe zbliżenie, bo spała na bardzo wysokim konarze drzewa, ale chyba widać, jak jej luzacko zwisa jedna łapka. Ona ma wszystko w d….. okolicy ogona:-)

Jeśli jest młoda (jak ten chłopiec) i szalona, ma w nosie słońce i…. bawi się:)

 

Młode są naprawdę zabawne. Rok temu widziałam taką jedną, jak wskakiwała na znajdującą się tuż nad ziemią gałąź krzewu. Swoim ciężarem wprawiała gałąź w ruch i huśtała się dopóki gałąź amortyzowała. Potem zeskakiwała i wskakiwała ponownie. Doskonale wiedziała, co robi i miała niezły ubaw. Żałuję, że wtedy jej nie nagrałam, ale byłam tak skupiona na obserwacji, że zapomniałam.

Zdjęcie i filmik zrobiony wczoraj w Łazienkach Królewskich.

Czytaj dalej „Co robią wiewiórki w taki upał, jak dziś?/ What do squirrels do in the crazy heat like today?”

Sąsiedzi i menele/ Neighbours and drunkards

Kupując mieszkanie, albo dom, nigdy nie masz 100 % pewności, że trafisz w dobre miejsce, czy będziesz mieszkać wśród sympatycznych sąsiadów, w miłym, bezpiecznym otoczeniu. W trakcie oględzin nie jesteś w stanie wszystkiego zweryfikować. Dlatego tak bardzo ucieszyliśmy się, gdy okazało się, że nasi sąsiedzi to fajna para z dwójką dorastających dzieci, dwie nieimprezowe studentki, nad nami rodzina, która nie biega po domu w drewniakach, jedynie ci mieszkający poniżej, czasem za długo puszczają głośną muzykę. Na szczęście mieszkania są całkiem nieźle wyciszone (w porównaniu z poprzednim miejscem), więc zwykle mimo wszystko zasypiam. Poza tymi, na szczęście, niezbyt częstymi przypadkami, mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że bardziej słychać śpiew ptaków przez otwarte okna, niż ludzi za ścianą. Nie ma co narzekać.

Dzisiaj jednak przeżyłam mały informacyjny szok. Poznałam mroczną przeszłość naszego bloku. Bo moi drodzy, jeszcze tak niedawno było tu zupełnie inaczej. Na ostatnim piętrze mieszkało dwóch pijaczków, do których ściągały menele z całej okolicy. Libacja za libacją. Jeśli mieliście kiedyś wątpliwą przyjemność wsiadać do windy tuż po tym, jak wysiadał z niej człowiek, który przez dwa tygodnie nie zmieniał ubrania, robił pod siebie i z daleka śmierdział wódą, to wiecie o czym piszę. Klatka schodowa wielokrotnie służyła za wychodek, a na trawniku za blokiem można było zobaczyć dużo ciekawsze rzeczy, niż opisywane przeze mnie wczoraj resztki jedzenia. Był seks w wielkim mieście w wydaniu pod gruszą, było mordobicie, hałasy, wyzwiska i straszny fetor. Ekipa sprzątająca z niechęcią podejmowała się pracy w naszym bloku, za to policja bywała w nim kilka razy w tygodniu. Administracja osiedla oczywiście bezsilna.

Jednak, 3 lata temu wszystko się zmieniło, blok przeszedł gruntowny remont, został odmalowany, odnowiony, wymieniono płyty na balkonach. Teraz wygląda świeżo, czysto i po prostu ładnie.

Zapytacie, co się stało?

Menele zapiły się na śmierć, mieszkania przeszły na własność miasta, libacje się skończyły, a normalni ludzie odetchnęli z ulgą.

Bóg istnieje!

Czytaj dalej „Sąsiedzi i menele/ Neighbours and drunkards”

Mówić jak do słupa, czyli o dokarmianiu ptaków latem i pladze szczurów przez cały rok/ Talking into a dead phone, that is, feeding birds in the summer and plague rats throughout the year

Odnoszę wrażenie, że jak ludzie są coraz gorsi dla ludzi, to żeby sobie podnieść samoocenę, starają się być dobrzy dla innych gatunków. Na przykład dla ptaków, które kiedyś dokarmiano tylko zimą, a teraz, dzięki wrażliwym serduszkom mamy obsrane skwerki przez cały okrągły rok. Moi Drodzy, jeśli ktoś wyczytał w Wikipedii, że „dokarmianie ptaków […] kształtuje zachowania proekologiczne”, to oświadczam, iż w przypadku letniego dokarmiania mówienie o proekologii, jest błędem.

Jeśli ptak nie szuka jedzenia, bo nie musi, to robi się tak samo leniwy, jak bezrobotny w krajach, o wysokim wskaźniku świadczeń pomocowych. No bo, po co ma szukać czegoś, co mu się podaje, jak na talerzu, czyli w przypadku ptaków, na trawniku, lub osiedlowym placu?

Tak więc, ptaki nie odlatują w poszukiwaniu pożywienia poza miasto, w efekcie zalega ich tu znacznie więcej niż powinno. Ponadto stają się w jakimś sensie uzależnione od człowieka, a także zmieniają swoje naturalne przyzwyczajenia. Zaobserwowano, że niektóre samce, zamiast przygotowywać się do okresu godowego, budować gniazdo, starać się o samiczkę – pilnują terenu wokół karmnika. Brzmi śmiesznie znajomo, prawda?

Z letniego dokarmiania nie korzystają gatunki zagrożone (bo wtedy dokarmianie może i miałoby sens, byłaby to walka o przetrwanie gatunku), ale ptaki pospolite, które ze względu na wielkość (gołębie i wrony) odstraszają wszystkie inne. Trzeba też wspomnieć, że jedzenie, które otrzymują od ludzi, często najnormalniej w świecie szkodzi ptasim brzuszkom. Cóż, bywają nim zdrowe ziarna, ale także pozostałości obiadowe, wyrzucane wprost z kuchennego okna, (pisałam o tym kiedyś tu: No i otóż mamy wiosnę i tu: Podziobią nas kruki i wrony).

I teraz w tym wszystkim najlepsze. Jeśli coś nie zostanie rozdziobane przez ptaki, przyciąga zapachem wszelkiego rodzaju gryzonie.

www.blogcaffe.wordpress.com
Szczur w Warszawie

W Warszawie jest pod tym względem znacznie gorzej, niż w Lublinie, więcej tu zbiorników wodnych, które stanowią idealne sąsiedztwo dla szczurów.

Na zdjęciu, przestraszony, nie mniej ode mnie szczur, przy zakamarku naszej blokowej piwnicy! Mamy teraz taki paradoks, że może i zlikwidowano w miastach problem dzikich kotów, za to wygenerowano problem gryzoni. Warszawa ewidentnie sobie z tym nie radzi.

No i na koniec ciekawostka nr 1: Artykuł 145 kodeksu wykroczeń mówi, że: Kto zanieczyszcza lub zaśmieca miejsca dostępne dla publiczności, a w szczególności drogę, ulicę, plac, ogród, trawnik lub zieleniec, podlega karze grzywny do 500 złotych albo karze nagany.” Tak więc, jeśli już musisz, to nakarm te ptaki, ale potem posprzątaj!

I ciekawostka nr 2: Na liście miejsc, które szczury pokochały jest, albo raczej był, warszawski Pałac Kultury i Nauki. Kiedy zauważono problem, zamieszkały tam, całkiem legalnie, koty, które podobno poradziły sobie doskonale, przynajmniej na tyle, że gryzonie wróciły do kanałów i ciągnących się podziemi i nikt ich już dawno nie widział w pomieszczeniach użytkowych.

Brrr, chyba kupimy tego kota szybciej, niż zakładałam… dobrze, że mieszkamy wysoko. Czytaj dalej „Mówić jak do słupa, czyli o dokarmianiu ptaków latem i pladze szczurów przez cały rok/ Talking into a dead phone, that is, feeding birds in the summer and plague rats throughout the year”

Relaks nad Wisłą/ Chillout by the Vistula

A teraz zdenerwuję wszystkich, którzy są dzisiaj w pracy, bo ja nie jestem:-) I z tego oto hamaka pozdrawiam Was cieplutko!

Melduję też, że zrobiłam już 14 km na rowerze, mam zamiar zrobić drugie tyle w drodze powrotnej, ale póki co……..leżę!! Żyć nie umierać!

nad wisla1327008441520609655..jpg

Czytaj dalej „Relaks nad Wisłą/ Chillout by the Vistula”

Na rowerze, na wózku inwalidzkim, świat bez barier/ On a bike, in a wheelchair, the world without barriers

Nareszcie jeżdżę do pracy rowerem i nie marznę w ręce, uszy, ani inne części ciała. W dodatku kupiłam kurtkę, która spełnia prawie wszystkie wymagane przeze mnie normy, jeśli chodzi o ubranie sportowe, to znaczy, jest ciepła, przewiewna i się w niej nie pocę! Wożę ją zawsze w plecaku na wypadek zmiany pogody, w dodatku ma wszyte odblaski, więc widać mnie wieczorem z daleka. Poprzednia była śliczna, czerwona, fajnie dopasowana, ale po kilometrze czy dwóch zaczynałam się czuć jak w minisaunie. Kolejny raz przekonałam się więc, że w przypadku ubrań sportowych uroda to nie wszystko.

Wracając do przejażdżki, choć raczej powinnam napisać, do wspinaczki, bo akurat wprowadzałam rower pod górę, wzdłuż ul. Górnośląskiej (próba podjazdu choćby na najniższym biegu niezdana:-), nagle zauważyłam nadjeżdżającego z naprzeciwka, na wózku inwalidzkim, chłopaka, który sprawiał wrażenie, jakby nie mógł skoordynować pracy przednich i tylnych kół. Próbował nie wypaść na ulicę, nie porysować stojących obok samochodów, a jednocześnie nie rozpędzić się za bardzo, bo w tym konkretnym miejscu ulica ma naprawdę ostry spadek. Odstawiłam rower i zaproponowałam pomoc. I wiecie co się stało? 

Okazało się, że to student, który w ramach programu „Warszawa bez barier”, testował możliwość poruszania się po mieście wózkiem inwalidzkim, ale student w pełni sprawny fizycznie, stąd brak doświadczenia i nieporadność w kierowaniu wózkiem. Przypadła mu w udziale właśnie Górnośląska i chyba Myśliwiecka. Trudne, strome ulice.

I pomyślałam, że to świetny pomysł, że program realizują również osoby zdrowe. Po pierwsze mogą wejść na chwilę w świat osoby niepełnosprawnej, który z pozycji wózka wygląda z całą pewnością inaczej i widać wszystkie niedoskonałości warszawskich chodników. Po drugie, myślę, że po takim teście człowiek sprawny inaczej patrzy na własne możliwości, docenia te dobra, które zostały mu dane. Taka emocjonalna wartość dodana.  Jak myślicie? 

Ja do tej pory jestem w bardzo pozytywnym szoku.

Czytaj dalej „Na rowerze, na wózku inwalidzkim, świat bez barier/ On a bike, in a wheelchair, the world without barriers”

Scenka rodzajowa… aktualizacja, czyli jak kupić mieszkanie/ Short story – update. How to buy an apartment

Na ostatniej Blogowej Środzie dowiedziałam się, że warto wracać do starych postów, odświeżać je i aktualizować treści. No proszę! A ja sądziłam, że wracanie do notek sprzed lat, to odgrzewanie starych kotletów, że trzeba ciągle tworzyć coś nowego! Ale skoro już wiem, że nie, to super, ponieważ akurat dzisiaj WordPress z jakiegoś powodu przypomniał „Scenkę rodzajową” ze stycznia 2009 r., więc szybka aktualizacja. Miałam wtedy za sobą trzy miesiące pracy w Warszawie, kończyłam właśnie okres próbny, trzy miesiące weekendowych przejazdów do Lublina i z powrotem, mieszkania na stancji i generalnie, 3 miesiące zawieszenia w próżni, jeśli chodzi o wymyślenie planu długoterminowego. Bo co tu dużo mówić, mieszkanie w Warszawie było jakimś  kosmosem, nierealnym marzeniem, czymś co pojawiało się w rozmowach w formie żartu. Po pierwsze, bo tyle kasy, a po drugie, bo ja zawsze sądziłam, że praca tutaj to okres przejściowy. Jednak znacie prawo Murphy’ego – „Prowizorka zawsze okazuje się najtrwalsza”? To ja mogę tylko dodać – „a okres przejściowy najdłuższy”.

Dzisiaj uświadomiłam sobie, że tamta żartobliwa scenka ma swój happy end, bo od 2 lat jednak mamy swoje mieszkanie w Warszawie, co prawda nie 100 metrowe, ale też nie kawalerkę. 🙂 Mam wygodną, bardzo dużą loggię, słońce od rana do wieczora, kupiliśmy więc rozkładane krzesła balkonowe, parasol (na zdjęciu akurat bez) i teraz bardzo lubię w wolnej chwili właśnie tam wypić moją poranną kawę.

I wiecie co? Szybko polubiłam to mieszkanie, szybko się też do niego przyzwyczaiłam, a piszę o tym dlatego, że u mnie proces od akceptacji, do powodującej spokój ducha radości, trwa naprawdę bardzo długo. Oczywiście mogę gdzieś pomieszkiwać, lubię zmiany, ale nie zakochuję się od razu. A w tym mieszkaniu zakochałam się od pierwszego wejrzenia. To ja je znalazłam, ja umówiłam nas na spotkanie z pośrednikiem i w zasadzie również ja, po obejrzeniu całości, postawiłam sprawę jasno: pośrednik ma zakończyć „otwarte dni” i już nikomu więcej tego mieszkania nie pokazywać, a mąż ma się zastanowić, co zrobić żeby je kupić, bez napadania na bank 🙂

Obaj stanęli na wysokości zadania, a ja… cóż…   idę na kawę.

20190531_113352-734x10411201512475514114162.jpg

Czytaj dalej „Scenka rodzajowa… aktualizacja, czyli jak kupić mieszkanie/ Short story – update. How to buy an apartment”