Warszawska palma po botoksie i koloryzacji/ Warsaw palm after botox and coloring

Palma w ciągu ostatnich dwóch tygodni odmłodniała i nabrała kolorów, wpisując się w nurt spektakularnych metamorfoz (pierwsza metamorfoza to ta mojego psa:-).

20190624_1445034936124001088415107.jpg

Warszawiacy mijają ją codziennie, więc pewnie wiedzą, pozostałych informuję, że ona stanęła na tym rondzie 12 grudnia 2002 r.

W Wikipedii wyczytałam, że to projekt instalacji artystycznej Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich, Joanny Rajkowskiej, która wpadła na ten pomysł w trakcie jakiejś swojej podróży. Pierwotnie instalacja miała się składać z całego szpaleru drzew, ostatecznie (pewnie z powodu kosztownego zamysłu), postawiono jedną palmę z pozwoleniem na okres 1 roku. Dobre i to, jednak minęło 17 lat, a palma stoi!

Otóż o dalszym losie drzewa zadecydowało kilka czynników. Przede wszystkim pieniądze, gdyż autorki nie stać było na konserwację i naprawę zniszczeń powstałych wskutek deszczów i wiatrów. Zdecydowała się przekazać „palmę pierwszeństwa” miastu, a ponieważ już wtedy było wiadomo, że w jakiś dziwaczny sposób wpisała się ona w warszawską rzeczywistość, mieszkańcy ją polubili, a turyści przyjeżdżają oglądać, więc instalacja pozostała. Niektórzy złośliwie komentowali, że Warszawiakom palma odbiła:-) Oczywiście przy tej okazji, jak to u nas w Polsce bywa, rozgorzała gównoburza, kto ma ponosić koszty konserwacji, czyje są prawa do wizerunku palmy, do decydowania o jej otoczeniu, a także o wymowie politycznej i kontekście kulturowym. Wcale się nie dziwię, że ktoś pomyślał o kwestiach kulturowo – politycznych, późniejsza instalacja tęczy pokazała, że ten aspekt ma znaczenie. Tak więc, wszelkie prawa dotyczące palmy przeniesione zostały na miasto, ale pani Rajkowska nadal chciała móc decydować o jej losie. Dlatego w 2012 roku, gdy bez konsultacji z nią ustawiono obok palmy ogromną piłkę  futbolową (co mi akurat się bardzo podobało, bo podkreślało bojowego ducha związanego z Mistrzostwami Świata), powiesiła transparent z napisem Chleba zamiast igrzysk i… oskubała drzewko.

Palma w 2012_Blog Caffe

W tym momencie sytuacja wygląda tak, że zgodnie z uchwalonym planem zagospodarowania przestrzennego dla tej części miasta, rondo gen. Charles’a de Gaulle’a ma zostać przebudowane. Palma w Warszawie zostanie, jednak niekoniecznie tu gdzie była do tej pory, a nowego miejsca jeszcze nie wskazano.

Ja żałowałabym, gdyby ją przeniesiono zupełnie gdzie indziej, polubiłam ten widok, punkt spotkań „przy palmie”, i po prostu już sobie nie wyobrażam ulicy bez niej. Continue reading „Warszawska palma po botoksie i koloryzacji/ Warsaw palm after botox and coloring”

Reklamy

Może w końcu mnie zabierzesz do fryzjera?/ Maybe you will finally take me to the hairdresser?

I wyjmiesz z tej kosmicznej kurtki!!
And take me out of this cosmic jacket !!

W oczekiwaniu na słońce_Blog Caffe.jpg
Waiting for the sun/ W oczekiwaniu na słońce; Rainy day/ Deszczowy dzień

PS. Fryzjer już umówiony. Za dwa tygodnie kolejne metamorfozy!:-)

PS. Hairdresser already arranged. The next metamorphoses in two weeks! 🙂

#Influencer Live Poznań

O wszystkim w jednej notce napisać się nie da, więc zacznę od kwestii organizacyjno-żywieniowych. Mąż zarezerwował mi pokój w hotelu położonym niecałe 3 km od Międzynarodowych Targów Poznańskich, więc pierwszego dnia zrobiłam sobie spacerek, ale po południu i w niedzielę testowałam poznańskie tramwaje. I wiecie co? Tak samo hałaśliwe jak nasze;-) Za to hotel bardzo czysty, łóżko wygodne, obsługa miła. Czegóż chcieć więcej, biorąc pod uwagę, że wychodziłam rano, a wracałam późną nocą.

Impreza rozpoczęła się o godz. 10.00 krótkim wystąpieniem Roberta Biedronia. Jako osoba niekoniecznie utożsamiająca się z jakimkolwiek politycznym ugrupowaniem, muszę uczciwie przyznać, że Pan Biedroń sprawia bardzo sympatyczne wrażenie, jest medialny, ma dobrą gadkę i tym młodym ludziom, którymi wypełniła się sala konferencyjna (ja zawyżałam nieco średnią:-)), po prostu musiał się spodobać. A już na pewno spodobało im się wyznanie dotyczące odmienności seksualnej, początkowego wykluczenia i wyalienowania społecznego. Któż dzisiaj nie czuje się czasem wyalienowany społecznie, palec pod budkę? Spodobało mi się również to, że nie był nachalny w poruszaniu tematów politycznych, (no może trochę przekomarzał sie z panią Pawłowicz), bo to przecież nie był wiec partyjny, a skupił się raczej na zbudowaniu interakcji z influencerami.

Biorąc pod uwagę, że to Blog Caffe, nie mogę nie wspomnieć o kawie, którą serwowali przystojni przesympatyczni, z fantastycznym poczuciem humoru, bariści, pomagając nam tym samym przetrwać dwa dni wytężonej zabawy nauki:-) Kawa w trzech rodzajach, w zależności od tego, czy ktoś lubi mniej czy bardziej paloną, mniej czy bardziej kwaśną. Ja wypiłam tam morze flat white, ponieważ czarna, którą pijam zwykle, serwowana była tylko z ekspresu przelewowego, a taka jakoś mi nie smakowała. Natomiast w wersji flat white, na bazie arabiki z Hondurasu nawet mleko mi nie przeszkadzało. W dodatku te serduszka… 😉

wp-15579095116138454999860149467323.jpg

Jakby ktoś pytał o alkohole, to: było stoisko Whiskey in the jar, (drinki mniamuśne, nie powiem, nie powiem), Prosecco (nie piłam bo nie lubię, wiem, jestem dziwna) oraz piwo w różnych owocowych smakach z Ryneczku Lidla (jak dla mnie trochę za gorzkie, ale to akurat rzecz gustu).

Nie wiem, czy ktoś pamięta, że w święta Bożego Narodzenia miałam grypę i odrzuciło mnie od mięsa. Ten mięsowstręt trzyma mnie w zasadzie do tej pory, więc jak tylko mogę, wybieram dania wegetariańskie, trochę się nawet martwiłam o żołądek. W sobotę również zamiast dania mięsnego wybrałam, serwowanego przez Ryneczek z Lidla (jeden ze sponsorów ILP) burgera wege, z kotletem z czerwonej fasoli, kukurydzą, sałatą, pomidorami i jakimś obłędnym sosem.

Natomiast w niedzielę wieczorem przeczytałam w necie artykuł o dietach warzywnych i wiecie co? Ja jestem po prostu naturalną fleksitarianką!! Trochę ulga:-)

Continue reading „#Influencer Live Poznań”

Retrospekcyjnie o zabawie w poetkę:-)/ Retrospectively about the game called „to be a poet” :-)

Facebook przypomniał mi, że 8 lat temu byłam na spotkaniu literackim poświęconym książce Jonasza Kofty, „Co to jest miłość. Wiersze i piosenki zebrane. Tom 1” (pisałam o tym tu: Czy ktoś dzisiaj czyta wiersze?. Nigdy nie kupiłam drugiego tomu, ale do tej właśnie jedynki, co jakiś czas wracam. Ostatnio rzadziej, bo chyba spoważniałam:-) Stałam się mniej romantyczna (cóż, takie mamy czasy panie), bardziej przyziemna (życie to najskuteczniejsze uziemienie), jedynie na refleksję pozwalam sobie tak samo regularnie jak dawniej:-). Człowiek się zmienia, a dodatkowo, życie odziera go z  tkwiącej w nim głęboko, ale w moim przypadku, bardzo słabo regenerującej się, cząstki wrażliwości, jaką jest poezja duszy. Niemniej jednak uświadomiłam sobie, że zanim ten mój naturalny kolagen wrażliwości utracił nieco swoją elastyczność, powstało całkiem sporo pomysłów.

Kiedy zaczęłam kopiować treść bloga (jak poradził mi Bfcb, za co dziękuję) okazało się, że było wiele notek, dla których mogłabym w zasadzie stworzyć osobną kategorię:-)

Wiecie, że właśnie od tego zaczęło się moje blogowanie? Od pewnego limeryku, który został napisany przez Rychoca, na prowadzonym przez niego blogu (dzisiaj już nieistniejącym), gdzie czytelnicy, zupełnie spontanicznie zaczęli wrzucać naprędce wymyślone rymowane komentarze.  Limeryk o mnie brzmiał mniej więcej tak.

„Pewna Beata z polskiego miasta
skądinąd całkiem miła niewiasta
lecz wadę jedną miała
gdyż blogi ciągle czytała
zamiast pracować. Do diaska!”
„A certain Beata from the Polish city
anyway, a woman quite nice and quite pretty,
but one defect she had,
she was always blogs read
instead of work, for sake pity!”

I to był pierwszy wpis (styczeń 2007), na moim pierwszym blogu, który też już nie istnieje (Blog Beaty).

Potem powstawał tematyczny mix, jednak znajdziecie tu moskaliki, wiersze pod wpływem chwili (Kiedyś…… a prawie jak wczoraj, czyli „Hu hu ha, hu hu ha, nasza zima zła”:),  zabawę w rymowanie Pisać każdy może, na podstawie luźno dobranego zestawu słów z wyszukiwarki rymów. Tu szczególnie polecam komentarz Mironq, który do niewykorzystanych przeze mnie wyrazów dopisał swój własny wiersz. Dla mnie humorystyczna bomba!:)

Pochwaliłam się też kiedyś, jednym z wyróżnionych w Ogólnopolskim Konkursie Literackim Ziemi Lubelskiej – im. Józefa Łobodowskiego organizowanym przez Lubelski Oddział Związku Literatów Polskich, ale bardzo mi bliskim wierszem pt.  Jak co roku.

Na koniec, wrzucam ponownie filmik z notki sentymentalnej, szczególnej z wielu powodów, link do niej znajduje się tu: Śpieszmy się kochać miasta, słuchając, prawie się popłakałam. Po pierwsze, bo miejsce, w którym ten filmik nagrałam wygląda dziś zupełnie inaczej, drzewa wycięto i pozostał ogołocony z zieleni plac, z którego w oczywisty sposób również ptaki odleciały (nie, to nie wina PIS-u ani Tuska, to jedynie chciwy urzędas, który mam nadzieję, został już z tego rozliczony). Po drugie, bo mnie już tam nie ma.

Continue reading „Retrospekcyjnie o zabawie w poetkę:-)/ Retrospectively about the game called „to be a poet” :-)”

„Piórem sadła nie ukrajesz”/ „You don’t cut a piece of fat with a pen”

Wczoraj rzutem na taśmę zaliczyłam „Baron Cygański”. Zadzwoniła Ewa, krótkie pytanie, szybka decyzja i pół godziny później stałyśmy przed kasą Teatru Muzycznego. Bardzo się cieszę, bo nie wiem jak Wy, ale ja do tej pory jakoś nigdy nie miałam okazji obejrzeć tego spektaklu. Szczerze mówiąc, jakoś też nigdy nie tęskniłam za operetką:-) Mało tego, gdyby ktoś mi 20 lat temu powiedział, że nawet mając taką okazję, skorzystam z niej, w życiu bym nie uwierzyła:-) Cóż, po 20 latach zbiegły się i możliwości i chęci:)

Było super! A w dodatku miałyśmy naprawdę dobrą miejscówkę, pierwszy rząd.

20190503_2146305385443441726398311.jpg

Uśmiałam się słuchając arii rzeźnika Żupana, którą już znałam, ale jakoś nigdy wcześniej nie zagłębiałam się w słowa:-):

„Piórem sadła nie ukrajesz, a papierem się nie najesz
do szkoły ten, kto chory, a my obsiądziem stoły!
poetom wierszokletom, czernidła by do miski wlać
golonki i wędzonki, nie godni w gębę brać!”

Dla tych, którzy dopiero zastanawiają się, czy by nie zacząć żyć z pisania, filozofia Żupana może stanowić pewne ostrzeżenie:-).

No i co z blogerami, godni oni tej golonki czy nie?

Continue reading „„Piórem sadła nie ukrajesz”/ „You don’t cut a piece of fat with a pen””

Na dzień dobry/ For good morning

Z dźwiękiem, ale jeśli ktoś nie może akurat włączyć dźwięku, poniżej transkrypcja, z uzupełnieniem treści, bo gadałam trochę głupoty. 🙂

Below a transcription („continue reading”), with the content complement, because I was talking a little stupidities. 🙂

Dzień dobry!!

Moi Drodzy, zamiast notki filmik z życzeniami dobrego, słonecznego dnia, takiego jaki jest w momencie nagrywania tego filmu. Chciałabym żebyście znaleźli dzisiaj czas, żeby się trochę wyciszyć, wyjść chociaż na chwilę, nacieszyć oczy zielenią, rosnącymi forsycjami. Boże mówię jak jakaś stara baba, ale wiecie o co chodzi. Nie siedźcie na tyłku cały dzień, nie klikajcie w komputer (dopisek! – tak powiedziałam, a powinnam „w klawiaturę”). :-) Sama lubię klikać, więc wiem jak to jest, ale wyjdźcie chociaż na chwilę, przełamcie rutynę, posłuchajcie natury, ptaków.

Tam w tle oczywiście słychać gwar miasta, ale tutaj, czas się na moment zatrzymuje. Kocham to miejsce! O teraz lepiej będzie widać, bo słońce naprawdę fajnie operuje. Jestem ubrana co prawda jeszcze w zimową kurtkę, taką lżejszą, ale jednak zimową, bo nie lubię marznąć w głowę, potem dostaję zapalenia zatok (dopisek: to taki duży skrót myślowy, że moja kurtka ma kaptur, który zawsze mam pod ręką i mogę założyć na głowę, gdy rano jest zimno:-) mam katar, a przy mojej alergii, o której już Wam wspominałam, nie jest to najlepsze połączenie.

Zobaczcie jak tu pięknie. Drzewa obijają się w wodzie, taka cicha tafla. Kaczka ma w nosie korpoświat. Ja przez chwilę też mam go w nosie.

Życzę Wam miłego dnia!:)

Continue reading „Na dzień dobry/ For good morning”

Środa Dzień Bloga/ Wednesday Blog Day

Wczoraj wróciłam do domu bardzo późno, tuż po pracy miałam ważne spotkanie prywatne, a potem lansowałam się na blogowej środzie (Środa Dzień Bloga). Wydawało mi się, że kiedyś już o tych środach pisałam, ale okazuje się że nie, w tagach pustka:-) No więc byłam i po raz enty przekonałam się, że dzisiejsza blogosfera, to zupełnie inne miejsce, niż gdy zaczynałam 12 lat temu. W dodatku blogosfera zdominowana przez młodzież.

20190131_1017002565489972132090880.jpg

To miejsce, w którym jest wszystko, z całkiem opłacalnym biznesem włącznie. Oczywiście trzeba umieć się sprzedać, być kreatywnym, pomysłowym, czy po prostu odważnym, ale równie ważna (a może najważniejsza) jest konsekwencja i budowanie silnej marki własnej. Kilka lat intensywnej pracy może się z czasem przełożyć się na ciekawe blogerskie/ youtuberskie/ influenserskie, a jednocześnie prawdziwie zawodowe, życie:-)

Klaudia Fotyniuk, autorka strony BlogoMarka omówiła 7 zasad w budowaniu takiej osobistej marki. Uświadomiła mi też, że powinnam zmienić zakładkę „o Caffe”, bo to, co tam kiedyś wrzuciłam, to jakaś prehistoria:)) Ok, to moja prehistoria, ale dzisiaj trzeba inaczej, nowocześniej, trzeba konkrety. Ta krótka informacja musi rzeczywiście coś mówić o autorze bloga, czyli w tym wypadku o Beacie, która stworzyła Caffe.

20190131_1017277286107533459802863.jpg

Na wczorajszej „Środzie” pojawiła się Ewa z Red Lipstick Monster, kojarzycie dziewczynę z kolorowymi włosami (chociaż akurat na zdjęciu ma stateczną czerń:-) i kolczykami w wargach, która na Youtube, uczyła, jak się malować? Jeśli w tym momencie pomyśleliście, „o kim Caffe pisze?”, to przyznam szczerze, że ja też do niedawna nie wiedziałam, kto to Red Lipstick, ale tu coś usłyszałam, tam podpatrzyłam, wygooglałam, poczytałam, i dzisiaj jestem pod wrażeniem tego, jaką youtuberską drogę przeszła ta dziewczyna. Ewa uruchomiła swój kanał 6 lat temu, tworząc filmiki o makijażu, kosmetykach, różne tutoriale i poradniki dla początkujących, a dzisiaj? Dzisiaj to 32 letnia businesswoman, która zrobiła karierę na youtubie, a teraz ją rozwija już nieco szerzej. Można? Można.

Trzeba chcieć i mieć pomysł na treść oraz na formułę. Fajnie jest być jednym z pierwszych, wyczucie czasu to bardzo ważna rzecz przy tworzeniu własnego kanału. Naśladownictwo jest słabe i nie daje gwarancji sukcesu.

Tak czy siak, miło było popatrzeć na ludzi, którzy mają pomysły, odwagę, wizję siebie, nie mają jedynie wiedzy, albo takiego ostatecznego kopa, żeby tę wizję urzeczywistnić.

Continue reading „Środa Dzień Bloga/ Wednesday Blog Day”

Migrena/ Migraine

Zauważyłam, że migrena dopada mnie wtedy, kiedy po kilku ciężkich, trudnych i stresujących dniach następuje wyciszenie. Uwalnia ją kombinacja spokoju i zmieniającej się pogody. Co dziwne, nie wtedy kiedy ciśnienie spada, jak u większości meteoropatów, ale wtedy, gdy rośnie. Jak dzisiaj.

Nie wiem, czy chodzi o to, że ja jestem niskociśnieniowcem, więc niskie ciśnienie za oknem mnie po prostu nie rusza, czy ma to zupełnie inne biologiczne wyjaśnienie.

Czy jest na sali lekarz, który mi to wytłumaczy?

Najgorsze migreny miewałam tuż po porodzie, to był koszmar. Światłowstręt, wymioty, ból rozsadzający czaszkę. Chciało się wyć i milczeć jednocześnie, bo każdy ruch, nawet ten mimiczny, podwajał ból. Nie muszę tłumaczyć, jak ciężko było znosić takie dni przy dwójce małych dzieci. Dzisiejszy atak jest niczym w porównaniu z tamtymi dolegliwościami i to jest niewątpliwy plus, jeden z niewielu, które wiążę z wiekiem 🙂

Ale tak w ogóle, to jest piątek, więc lepiej, że mnie boli dzisiaj, niż żeby jutro, prawda? 🙂

Bo jutro chcemy się wybrać do kina, btw. co polecacie?


I noticed that migraine is coming always after a few heavy, difficult and stressful days, when is the calm after the storm. Migraines are caused a combination of peace and changing weather. Oddly, the weather not then, when the pressure drops, as in most meteoropaths, but when it grows. Exactly like today.

I do not know if it’s just that I’m a low-pressure person, so the low pressure outside the window just does not move me, or maybe there is a completely different biological explanation.

Is there a doctor on the board to explain it?

I had the worst migraines right after giving birth, it was a nightmare. Photophobia, vomiting, a splitting headache…. I wanted to howl and be silent at the same time, because every movement, even the mimic one, doubled the pain. I do not have to explain how hard it was to endure these days with two young children. Today’s attack is nothing compared to those ailments and this is a definite plus, one of the few that I associate with age 🙂

But in general, it’s Friday, so it’s better that it hurts me today than it would be tomorrow, right? 🙂

Besides tomorrow we want to go to the cinema, btw. what do you recommend?

Refleksyjnie

Listopad rozpoczął się bardzo pracowicie. Dużo pracy w pracy, w domu też dużo odłożonych spraw na „po świętach”. A w dodatku trochę rozleniwiły mnie 4 dni wolnego, które były wolnymi tylko z nazwy. Pewnie jak większość z Was, odwiedzając znajomych żywych i umarłych, zrobiłam od czwartku do niedzieli tyle kilometrów, ile zwykle robię przez cały tydzień. I chociaż uwielbiam i odwiedziny i spacery, to z przyjemnością następny weekend spędzę nie ruszając tyłka z domu. Taki mam plan:-)

A po powrocie do Warszawy okazało się, że lampki na grobach są passe, że już teraz, w tym momencie, natychmiast, trzeba zacząć ludzi wkręcać w kolejną świąteczną atmosferę. Czy oni myślą, że my się sami w tę atmosferę nie wkręcimy kiedy przyjdzie na to właściwa pora?

Uwielbiam okres przed świętami Bożego Narodzenia, ale przecież nie 5 listopada!! Jak mam się potem cieszyć choinką, widokiem bombek, światełek czy bałwanków, skoro zostanę nimi nafaszerowana dwa miesiące wcześniej?

No jak?

 


November began with very great effort. A lot of work at work, a lot of postponed affairs for „after holidays” at home. And in addition, these 4 days off made me sluggish, my vital signs are invisible. Probably like most of you, visiting friends …. living and dead, I made from Thursday to Sunday as many kilometers as I usually do during the whole week. And although I love visiting and walking, I will be happy to spend the next weekend without moving my ass from home. It is my plan:-)

And after returning to Warsaw, it turned out that the lamps and flowers on the graves are passe, that right now, at this moment, immediately, people have to start screwing into another festive atmosphere. Do they think that we will not get into this atmosphere alone when the right time will come?

I love Christmas, but not November 5! How can I then enjoy the Christmas tree, view of glass balls, lights trees or snowmen, since I will be stuffed with view of them two months earlier?

How can I?

Zwariowany klimat, odpowiedzialność itp /About crazy climate, responsibility, ect.

U nas 20 stopni ciepła, a na południu Hiszpanii opady śniegu! We Włoszech wichury i ulewy! Wczoraj oglądałam film z zalanej Wenecji, która nawiasem mówiąc i tak już cierpi z powodu podnoszącego się z roku na rok poziomu wody! W jednej z weneckich pizzerii pracownicy ubrani w kalosze, mimo niedogodności pogodowych, pomykali po lokalu serwując swoim gościom pizzę. Nie patrząc na niepogodę i „niedogodę”, kurczę, prawie jak na Titanicu, do końca.

I tak sobie myślę, że przecież ci kelnerzy mogli powiedzieć swojemu szefowi: „wrócę do pracy, jak to wysuszysz/ jak woda opadnie/ będą lepsze warunki/ to jest niezgodne z zasadami BHP/ nie na to się godziłem podpisując umowę”, itp. Przecież z całą pewnością oprócz obowiązków, znają też swoje prawa.

Dwa lata temu, temperatura w mojej ówczesnej pracy zimą spadała do 12 stopni. W lecie, chyba dla urozmaicenia, dach nagrzewał cały budynek do niewyobrażalnych temperatur tak, że ciężko było oddychać. A nasz szef albo oszczędzał na ogrzewaniu, albo udawał, że ciepła nie ma. Wody ciepłej do mycia rąk nie było w ogóle, a przysługującej nam latem mineralnej także nie. Wkurzaliśmy się i obiecywaliśmy sobie, że pewnego dnia po prostu nie przyjdziemy do pracy. Coś tam wspominając przy tym o inspekcji pracy, artykule 55 kodeksu czy groźbie ucieczki w chorobę. Wspominaliśmy między sobą oczywiście:-) Czasem rzuciliśmy tym i owym. W sensie mięsem:-)

Zanim ktoś powie, że współczuje tamtemu szefowi, to Wam powiem, że tego lata, w obecnej firmie, temperatura w biurze znacznie przewyższała te poprzednie, a mimo to nikt się nigdy nie poskarżył. Nikt nikogo nie chciał straszyć kodeksem pracy, ani lewym zwolnieniem, ani nie rzucał mięsem. Jak myślicie dlaczego?

Jasne, że w przypadku pizzerii w grę wchodziły również pieniądze, wizja utraty zysku, obawa, że produkty się zmarnują, ale chyba nie pieniądze przeważyły. Dla fajnego szefa, wyrozumiałego i szanującego ludzi pracownik zrobi wiele, znacznie więcej niż dla tyrana, który lekceważy i mobbinguje personel. Jestem przekonana, że łatwo wtedy przymknąć oko na drobniejsze utrudnienia, a nawet zaopatrzyć się w kalosze. Czy choćby i w parasol!:))


At Poland 20 degrees, at the south of Spain a lot of snow. In Italy, gale and heavy rain! Yesterday I watched a movie from the flooded Venice, which by the way is already suffering from the rising water level from year to year! In one of the Venetian pizzerias, workers dressed in wellies, despite the inconvenience of the weather, were scurrying around the premises, serving their guests with a pizza. Without looking at the bad weather and „inconvenience”, almost like on the Titanic, to the end.

And I think that these waiters could tell their boss: I’ll go back to work, when you dry that place/ when the water will down/ there will be better conditions/ it is inconsistent with health and safety rules/ I did not agree for that, when I signed the contract / etc. I think that in addition to duties, they also know their rights.

Two years ago, the temperature in my work, during the winter time, used to drop to 12 degrees. In the summer, perhaps for variety, the roof was heating the whole building to unimaginable temperatures, so it was hard to breathe. And our boss either saved on heating, or pretended that there was no heat. There was no hot water to wash hands for a whole year, and in the summer we did not have mineral water to which employer is obliged to buy to his staff, by Polish law. We were pissed off and promised that some day we would simply not come to work. Sometimes we were mumbling something about the labor inspection, article 55 of the labor code or about our escaping into illness.

Before someone says that he feel sorry for that boss, I will tell you that this summer in the current company the temperature in the office far outweighed those I mentioned before, and no one ever complained. Nobody wanted to scare anyone with a labor code or a false dismissal. How do you think why?

It is clear that the pizzeria issue was also about the case for money, a vision of losing profit, the fear that the products would go to waste, but probably not only about it. For a cool boss who understands and respects people, the employee will do much more than for a despot who disregards and mobbing his staff. I am convinced that every person is then able to forget about minor obstacles, even he would have to wear wellies. And even an umbrella! :))