Lajki i folołajki czyli życie influencera/ Likes and following. The life of an influencer

Im dłużej obserwuję blogo- i nie tylko -sferę, utwierdzam się w przekonaniu, że zarabiać pracując w domu, prowadząc swój kanał społecznościowy, musi być cholernie fajnie. Oczywiście jestem świadoma minusów, jednak w moim odczuciu, plusów jest więcej. Ale nie o tym notka.

Już na długo przed Poznaniem wiedziałam, że znane marki współpracują tylko z tymi blogerami (instagramerami, youtuberami itp.), którzy mają dobre statystyki. To logiczne, marka decydując się na taką współpracę oczekuje szerokiej reklamy produktu, a algorytmy nie kłamią, ci z małym zasięgami, mają…. małe zasięgi:-) Dlatego dla influencera bardzo ważne są lajki, subskrypcje i followersi:-) Wiem, że śmiesznie to brzmi, ale tak właśnie jest. 

Tylko, że przecież taki bloger (czy blogerka), nie od razu staje się sławny (może z wyjątkiem Kasi Tusk), rozkręcenie własnego kanału społecznościowego zajmuje miesiące, a nawet lata. Nowicjusz nie ma więc jeszcze „zasięgów”, liczniki nie szaleją, nikt nikogo nie poleca, mało osób lubi, nie ma więc serduszek, rączek bijących brawo i podniesionych kciuków 🙂

Dygresja. Co można odpowiedzieć osobie, która zamiast komentarza wrzuca ikonkę bicepsa? Albo klaszczących rąk? Mam wrzucić ikonkę sztangi czy odklaskać?

Taki człowiek bez zasięgu ma dwie możliwości. Jeśli jest kreatywny i cierpliwy – podkręci statystyki podkręcając atmosferę na własnym kanale, poprzez tworzenie ciekawego kontentu*, ciekawych treści, tak często jak to możliwe, czyli bardzo często. Kreatywny i niecierpliwy – kupi lajki, followersów, subskrypcje i wszystko, co mu tam jeszcze będzie potrzebne, żeby wygenerować dobre statystyki 🙂 Są specjalne agencje dla ifluencerów, wystarczy wpisać hasło „pozyskiwanie fanów” i masz.

A potem na blogu, który istnieje zaledwie od miesiąca wszystko hula i nakręca się, niczym trąba powietrzna w Wojciechowie. Mi się to trochę kojarzy z dawnymi ogłoszeniami o pracę na stanowisko sekretarki. Młoda i z doświadczeniem🙂 Ale nie ma się za bardzo nad czym zastanawiać, rynek wszystko zweryfikuje. Jeśli ktoś ma naprawdę smykałkę do pisania czy tworzenia filmików, to nawet taki początek mu nie zaszkodzi. Skróci jedynie czas. Jeśli ktoś chce szybko zacząć zarabiać, a ma już kapitał do zainwestowania, to inwestuje go tak, jak uważa za stosowne. Biznes is biznes.

Myślę, że dzisiaj mniej ważne jest to, jak influencer zaczyna, producenta to zresztą zupełnie nie interesuje (pamiętamy słynne, „nie ważne jak się zaczyna, ważne jak się kończy” – dalej będzie więc trochę a propos końca). Znacznie ważniejszy jest wspomniany zasięg i przebieg współpracy. Marki chciałyby, żeby promocja ich produktu nie okazała się marketingowym niewypałem, a nawet totalnym fuckapem. I tu niestety bywa różnie. Zaufanie to podstawa. Gdy szanująca się firma motoryzacyjna powierzy swój produkt blogerowi, cieszącemu się ogromną popularnością, a on zostanie potem przyłapany na prowadzeniu auta pod wpływem alkoholu lub narkotyków, to będzie dla obu stron strzał w kolano. Firma z całą pewnością zerwie umowę, ale smrodek pozostanie. Bloger ma pod tym względem nieco inaczej. Jeśli firma postawi go w niezręcznej sytuacji z powodu wyprodukowania wadliwego/szkodliwego produktu, zwykle wystarcza szczery wpis na własnym profilu, bo ludzie mimo wszystko cenią uczciwość (o czym pisałam trochę tu: O etyce w blogosferze). Dla blogera odcięcie się od nieuczciwej marki może więc okazać się wystarczającym samobiczowaniem.

* Zauważyliście, że dzisiaj wszystko jest kontentem? Już nikt nie mówi „treść”, czy wypełnienie, zawartość. Wszystko to kontent:-)

Continue reading „Lajki i folołajki czyli życie influencera/ Likes and following. The life of an influencer”

Reklamy

Dziewczyny chwalcie się!/ Girls, boast!

Pros and consKasia z „LessthanPerfect” rzuciła na Instagramie hasło „Dziewczyny pochwalcie się!”, a tym samym zmusiła mnie do zastanowienia się nad sobą.

Podejrzewam, że jak co drugi Polak, łatwiej byłoby mi wymienić to, z czego nie jestem dumna lub, co powinnam w sobie zmienić, ale wiecie, nie po to przeszłam przez trening asertywności, żeby sobie teraz dowalać:-) Tak naprawdę, to chyba już dojrzałam, i potrafię przyznać, że mam wady, że parę ważnych rzeczy spieprzyłam, ale też, że mam wiele zalet, które prawdopodobnie w ostatnim czasie trochę zaniedbuję. Chwalenie się również zaniedbuję:-)

Zacznę od tego, że moim zdaniem całkiem nieźle mi wychodzi blogowanie, w sensie pisania, przelewania myśli na papier. Nie mam z tym większego problemu, pod warunkiem, że dostanę chwilę skupienia i dobry temat:-). Nadal jednak nie potrafię znaleźć tej tematycznej niszy, która pozwoliłaby mi połączyć blogowanie z zarobkowaniem. Bo co śmieszne (biorąc pod uwagę, że ja NAPRAWDĘ nie przepadam za poezją), to właśnie za wiersze dostałam nagrodę finansową, z prozą łączyły się tylko umowy barterowe. A przecież byłoby tak cudownie móc połączyć przyjemne z pożytecznym:-)

Jestem odpowiedzialna. Jeśli coś obiecam, i wiem, że to jest naprawdę ważne, to żeby skały srały żeby się waliło i paliło, dotrzymam słowa. I to jest zaleta i wada jednocześnie. Wada, bo zbyt wiele od siebie oczekuję na skutek tego, że wiele się oczekuje ode mnie.

Miałam problem z perfekcjonizmem. Konstruktywna krytyka wybijała mnie na długo z rytmu i dobrego samopoczucia. Tak bardzo skupiałam się na poprawianiu błędu i poprawianiu mnie samej, żeby tego błędu nie popełnić po raz drugi, że…..cóż, spalałam się na maksa. Dzisiaj mogę postawić śmiałą tezę, że gdybym nauczyła się być asertywna dziesięć, piętnaście lat temu, wszystko byłoby inaczej.

Bo chociaż tak samo jak dawniej, nie chowam głowy w piasek, to już nie biorę odpowiedzialności za błędy innych ludzi, przestałam być miotełką curlingową usuwającą z drogi pojawiające się na horyzoncie cudze problemy.

Dlatego znajduję czas na czytanie (to akurat obowiązkowo i zawsze!), na dbanie o siebie, (niestety ciągle za mało, ale się nie poddaję!), na rozwijanie swoich pasji, których jest tyle, że zanim się zastanowię, jaką w danym momencie troszeczkę porozwijać, robi się noc;-) Powaga. Chciałabym pouczyć się hiszpańskiego, napisać wiersz na najbliższy konkurs poetycki, wrócić do pisania moich opowiadań, obejrzeć kurs „Hasztagownia”, rozkręcić Instagram, dopieścić blogowy funpage, który leży odłogiem, zapisać się znowu na kurs tańca, a przecież trzeba czasem pójść do kina, obejrzeć jakiś film, czy po prostu spotkać się z przyjaciółmi.

Innym razem, ta nieco bardziej romantyczna Caffe, ma ochotę wyrzucić telefon, usiąść gdzieś na wiejskim tarasie, najlepiej w Bieszczadach, z drutami i kłębkiem wełny na kolanach, z szydełkiem czy igłą do haftowania i oddać się prostej, odstresowującej przyjemności.

W epoce przedinternetowej byłam cierpliwsza:-)

Continue reading „Dziewczyny chwalcie się!/ Girls, boast!”

Paradygmatyzm twórczo poznawczy, piramida Maslova, Jadłodzielnie oraz susza w Korei Płn./ The cognitive paradigm, Maslov pyramid, Jadłodzielnie and drought in North Korea

Nie tak dawno temu napisał do mnie kolega, że zaniżyłam loty, że piszę takie pitu pitu, więc mam nadzieję, że trochę się poprawiłam i ostatnie notki, włącznie z dzisiejszą są wyrazem zaangażowania, elokwencji, a każde zapisane zdanie to refleksja tudzież paradygmatyzm twórczo – poznawczy.:-) [O tej refleksji to nie moje, tak powiedziała kiedyś córka wójta (późniejszego senatora) w Ranczu, chwaląc przed ojcem nowo poznanego chłopaka].

Ale teraz już na poważnie, choć refleksyjnie o kwestii suszy w Korei Północnej, której w takim nasileniu nie notowano w tym kraju od 1982 r. Wyobrażacie sobie, że 10 milionom ludzi grozi głód? To tak, jakby w 15 miastach wielkości Warszawy nagle zamknąć sklepy, restauracje i jadłodajnie, ale jednocześnie zabronić wyjeżdżać poza rogatki.

To mi uświadamia, że Bozia nie daje krajom po równo, a także, że ranga problemów w każdym z tych krajów leży na zupełnie innym poziomie piramidy Maslova i my Polacy powinniśmy się chyba cieszyć, że nas nie dotyczy ten najniższy.

Sprawdziłam jednak jak to jest z tym jedzeniem u nas, w Polsce. Ostatni raport Deloitte, z października 2018 roku, pokazał, że jesteśmy na 5 miejscu w Europie pod względem wyrzucanego jedzenia. 235 kg jedzenia rocznie, każdy z nas, prosto do kosza!

Ponadto co czwarty Polak w ciągu jednego tygodnia wyrzucił jakieś pożywienie, więc jeśli nie ja, nie Mysza, nie Ty Krajanko,…. to na pewno ten kolega, który mówił o zaniżaniu lotów.

Podejrzewam, że nie zdajemy sobie nawet z tego sprawy, jak wiele sami marnujemy, tu marchewka, tam pomidor, gdzieś niedojedzone udko z kurczaka. Dlatego przypominam, że w Warszawie powstały tzw. Jadłodzielnie, do których można przynieść wszystko, co jest świeże i nadaje się do zjedzenia. Z oczywistych względów, z wyjątkiem tego co długo nie może poleżeć poza lodówką, oraz z wyjątkiem alkoholu.

Informacja dla Warszawiaków i nie tylko: o Jadłodzielniach, na swoim upcyklingowym blogu „Na nowo śmieci” pisała kiedyś Julia i stworzyła fajną, przejrzystą mapę tych miejsc TU. Polecam!

Jeśli nie wiecie, czy w Waszych miastach coś takiego istnieje, wygooglujcie sobie, a jeśli nie istnieje – to może po prostu stwórzcie, poddajcie pomysł w Waszych Urzędach Miasta/Gminy, komuś, kto tam u Was dużo może. W Warszawie mimo początkowej nieufności, miejsca się sprawdzają i całkiem nieźle funkcjonują. Przecież zawsze lepiej oddać niż wyrzucić.

Btw. w Korei Płn. susza, a u nas kolejny deszczowy dzień. Bozia nie daje po równo.

Continue reading „Paradygmatyzm twórczo poznawczy, piramida Maslova, Jadłodzielnie oraz susza w Korei Płn./ The cognitive paradigm, Maslov pyramid, Jadłodzielnie and drought in North Korea”

Dzisiaj w temacie Greenpace/ Today in the Greenpeace topic

Zaplanowałam, że dzisiaj opowiem Wam o weekendzie inluencerskim, ale nastąpiło małe przesunięcie, pod wpływem akcji protestacyjnej Greenpeace. Idąc do pracy natknęłam się na taki oto widok.

Greenpeace_Polska bez węgla_BlogCaffe.jpg
#Polskabezwegla; #Greenpeace

Kiedy byłam młodsza, w ogóle nie zastanawiałam się nad tym, co po nas. Przywilej młodości, prawda? I pewnie tak jak wszystkich, gdy Polska otworzyła się na świat, i mnie zachwycił fakt, że w sklepie mamy takie ładne, plastikowe reklamówki, że nagle wszystko jest pięknie opakowane, kolorowe i radosne. Po latach szarzyzny, którą dosyć dobrze pamiętam z dzieciństwa, nagle w sklepach zaroiło się od wszystkiego, a my zaczęliśmy się dziwić, jak do cholery, do tej pory, się bez tego „wszystkiego” obywaliśmy.

Nie wiem, jak Wy czujecie, ale do mnie przemawiają pesymistyczne prognozy mówiące o nadciągającej katastrofie ekologicznej. Przemawia do mnie fakt, że o ile nic z tym nie zrobimy, wiele obszarów Ziemi może utracić zdolność samoregeneracji i samoregulacji. Że już za dwie dekady dojdzie do kumulacji i mówi się o dziesiątkach gatunków ważnych dla ekosystemu, które na skutek zmian klimatycznych przestaną istnieć, a przecież nie zdążą się jeszcze wytworzyć zespoły lub ogniwa zastępcze. Pewnie te ogniwa kiedyś powstaną, ale ani my, ani nasze dzieci, ich nie doczekają.

Czarnowidztwo? Raczej nie. O smogu pisałam już wielokrotnie, więc temat „Polska bez węgla” jest mi szczególnie bliski. Już wiem, że każda alergia pod wpływem smogu może stać się koszmarem. I wiem, że dzisiejsze pm 2,5 na poziomie 25 μg/m3 (w Warszawie), chociaż oficjalnie będące normą, wcale nią nie jest i że cały dzień będę kasłać, bo moje oskrzela są na smog bardzo wrażliwe. Oddychamy syfem i dobrze byłoby, żebyśmy byli tego świadomi.

Ja powoli pozbywam się przyzwyczajeń i wygodnictwa. Foliowe torebki – już nie. W firmie wprowadziłam zmiany, segregujemy i odzyskujemy co się da. Zamierzam napisać do dostawcy artykułów biurowych, żeby inaczej organizował pakowanie. Wczoraj kilkanaście artykułów zostało umieszczonych w pięciu różnych pudłach, a z całą pewnością zmieściłyby się w jednym, gdyby je poprzekładać i zabezpieczyć starymi gazetami, żeby nie „latały” w transporcie.

Metoda małych kroczków zwykłych ludzi, oraz działania prężne i konsekwentne wszystkich rządów, a wtedy być może nie będzie za późno, nie napiszę „uratować świat” bo to takie banalne, co Wy na to?

I już na koniec, nadal trochę w temacie green. Jeśli cały czas mam ochotę na zielone warzywa, czerwone omijam z daleka, a wybieram „trawę” bez opamiętania, to czy coś to oznacza? Brakuje mi chlorofilu?:-)

Kanapka_Blog Caffe..jpg
#Zielonomi; #KanapkiCaffe; #Blog Caffe na zielono:-)

W podobnym tonie pisałam kiedyś tu:
Akcja segregacja
No i otóż mamy wiosnę

Continue reading „Dzisiaj w temacie Greenpace/ Today in the Greenpeace topic”

Retrospekcyjnie o zabawie w poetkę:-)/ Retrospectively about the game called „to be a poet” :-)

Facebook przypomniał mi, że 8 lat temu byłam na spotkaniu literackim poświęconym książce Jonasza Kofty, „Co to jest miłość. Wiersze i piosenki zebrane. Tom 1” (pisałam o tym tu: Czy ktoś dzisiaj czyta wiersze?. Nigdy nie kupiłam drugiego tomu, ale do tej właśnie jedynki, co jakiś czas wracam. Ostatnio rzadziej, bo chyba spoważniałam:-) Stałam się mniej romantyczna (cóż, takie mamy czasy panie), bardziej przyziemna (życie to najskuteczniejsze uziemienie), jedynie na refleksję pozwalam sobie tak samo regularnie jak dawniej:-). Człowiek się zmienia, a dodatkowo, życie odziera go z  tkwiącej w nim głęboko, ale w moim przypadku, bardzo słabo regenerującej się, cząstki wrażliwości, jaką jest poezja duszy. Niemniej jednak uświadomiłam sobie, że zanim ten mój naturalny kolagen wrażliwości utracił nieco swoją elastyczność, powstało całkiem sporo pomysłów.

Kiedy zaczęłam kopiować treść bloga (jak poradził mi Bfcb, za co dziękuję) okazało się, że było wiele notek, dla których mogłabym w zasadzie stworzyć osobną kategorię:-)

Wiecie, że właśnie od tego zaczęło się moje blogowanie? Od pewnego limeryku, który został napisany przez Rychoca, na prowadzonym przez niego blogu (dzisiaj już nieistniejącym), gdzie czytelnicy, zupełnie spontanicznie zaczęli wrzucać naprędce wymyślone rymowane komentarze.  Limeryk o mnie brzmiał mniej więcej tak.

„Pewna Beata z polskiego miasta
skądinąd całkiem miła niewiasta
lecz wadę jedną miała
gdyż blogi ciągle czytała
zamiast pracować. Do diaska!”
„A certain Beata from the Polish city
anyway, a woman quite nice and quite pretty,
but one defect she had,
she was always blogs read
instead of work, for sake pity!”

I to był pierwszy wpis (styczeń 2007), na moim pierwszym blogu, który też już nie istnieje (Blog Beaty).

Potem powstawał tematyczny mix, jednak znajdziecie tu moskaliki, wiersze pod wpływem chwili (Kiedyś…… a prawie jak wczoraj, czyli „Hu hu ha, hu hu ha, nasza zima zła”:),  zabawę w rymowanie Pisać każdy może, na podstawie luźno dobranego zestawu słów z wyszukiwarki rymów. Tu szczególnie polecam komentarz Mironq, który do niewykorzystanych przeze mnie wyrazów dopisał swój własny wiersz. Dla mnie humorystyczna bomba!:)

Pochwaliłam się też kiedyś, jednym z wyróżnionych w Ogólnopolskim Konkursie Literackim Ziemi Lubelskiej – im. Józefa Łobodowskiego organizowanym przez Lubelski Oddział Związku Literatów Polskich, ale bardzo mi bliskim wierszem pt.  Jak co roku.

Na koniec, wrzucam ponownie filmik z notki sentymentalnej, szczególnej z wielu powodów, link do niej znajduje się tu: Śpieszmy się kochać miasta, słuchając, prawie się popłakałam. Po pierwsze, bo miejsce, w którym ten filmik nagrałam wygląda dziś zupełnie inaczej, drzewa wycięto i pozostał ogołocony z zieleni plac, z którego w oczywisty sposób również ptaki odleciały (nie, to nie wina PIS-u ani Tuska, to jedynie chciwy urzędas, który mam nadzieję, został już z tego rozliczony). Po drugie, bo mnie już tam nie ma.

Continue reading „Retrospekcyjnie o zabawie w poetkę:-)/ Retrospectively about the game called „to be a poet” :-)”

Ogłoszenie

Uwaga uwaga!!

Dzisiaj jest mój dzień! W zasadzie wspólny, ale mój w tym względzie, że dzisiaj obchodzimy trzy różne święta i wszystkie dotyczą mnie osobiście, mogę je więc celebrować potrójnie! Fajerwerki!

  1. Dzień bez komputera – ok, notka jest, więc powiecie jaki to dzień bez komputera, ale moi Drodzy, napisałam ją jeszcze przed świętami i ustawiłam publikację na 3 maja. Także w tym momencie mnie tam po tej drugiej stronie ekranu (drugiej niż ta Wasza:) nie ma. Ha!! Taki ten WordPress sprytny!
  2. Dzień Chorych na Astmę i Alergię – astmy nie mam ale alergia jak cholera, więc świętuję! W dodatku jestem w stanie świętować wszystko, bo już mi na tyle odpuściło, że prawie nie kaszlę. Odpuściło pewnie na krótko, ale cieszę się chwilą:)
  3. Dzień Słońca – pisząc te słowa liczę na to, że ono będzie. Długoterminowe prognozy zapewniają, że ma być. Ale wiecie co, nawet jeśli go akurat nie ma, to trzeba podejść do tematu bardziej ontologicznie. To przecież byt, a skoro tak, to gdzieś jest:-)

Ja natomiast leżę sobie w łóżeczku, piję kawę i czytam najnowszą książkę Camilli Läckberg.

Gdy pisałam ten słowa miałam 80 % pewności, że tego dnia, o tej porze, to właśnie będę robić. 20 % to nieprzewidziane okoliczności. Ale tfu tfu, na góry i lasy, na złe zwierzyny…….

Continue reading „Ogłoszenie”

Podsumowanie/ Summary

Pokazałam wczorajsze filmiki córce i patrzyłam na jej reakcję. Najpierw parsknęła śmiechem, potem wytknęła mi wszystkie błędy, a na koniec obejrzała jeszcze raz.

– No nie, nie jest źle, tylko na początku mówiłaś jak jakaś mimoza, no wiesz, jak jakaś Caffe Austen, nawiedzona romantyczka! – córka kończyła dziennikarstwo, więc się jej słucham, bo jakieś pojęcie ma.

Ja i romantyzm, też mi coś. Ja jestem realistka z krwi i kości, do tego stopnia, że gdy ktoś jest dla mnie przesadnie miły, czuły i się stara – od razu zaczynam być podejrzliwa i pytam czego tak naprawdę ode mnie chce 🙂 Czy jest na sali psycholog?

Summa summarum, jeśli mam zamiar do Was czasem pogadać (a mam!), to muszę popracować nad tymi pierwszymi zdaniami, bo one są decydujące. Tymczasem właśnie na początku, taki nowicjusz jak ja, najbardziej się stresuje i albo głos mu drży, albo gada głupoty, albo wpada w manierę mówienia jak ksiądz na kazaniu.

Obserwuję kilka Instagramerek i one w ogóle nie mają tremy! A pokazują także swoją twarz, a więc dodatkowo muszą panować nad mimiką, uśmiechem, niekontrolowanymi odruchami, czy niesforną fryzurą. No wiecie, body language plus sens wypowiedzi – trudna sprawa do pogodzenia.  A przecież nie wszystkie przygotowują się do takiego nagrania, wydaje się czasem, że to czysty spontan. Na początku na pewno, ale potem już nie.

No więc dobra, przyjmuję krytykę córki i pozwalam się śmiać!:)))

Nad resztą popracuję.

*Mysza właśnie napisała, że rzeczywiście trochę natchniony ten głos, Caffe – do roboty, pracuj nad głosem:-)!

Continue reading „Podsumowanie/ Summary”

Codzienność, Rembrandt i ludzkie dramaty/ Life, Rembrandt and human dramas

Ostatnie dni sprawiły, że kontakt z blogiem miałam tylko okazjonalnie, a to wszystko za sprawą gości, wydarzeń i po trochę, alergii. Bardzo Wam dziękuję za wszystkie wyrazy zaniepokojenia moją nieobecnością, jestem tym naprawdę wzruszona.

Choć kaszląca i zakichana, rzuciłam się w wir tego, co już od dawna miałam zapisane w kalendarzu (jak Animal’s Day, przyjazd gości, wizyta chrześniaka) oraz tego, co pojawiło się nagle, jak wczorajsze wyjście do Łazienek Królewskich (Alutka, raz jeszcze dziękuję!) na wystawę obrazu pochodzącego z kolekcji książąt Czartoryskich, a mianowicie „Krajobrazu z miłosiernym Samarytaninem” Rembrandta. Co ciekawe, jest to jeden, z tylko trzech obrazów Rembrandta w polskich zbiorach.

20190403_112714_compress_58888655893463661206.jpg

Na mnie, człowieku, który lubi wiedzieć, co widzi (malarska wersja „co autor miał na myśli”), ten obraz zrobił ogromne wrażenie. Kiedyś mówiło się, że to po prostu pejzaż, dopiero dużo później zaczęto w nim widzieć historię biblijną. Ale to przecież nie jest historia religijna, to opowieść o zobojętnieniu i empatii, o zamknięciu się na cierpienie i krzywdę drugiego człowieka. Nikt nic nie słyszy,  nie widzi, przechodzi obojętnie, gdy tuż obok dzieje się ludzki dramat. I właśnie w tę psychologiczną głębię można się przenieść, patrząc na dzieło Rembrandta, a dzięki mistrzowskiej grze światła i cieni, wejść w realizm upadku i ocalenia człowieka.

Mimo dobrego zakończenia przypowieści, ja w obrazie holenderskiego malarza widzę głęboki smutek. W roku 1638, wtedy gdy obraz powstawał, Rembrandt stracił już dwójkę swoich dzieci, pierworodnego syna i córeczkę, potem umarło jeszcze dwoje. Żona w tym czasie musiała już chorować na gruźlicę, bo i ona umarła w dwa lata po namalowaniu obrazu. Tyle nieszczęść musiało się odbić na twórczości artysty, prawda? Zawsze się jakoś odbija, i chociaż często, z głębokich nieszczęść powstają arcydzieła światowego formatu, to przecież w ich tle tych stoi przybity własną tragedią człowiek.

20190402_174813_compress_645729934178658369817.jpg

Wernisaż odbył się w przepięknym Pałacu Na Wyspie, który urzekł mnie już dawno temu, gdy po raz pierwszy miałam okazję pospacerować po parku. Wtedy było lato, po alejkach paradowały pawie, z przepięknymi ogonami, uświadomiłam sobie właśnie, że tamte zdjęcia robiłam aparatem bardzo słabej jakości, więc już wiem, gdzie znowu muszę się wybrać na spacer, z aparatem:-).

20190402_175346_compress_187850934783668191363.jpg

Continue reading „Codzienność, Rembrandt i ludzkie dramaty/ Life, Rembrandt and human dramas”

Dzień bez mięsa?/ Day without meat?

20190126_1139084294489173415307492.jpg

Podobno obchodzimy dzisiaj dzień bez mięsa.
No nie wiem, czy się powstrzymam.
Wiem,  zła kobieta jestem.

Cały dzień starałam się nie jeść mięsa, ale zjadłam kilka słodkich ciasteczek i zasłodziłam się tak, że teraz nie tylko chce mi się mięsa, ale wręcz zjadłabym konia z kopytami:-)

Albo chociaż kiełbasę z musztardą.

Albo kopytka z boczusiem.

Albo kotleta z ogórkiem kiszonym.

Lub ramen tajski z pierożkami (ale żeby w ich środku było jakieś mięso).

A wszystko przez trzy głupie ciasteczka. Continue reading „Dzień bez mięsa?/ Day without meat?”

U weterynarza z Bajtem zwanym potocznie Buniem/ At the vet with Byte, commonly called Bunio

Wizyta poprzedniego pacjenta trochę się przedłużała, więc czekałam grzecznie na swoją kolej. To znaczy ja grzecznie, a Bunio niecierpliwie:-). A w kolejce, jak to w kolejce, ludzie z nudów stają się rozmowni, bardziej wylewni, mówią chyba znacznie więcej, niż powiedzieliby w innych okolicznościach. Przede mną czekała na swoją kolej starsza pani z kotkiem, pięknym brytyjczykiem, na którego od razu zwróciłam uwagę. Wspaniałe umaszczenie, dokładnie takie, jakie chciałabym, żeby miał mój przyszły kot, a którego prawdopodobnie nigdy nie będę mieć ze względu na wspomnianą w poprzednich notkach alergię:-(. No, ale właśnie ta właścicielka, tak od słowa do słowa trochę zaczęła opowiadać, że lubi zwierzęta, że to nie pierwszy kot, że wcześnie był także w domu pies, ale że tylko ona się nim zajmowała, wychodziła na spacery, dbała o niego. No a teraz ma kota, ale wolałaby w swoim życiu 10 kotów, niż jednego człowieka. Zanim lekarka zaprosiła ją do gabinetu, zdążyła jeszcze powiedzieć:

– Proszę pani, ten kot to jedyne stworzenie w moim domu, które nigdy nie wyrządziło mi krzywdy.

I tak sobie myślę, że to jedna ze smutniejszych rzeczy, jakie ostatnio usłyszałam.

wp-15528249671674999064244971247308.jpg

Bajt zestresowany na wadze.

Jego serce jest w lepszym stanie, pani doktor była naprawdę zdziwiona, stwierdziła, że to pierwszy pacjent chorujący na kardiomiopatię w jej karierze, któremu zmniejsza dawkę leku. To nie znaczy, że jest zdrowy, po prostu trochę mu się poprawiło i z tego trzeba się cieszyć. Jest też jednak niepokojąca kwestia, Bajt znowu schudł, za dużo w ostatnim czasie:-(

Continue reading „U weterynarza z Bajtem zwanym potocznie Buniem/ At the vet with Byte, commonly called Bunio”