Ćwicz i płać/ Practice and pay

Na oddziale rehabilitacyjnym jednego ze szpitali w Pomorskiem pobierano od pacjentów dodatkowe opłaty za korzystanie z wyposażenia placówki, to jest szafy, telewizora oraz czajnika. Zgodnie z cennikiem opłaty za używanie telewizora i szafy wynosiły po 30 złotych za tydzień pobytu od osoby. Rzecznik Praw Pacjenta zakazał szpitalowi pobierania takich opłat uznając, że proceder ten narusza prawo pacjentów do godności. A Naczelny Sąd Administracyjny potwierdził to, co stwierdził RPP.

Orzeczenie Sądu odnosi się do kwestii opłat i  zgadzałabym się z nim w całości, gdyby dotyczyło oddziałów szpitalnych. Ale to jest oddział rehabilitacyjny. Pacjent nie przychodzi na kawkę czy pooglądać seriale, ale po to, aby poćwiczyć i aktywnie uczestniczyć w zabiegach.

Pamiętacie, jak kiedyś pisałam, że boli mnie ręka i stwierdzono łokieć tenisisty. No więc właśnie ostatnio załapałam się na rehabilitację i chodzę już drugi tydzień. Nie ma telewizora, ani czajnika. Jest za to dyspozytor z wodą, gdyby ktoś potrzebował napić się, czy popić leki, jest również darmowa szafa, w której mogę schować ubrania i uważam, że akurat w kwestii tej szafy zarówno Rzecznik Praw Pacjenta jak i Sąd mają rację. NFZ rozlicza się ze szpitalem za przeprowadzone zabiegi i szpital na tym zarabia, skąd więc pomysł, żeby jeszcze trochę pozarabiać na pacjencie? Czy opłata za użytkowanie szafy (jak to w ogóle brzmi), naprawdę tak znacząco zasila budżet placówki? Trochę żenada…

Jestem natomiast prze-szczęśliwa, że nie ma tam telewizora. Jest cisza i spokój, nie ma głośnego gadania przez telefon. Czasem ludzie zamienią ze sobą czy terapeutą kilka zdań, ale nawet to, w dosyć ograniczonym zakresie.  Dodam tylko, że grupa wiekowo jest bardzo różna, teraz problemy kostno – stawowe mają coraz młodsi.

No więc ja, gdy tylko podłączą mnie do tych wszystkich urządzeń, poprzypinają kabelki i puszczą prąd :-), biorę do ręki kindle i czytam. To jest moje 40 minut.

Po zwariowanym, hałaśliwym dniu, to naprawdę super relaks.


 

In the rehabilitation ward of one of the Pomeranian hospitals, additional fees were charged to the patients for using the facilities, namely the cabinet, TV set and kettle. According to the price list, the fees for TV use and wardrobes were PLN 30 per week of stay per person. Patient Rights Ombudsman forbade the hospital to charge such fees, recognizing that this practice violates patients’ right to dignity and the Supreme Administrative Court confirmed what the MPC has said.

The Court’s decision refers to the issue of fees and I would agree with it in its entirety if it concerned hospital wards. But this is a rehabilitation ward. The patient does not come to the cup of coffee or to watch the series, but to practice and actively participate in the treatments.

Remember how I once wrote that my hand hurts and I found a tennis elbow. Well, recently I just got a rehabilitation and I’ve been going there for the second week. There is no TV or kettle. There is a dispatcher with water, if someone needs to drink, there is also a free wardrobe in which I can hide my clothes and I think that in this case both the Patient Rights Ombudsman and the Court are right. National Health Fund settles with the hospital for all treatments and the hospital earns money in that way, so why the same hospital try to profit off some extra the patient? Is the fee for the use of the cabinet (as it sounds) really really adds to the budget of the facility? It is embarrassment …

I am, however, very happy that there is no TV there. There is peace and quiet spot, there is no loud chats, no phone conversations. Sometimes people will say a few sentences to eachothers or to the therapist, but in a limited extent. I will just add that the age group is very different, nowadays even young people have the musculoskeletal disorderss.
Well, as soon as they connect me with all these devices, glue the wires and let the electric power’s running throught me :-), I take a kindle and read. This is my 40 minutes.

After a crazy, noisy day, it’s really great relaxation.

Reklamy

Migrena/ Migraine

Zauważyłam, że migrena dopada mnie wtedy, kiedy po kilku ciężkich, trudnych i stresujących dniach następuje wyciszenie. Uwalnia ją kombinacja spokoju i zmieniającej się pogody. Co dziwne, nie wtedy kiedy ciśnienie spada, jak u większości meteoropatów, ale wtedy, gdy rośnie. Jak dzisiaj.

Nie wiem, czy chodzi o to, że ja jestem niskociśnieniowcem, więc niskie ciśnienie za oknem mnie po prostu nie rusza, czy ma to zupełnie inne biologiczne wyjaśnienie.

Czy jest na sali lekarz, który mi to wytłumaczy?

Najgorsze migreny miewałam tuż po porodzie, to był koszmar. Światłowstręt, wymioty, ból rozsadzający czaszkę. Chciało się wyć i milczeć jednocześnie, bo każdy ruch, nawet ten mimiczny, podwajał ból. Nie muszę tłumaczyć, jak ciężko było znosić takie dni przy dwójce małych dzieci. Dzisiejszy atak jest niczym w porównaniu z tamtymi dolegliwościami i to jest niewątpliwy plus, jeden z niewielu, które wiążę z wiekiem 🙂

Ale tak w ogóle, to jest piątek, więc lepiej, że mnie boli dzisiaj, niż żeby jutro, prawda? 🙂

Bo jutro chcemy się wybrać do kina, btw. co polecacie?


I noticed that migraine is coming always after a few heavy, difficult and stressful days, when is the calm after the storm. Migraines are caused a combination of peace and changing weather. Oddly, the weather not then, when the pressure drops, as in most meteoropaths, but when it grows. Exactly like today.

I do not know if it’s just that I’m a low-pressure person, so the low pressure outside the window just does not move me, or maybe there is a completely different biological explanation.

Is there a doctor on the board to explain it?

I had the worst migraines right after giving birth, it was a nightmare. Photophobia, vomiting, a splitting headache…. I wanted to howl and be silent at the same time, because every movement, even the mimic one, doubled the pain. I do not have to explain how hard it was to endure these days with two young children. Today’s attack is nothing compared to those ailments and this is a definite plus, one of the few that I associate with age 🙂

But in general, it’s Friday, so it’s better that it hurts me today than it would be tomorrow, right? 🙂

Besides tomorrow we want to go to the cinema, btw. what do you recommend?

O tempora, o mores!:)

Trzeba się cofnąć, najlepiej tak do czasów pierwszej klasy szkoły podstawowej. Bo ja już nie potrafię w sposób zadowalający posługiwać się długopisem! Piszę jak kura pazurem, strasznie wolno i brzydko. Dzisiaj robiłam szybką notatkę, z której potem miał powstać e-mail do klienta i cholercia nie wyglądało to dobrze! Na szczęście nie mam kłopotów z pamięcią. Jeszcze, chciałoby się dodać (nawiązuję do mojej starej notki: TU). Więc chyba odtworzyłam w e-mailu wszystko, co miało w nim być, a co skrótowo opisałam poniżej. To jakiś dramat!:)))

20181116_1515255589385299289642856.jpg

Ps. Na komputerze piszę szybko i bezwrokowo. O tempora, o mores!:)


I have to get back, preferably to the first grade of primary school. Because I can not use the pen in a satisfactory way! I write like a monkey, terribly slow and barely legible. Today I was making a quick note, which was then supposed to be e-mailed to the client and it did not look good! Luckily, I have no memory problems. So far… I would like to add (I refer to my old note: HERE). So I probably recreated in the email everything that was supposed to be in it, and what is briefly described below.

It’s a kind of drama! 🙂

 

Ps. On computer I can write fast and touch type. O tempora, o mores!:)

10 lat w Warszawie/ 10 years in Warsaw

Wczoraj minęło 10 lat od początku mojej przygody z Warszawą! Nie wiem kiedy to się stało:-) Początki bywają trudne, u mnie też były. Jednak najintensywniejszą tęsknotę za Lublinem mam już zdecydowanie za sobą, pępowina odcięta, lęki oswojone. Dzisiaj jesteśmy z Warszawą bardzo dobrymi kumpelami, a do Lublina jeżdżę tak często, jak to możliwe. I wiecie co? Wszystko można pogodzić.

Również wczoraj udało mi się spełnić moje  kolejne marzenie. Takie z tych mniejszych, które można od ręki. Byłam w zoo! Powaga!:) To nie jest tak, że ja nigdy wcześniej nie byłam w żadnym. Podobno byłam, jednak musiałam być wtedy bardzo mała, bo nic z tego wypadu nie pamiętam. Natomiast drugi, sprzed 13 lat, był po prostu nieudany! Wybraliśmy się wtedy na tydzień do Krakowa. Piękna pogoda, środek lata, cudowny upał i wakacyjny luz. Wszystko super, jednak tego jednego dnia, gdy zaplanowaliśmy zoo, niemal po przekroczeniu bramy ogrodu zaczęło padać, potem grzmieć, i w efekcie połowę czasu poświęconego na zwiedzanie, spędziliśmy w kawiarni chowając się przed deszczem:)

Za to wczoraj, cudownie! Zobaczcie sami.

 

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

 


Yesterday passed 10 years since the beginning of my adventure with Warsaw! I do not know when it happened 🙂 Beginnings can be difficult, it was also at my case. However, the most intense nostalgia for Lublin is definitely behind me, the umbilical cord cut off, and tamed fears. Today, me and Warsaw are very good friends, and to Lublin I travel s often as possible. And you know what? Everything can be reconciled.

Also yesterday I managed to come true my next dream. One of those the smaller ones. I was at the Warsaw zoo! It’s not like I’ve never been at such place before. Apparently I had to be very young, because I do not remember this first visit at all. The latter one, for a change, was simply pointless! We were then for a week at Krakow, beautiful weather, summer, wonderful heat and holiday play. The trip was great, but on the same day, when we planned the zoo, almost after crossing the gate started raining, with thunders, finally a half of whole our time we had for sightseeing, we spent in the cafe hiding from the rain :).

But yesterday was beautiful! See for yourself.

Powinności i asertywność/ Duties and assertiveness

Wczoraj po pracy powinnam była pójść na takie jedno spotkanie, na które umawiałam się dawno dawno temu, ale ponieważ uczestników spotkania prawie nie znałam, więc średnio mi się chciało i nie poszłam. Trochę było mi szkoda czasu, a trochę chyba wylazły moje braki w sferze asertywności. Wiecie, że taka blokada przed rozmową z obcymi, to jest własnie symptom braku asertywności? Ja zawsze myślałam, że raczej zakorzenionego w nas zakazu „nie rozmawiaj z nieznajomymi”. No a teraz już wiem, że jedno nie wyklucza drugiego.

Dowiedziałam się o tym na treningu asertywności, na który zapisałam się dwa miesiące temu.

Kiedy mój mąż usłyszał, że mam zamiar chodzić na taki trening parsknął śmiechem. Że niby asertywności ci u mnie pod dostatkiem i że on już tej, którą posiadam, ma po dziurki w nosie i nowej nie zdzierży:-)

Szczerze mówiąc kiedyś też tak myślałam, do czasu aż niecałe trzy lata temu wydarzyło się coś, co zmieniło mnie całkowicie i prawdopodobnie nieodwracalnie. Kiedy wypełniałam ankietę kwalifikującą na kurs, robiłam to właściwie na odczepnego sądząc, że się nie zakwalifikuję. Wyniki pokazały, że nie jestem asertywna, a jedynie bywam. Za często chcę zadowolić wszystkich dokoła zapominając o sobie i za często zastanawiam się, czy zrobiłam dobrze. Nakręcam się i potem martwię również za często.

Nie jestem przekonana, czy ja te braki uzupełnię, bo w moim wieku już się ma pewne nawyki, ale co się uśmieję, to moje!:)) Spędzam raz w tygodniu dwie pełne godziny fajnych ćwiczeń, wśród super wesołych ludzi, z takim poczuciem humoru, który ja lubię najbardziej. I wiecie co? Gdybym miała pewność, że na każdym kursie będę się tak dobrze się bawić ucząc (albo uczyć bawiąc), to latałabym od uczelni do uczelni i byłabym najbardziej wyedukowaną kobietą w kraju 🙂

Niestety powinnam też była pójść na blogową środę, a nie poszłam, ale to już z innej przyczyny i bardzo mi szkoda, bo zapowiadało się fajnie:-(


Yesterday after work, I should have gone to a meeting which was arranged a long time ago, but because I did not know the participants of the meeting, I simply didn’t feel like it. It was a bit of a waste of time for me, and was a sign that i had some gaps in the sphere of assertiveness. Do you know that such a blockage before talking to strangers is a symptom of lack of assertiveness? I always thought that it is becouse of that ban at childhood: „do not talk to strangers”. And now I know that one does not exclude the other.

I learned about this at my assertiveness training, which I started two months ago.

When my husband heard that I was going to attend to such a training, he had laughed. He said I was assertive in abundance and that he already had tired with this assertiveness potential which I have, and this new one will be overstatement! 🙂

To be honest, I thought so too, until less than three years ago something happened that changed me completely and probably irreversibly. When I filled in the questionnaire qualifying me for the course, I did it only becouse I had sure that I would not qualif. The results showed that, however, I am not assertive person! I’m just like that only from time to time. I often want to please everyone around me forgetting about myself and after that I often wonder if I have done well. I worry too much too often.

I am not convinced that I will fill these gaps, because at my age I already have certain habits, but that time and fun, will for ever mine! :)) I spend two full hours of cool exercises once a week, among fantastic people, with such a sense of humor which I like the most. And you know what? If I was sure that I would be having so much fun learning at every course (or to learn and having fun), I would wander from university to university and be the most educated woman in the country 🙂

I should also had to go to the „Wednesday Blog Day”, and unfortunately I hadn’t gone, but for a different reason that in the first paragraph. It’s a pity, because it was foreshadowed as a cool event :-

Refleksyjnie

Listopad rozpoczął się bardzo pracowicie. Dużo pracy w pracy, w domu też dużo odłożonych spraw na „po świętach”. A w dodatku trochę rozleniwiły mnie 4 dni wolnego, które były wolnymi tylko z nazwy. Pewnie jak większość z Was, odwiedzając znajomych żywych i umarłych, zrobiłam od czwartku do niedzieli tyle kilometrów, ile zwykle robię przez cały tydzień. I chociaż uwielbiam i odwiedziny i spacery, to z przyjemnością następny weekend spędzę nie ruszając tyłka z domu. Taki mam plan:-)

A po powrocie do Warszawy okazało się, że lampki na grobach są passe, że już teraz, w tym momencie, natychmiast, trzeba zacząć ludzi wkręcać w kolejną świąteczną atmosferę. Czy oni myślą, że my się sami w tę atmosferę nie wkręcimy kiedy przyjdzie na to właściwa pora?

Uwielbiam okres przed świętami Bożego Narodzenia, ale przecież nie 5 listopada!! Jak mam się potem cieszyć choinką, widokiem bombek, światełek czy bałwanków, skoro zostanę nimi nafaszerowana dwa miesiące wcześniej?

No jak?

 


November began with very great effort. A lot of work at work, a lot of postponed affairs for „after holidays” at home. And in addition, these 4 days off made me sluggish, my vital signs are invisible. Probably like most of you, visiting friends …. living and dead, I made from Thursday to Sunday as many kilometers as I usually do during the whole week. And although I love visiting and walking, I will be happy to spend the next weekend without moving my ass from home. It is my plan:-)

And after returning to Warsaw, it turned out that the lamps and flowers on the graves are passe, that right now, at this moment, immediately, people have to start screwing into another festive atmosphere. Do they think that we will not get into this atmosphere alone when the right time will come?

I love Christmas, but not November 5! How can I then enjoy the Christmas tree, view of glass balls, lights trees or snowmen, since I will be stuffed with view of them two months earlier?

How can I?

Zwariowany klimat, odpowiedzialność itp /About crazy climate, responsibility, ect.

U nas 20 stopni ciepła, a na południu Hiszpanii opady śniegu! We Włoszech wichury i ulewy! Wczoraj oglądałam film z zalanej Wenecji, która nawiasem mówiąc i tak już cierpi z powodu podnoszącego się z roku na rok poziomu wody! W jednej z weneckich pizzerii pracownicy ubrani w kalosze, mimo niedogodności pogodowych, pomykali po lokalu serwując swoim gościom pizzę. Nie patrząc na niepogodę i „niedogodę”, kurczę, prawie jak na Titanicu, do końca.

I tak sobie myślę, że przecież ci kelnerzy mogli powiedzieć swojemu szefowi: „wrócę do pracy, jak to wysuszysz/ jak woda opadnie/ będą lepsze warunki/ to jest niezgodne z zasadami BHP/ nie na to się godziłem podpisując umowę”, itp. Przecież z całą pewnością oprócz obowiązków, znają też swoje prawa.

Dwa lata temu, temperatura w mojej ówczesnej pracy zimą spadała do 12 stopni. W lecie, chyba dla urozmaicenia, dach nagrzewał cały budynek do niewyobrażalnych temperatur tak, że ciężko było oddychać. A nasz szef albo oszczędzał na ogrzewaniu, albo udawał, że ciepła nie ma. Wody ciepłej do mycia rąk nie było w ogóle, a przysługującej nam latem mineralnej także nie. Wkurzaliśmy się i obiecywaliśmy sobie, że pewnego dnia po prostu nie przyjdziemy do pracy. Coś tam wspominając przy tym o inspekcji pracy, artykule 55 kodeksu czy groźbie ucieczki w chorobę. Wspominaliśmy między sobą oczywiście:-) Czasem rzuciliśmy tym i owym. W sensie mięsem:-)

Zanim ktoś powie, że współczuje tamtemu szefowi, to Wam powiem, że tego lata, w obecnej firmie, temperatura w biurze znacznie przewyższała te poprzednie, a mimo to nikt się nigdy nie poskarżył. Nikt nikogo nie chciał straszyć kodeksem pracy, ani lewym zwolnieniem, ani nie rzucał mięsem. Jak myślicie dlaczego?

Jasne, że w przypadku pizzerii w grę wchodziły również pieniądze, wizja utraty zysku, obawa, że produkty się zmarnują, ale chyba nie pieniądze przeważyły. Dla fajnego szefa, wyrozumiałego i szanującego ludzi pracownik zrobi wiele, znacznie więcej niż dla tyrana, który lekceważy i mobbinguje personel. Jestem przekonana, że łatwo wtedy przymknąć oko na drobniejsze utrudnienia, a nawet zaopatrzyć się w kalosze. Czy choćby i w parasol!:))


At Poland 20 degrees, at the south of Spain a lot of snow. In Italy, gale and heavy rain! Yesterday I watched a movie from the flooded Venice, which by the way is already suffering from the rising water level from year to year! In one of the Venetian pizzerias, workers dressed in wellies, despite the inconvenience of the weather, were scurrying around the premises, serving their guests with a pizza. Without looking at the bad weather and „inconvenience”, almost like on the Titanic, to the end.

And I think that these waiters could tell their boss: I’ll go back to work, when you dry that place/ when the water will down/ there will be better conditions/ it is inconsistent with health and safety rules/ I did not agree for that, when I signed the contract / etc. I think that in addition to duties, they also know their rights.

Two years ago, the temperature in my work, during the winter time, used to drop to 12 degrees. In the summer, perhaps for variety, the roof was heating the whole building to unimaginable temperatures, so it was hard to breathe. And our boss either saved on heating, or pretended that there was no heat. There was no hot water to wash hands for a whole year, and in the summer we did not have mineral water to which employer is obliged to buy to his staff, by Polish law. We were pissed off and promised that some day we would simply not come to work. Sometimes we were mumbling something about the labor inspection, article 55 of the labor code or about our escaping into illness.

Before someone says that he feel sorry for that boss, I will tell you that this summer in the current company the temperature in the office far outweighed those I mentioned before, and no one ever complained. Nobody wanted to scare anyone with a labor code or a false dismissal. How do you think why?

It is clear that the pizzeria issue was also about the case for money, a vision of losing profit, the fear that the products would go to waste, but probably not only about it. For a cool boss who understands and respects people, the employee will do much more than for a despot who disregards and mobbing his staff. I am convinced that every person is then able to forget about minor obstacles, even he would have to wear wellies. And even an umbrella! :))

Wieczór w klimacie Halloween/ A slightly Halloween evening

Nigdy nie lubiłam Halloween, ale wczoraj mnie naszło i pierwszy raz zabawiłam się w dyniowe wycinanki. Obiecałam Rudejblondynce, więc wrzucam zdjęcie i dyni, i całego udekorowanego tematycznie stołu. Gościom się podobało:-)

20181027_1544165101022298159854318.jpg

Miałam jeszcze kupić czarne plastikowe pająki, które widziałam w galerii handlowej, ale wyobraźcie sobie, że wykupili!:-))

20181027_1545298810995758438581724.jpg

A dynia wzbudziła szczególne zainteresowanie u mojego psa, widocznie miał nadzieję, że to piłka, a piłki uwielbia:)

20181026_2130298735578329936387975.jpg


I never liked Halloween, but yesterday for the first time I played with pumpkin cut-outs. I promised Rudablondynka, so here is a photo of pumpkin and a whole table decorated with Halloween themes. Guests liked it 🙂
I wanted to buy black plastic spiders, which I saw in some gallery, but can you imagine, that all of them were bought before :-))
And the pumpkin aroused my dog’s special interest, apparently he hoped it was a ball, and he loves balls 🙂

To nie jest notka z cyklu „kiedyś to było lepiej”!/ This is not about „once was better” !!

Zacznę od truizmu: dzieci uwielbiają się bawić, a bawiąc zapominają o całym bożym świecie. Tak było, jest i pewnie będzie. Będzie?

Pamiętam, że gdy ja byłam mała, z niecierpliwością czekałam na wyjście na dwór, szybko więc wracałam ze szkoły i odrabiałam lekcje, bo wiedziałam, że w przeciwnym razie mama mi nie pozwoli wyjść. W sumie, to jak tak dzisiaj sobie przypominam tamte czasy, to ona mi wcale nie zabraniała, a nawet nie sprawdzała, czy rzeczywiście ja te lekcje odrobiłam. Miała zaufanie, no i przecież chodziła na wywiadówki.

W każdym razie, jak już wyszłam, to mogłam sobie pohasać ile tam chciałam (a chciałam zwykle tyle, ile wtedy było wolno, czyli do zmroku), a potem wracałam do domu, jadłam kolację, oglądałam coś tam w tv lub nie, myłam zęby lub nie (to drugie jak zasnęłam nad książką) i szłam spać. Pamiętam, że wygodne łóżko, wspomniana książka i puszysta kołdra zawsze były w stanie mnie w końcu skusić i uśpić 🙂

A wiecie, że dzisiaj jest inaczej?

Na pewno wiecie, ale nic z tym nie jesteście, w stanie zrobić. A może jesteście?

Bo dzisiaj dzieci może i chętnie wychodzą z domu, ale też chętnie w tym domu siedzą. One kładą się spać ze smartfonem i z nim się budzą. Lekcje zaczynają odrabiać po godzinie 22, kiedy jakimś cudem uda im się odessać od laptopa, ale nawet wtedy uczą się wciąż zerkając na portale społecznościowe.

Dzisiaj przeczytałam, że blisko jedna trzecia nastolatków (15–17 lat) odrabia lekcje lub przygotowuje się do zajęć po godz. 22, a prawie co dziesiąty na godzinę przed północą. Wieczorno-nocne odrabianie lekcji dotyczy także co siódmego 10–14 latka. Już coraz młodsi, coraz później kładą się spać, a potem wstają niewyspani i idą do szkoły jak zombie. I tak w koło Macieju. Zwykle już te kilkunastoletnie dzieciaki wspomagają się kawą, którą ja polubiłam dopiero na studiach lub energetykami, których nie lubię wcale.

Cyfrowe dzieci (tak się je dzisiaj nazywa) tyją, są zmęczone i niedospane, mają trudności z koncentracją, i przyswajaniem wiedzy. I wiecie co one jeszcze mają?

Przechlapane.

PS. Żyję. Sos grzybowy (patrz notka Jesiennie/ Autumn) był rewelacyjny!!


Let me start with the truism: children love to play and then they forget about the whole of God’s world. It was, it is and it will be. Will be?

I remember that when I used to be young, I was looking forward to go outside, so I was coming back from school quickly and did my homework because I knew that my mother would not let me out. To be honest, when I remind those times today, she did not forbid me, and did not even check if I did my homework. She had confidence, and after all, she also had parent – teachers evenings.

Anyway, when I was going out, I could go to have fun for as long as I wanted to (but I usually wanted as long as my mather let me ;-)), and then I was coming back, ate dinner, watched something on TV or not, I brushed my teeth or not (I didn’t only when I fell asleep reading a book) and went to sleep. I remember that a comfortable bed, said good book and a fluffy quilt were always able to finally tempt and make me asleep 🙂

And you know that today children have different life?

You know for sure, but you can’t do anything about it. Can you?

Because today children maybe often go out but also willingly stay at home. They go to sleep with a smartphone and wake up with it. They start doing homework after 10 pm, when they somehow manage to suck away from the laptop, but even then they learn still looking at social networking sites.

Today I read that nearly one-third of teenagers (15-17 years) do homework or prepare for classes after 22 pm., and almost every tenth, of an hour before midnight. Night-time homework also applies to every seventh 10-14 year old. The younger start to learn the later and they get up sleepy and go to school like zombies. And so all over again. Usually, these young children support theirselves throught coffee, which I started to like when I was a student or energetic drinks, which I do not like at all.

Digital children (as they are called today) are getting fat, always tired and unwell, have difficulties concentrating and learning. And do you know what else they have?

Screwed.

PS. The mushroom sauce (see note Jesiennie / Autumn) was sensational !! And I’m still alive:-)