Iść z duchem czasu/ To move with the times

phneZUS od zawsze próbuje walczyć z symulantami. Wiadomo, o swoje interesy to on potrafi dbać, jak nikt. Niektórzy z Was, być może nawet doświadczyli nieoczekiwanej wizyty urzędników tej instytucji we własnym domu gdy byliście chorzy, a jeśli z jakiegoś powodu Was w nim nie było, to doświadczyliście również przesłuchania na, specjalnie w tym celu powołanej, komisji lekarskiej.

Dzisiaj ciągle jeszcze bywają tego typu naloty, jednak podejrzewam, że ZUS-owi brakuje już chyba rąk do pracy (nóg w sumie też:-), bo chce coś przeorganizować. Może i symulantów jest więcej niż dawniej, ale tu moja uwaga: jeśli po wyborach, kolejna władza ponownie wydłuży wiek emerytalny, to Drogi Zusie, ilość symulantów na pewno wzrośnie. Ale będą to symulanci, na co dzień symulujący zdrowie.

No wiec ZUS wymyślił, że zamiast wizytować chorych, będzie dzwonić do nich do domu, na te domowe stacjonarne, lub wysyłać emaile. Że niby jak chory nie odbierze telefonu, to znaczy, że go nie ma w domu, a to z kolei znaczy, że nie jest chory! Genialne w swojej prostocie!

Tylko zastanawiam się, jak ten ZUS zadzwoniłby do mnie? Ja nie mam stacjonarnego już od 10 lat:-)

Jakim dowodem ma być odebrany e-mail, skoro odpisać można na niego nawet w telefonie?

Continue reading „Iść z duchem czasu/ To move with the times”

Reklamy

Weekendowo/ On the topic of weekend

Weekend zapowiada się średnio ciekawie. Niestety przeziębienie, które przeszłam niedawno, zostawiło po sobie bardzo niemiłe wspomnienie. Mam tak okropny, dudniący kaszel, że trochę się go już wstydzę, zwłaszcza gdy złapie mnie akurat w autobusie lub na służbowym spotkaniu, ale znacznie bardziej się martwię.

Co dziwne kaszel nie łapie mnie na siłowni, więc nie mam wymówki i po pracy pójdę jak zwykle, wypocić kolejne dekagramy 😉

Natomiast wieczorem dam sobie postawić bańki. Liczę na wzmocnienie układu odpornościowego, ale nie mam nic przeciwko temu, żeby zadziałały również relaksacyjnie. Podobno stawienie baniek łagodzi napięcia i stresy, poprawia krążenie, więc po kilku takich zabiegach czujemy się pełni energii i rześcy.

A niech poprawi co tam ma poprawić, bo naprawdę kiepsko się czuję!

Jedynym minusem jest to, że po bańkach nie wolno wychodzić z domu, a pierwszy dzień  najlepiej w ogóle spędzić w łóżku.

No jakże mi przykro, że po prostu będę musiała poleżeć w łóżku, z książką w ręku, komputerem na kolanach… i ewentualnie pilotem w zasięgu wzroku, zamiast się wziąć za sprzątanie  😉

images (7)

The weekend promises to be moderately interesting. Unfortunately, the cold I have just gone through, left a very unpleasant memory. I have such a horrible, throbbing cough that I am a bit ashamed, especially when it catches me in a bus or at a business meeting, but I am much more worried.

It is pretty strange but the cough does not catch me at the gym, so I do really not have an excuse and after work I will go as usual, to sweat the next decagrams up 😉

In the evening, I will let me to do a cupping therapy on back. I am counting on strengthening the immune system, but I have no objection to its relaxing possibility. Apparently, that therapy relieves tension and stress, improves circulation, so after a few such treatments we feel full of energy and briskness. Let it improve what can be improved there, because I really feel bad!

The only disadvanture is that you can’t leave the house after the therapy, and you should stay in bed at the first day after.

Well, I’m so so sorry that I will just have to lie in bed… with a book in my hand, a computer in my lap … and possibly a remote control in sight, instead of doing houseworking 😉

 

Walka o przetrwanie

Ten tydzień był, a właściwie przez najbliższe 8 godzin ciągle jest, prawdziwą walką o przetrwanie.

Nie mam grypy. Wiem, bo wczoraj w końcu wybrałam się do lekarza. Będąc przekonana, że zaraziłam się od męża (i na pewno tak było, tyle że ja mam nieco lżejszy przebieg), leczyłam się tym, co on, tj. coldrexem i witaminami. Pan doktor stwierdził, że to bardzo dobrze i że na tym poprzestać. Nadal jednak mam okropny kaszel i to ten, którego nie lubię najbardziej (o ile w ogóle jakikolwiek można lubić), suchy, drażniący, napadowy, dlatego jedyny lek, który dostałam ponad to co biorę, to uwielbiany przez młodzież thiocodin. Listek, btw. wiecie, że jednorazowo się więcej w aptece nie kupi? Na pewno wiecie.

Mi ten listek wystarczy na 5 dni, oni (młodzież) potrzebują dwóch lub trzech naraz.

Ale to temat na inny post.

W związku z tym, że jest to lek opioidowy, liczyłam na lekką fazę, która sprawiłaby, że dzień stanie się znośniejszy, tymczasem rozbolała mnie głowa, zrobiło mi się niedobrze i w ogóle jest do dupy.

Jak tu iść do pracy?

A tak prosiłam/ I asked him

żeby nie zaraził i zaraził!

Nawet spaliśmy osobno, czym mocno skonfundowaliśmy naszego psa, który wieczorem nie wiedział czy ma iść do pokoju po lewej, czy po prawej. Więc w końcu stanął między nimi, przyjmując pozę pod hasłem „no przecież się nie rozdwoję”.

No!

A dzisiaj mąż został w domu, bo mógł, a ja poszłam do pracy, bo musiałam. Zakichana i kaszląca. Jeszcze mnie nie rozłożyło całkiem, więc stosuję środki zapobiegawczo perswazyjne. Do tej pory wypiłam 3 herbaty, obficie zakrapiane cytryną. Ci co mnie znają, wiedzą że zdrowa Beata herbaty nie tyka, tylko i wyłącznie kawę.

Chora odrzuca kawę i przechodzi na witaminowo teinowy mix, naiwnie licząc na cud.

Obawiam się jednak, że tym razem cudów nie będzie, gardło mam zdrapane niczym gospodyni wiejska ręce po wykopkach.

Najgorsze, że to już jakaś cholerna tradycja! Za każdym razem, w każdej nowej pracy chorowałam w trakcie próbnego okresu, wtedy kiedy najbardziej zależało mi na dobrej formie.

Złośliwość losu, czy próba charakteru?:-) Continue reading „A tak prosiłam/ I asked him”