Taka sytuacja, czyli człowiek człowiekowi

Na dole grający skrzypek, w długim płaszczu, z siwymi włosami niedbale wystającymi spod czarnego beretu. Podobno dawny artysta Filharmonii Lubelskiej, a dzisiejszy uliczny grajek, zarabiający na życie na deptaku, a w ciepłe jesienne weekendy, na cmentarzu. Ludzie chyba go lubią, skoro widuje się go w tym samym miejscu od 15 lat.

Na górze, w mieszkaniu czynszowej kamienicy, tuż nad miejscem, w którym mężczyzna codziennie rozkłada swój muzyczny warsztat, pan Marek, od wielu lat chory na Parkinsona. Z powodu choroby mężczyzna od pewnego czasu mało wychodził z domu, ale od kiedy wszczepiono mu aparat do stymulacji mózgowej przestał całkiem. Co mu pozostało? Myślę, że to co innym w jego sytuacji i w zależności od etapu choroby: wyglądanie przez okno, wsłuchiwanie się w dźwięk żyjącego miasta, telewizja, książki, może, jeśli jeszcze kontroluje własne ciało, komputer.

Podobno po wszczepieniu aparatu, kiedy tylko skrzypek zaczynał grać, zwłaszcza przy akompaniamencie magnetofonu (co btw jest wykroczeniem w miejscu publicznym), stany chorobowe pana Marka momentalnie się nasilały.

No więc na początku były prośby, aby skrzypek zmienił miejsce koncertowania. Gdy jednak ciągle wracał w to samo miejsce, prośby przeszły w groźby skierowania sprawy do sądu. Muzyk powoływał się na swoje prawo do wolności twórczej i artystycznej. Żalił się, że stosuje się wobec niego ostracyzm społeczny, że rodzina chorego najzwyczajniej w świecie go oczernia. Stworzył mapkę miejsc, w których grywa, a z której wynikało, że mieszkanie chorego znajduje się wystarczająco daleko. Tylko, że to podobno nie do końca prawda.

Trzeba pamiętać, że to co dla jednych jest cudownym, darmowym koncertem, dla innych może się stać nieznośnym rzępoleniem. Będąc człowiekiem uziemionym we własnym mieszkaniu, skazanym na słuchanie w kółko tych samych przebojów, po jakimś czasie, można mieć dość. Ale dziwi, że nikt nie przeprowadził badań poziomu hałasu w mieszkaniu pana Marka, to przecież byłby namacalny dowód w sprawie.

Nie chcę oceniać, kto ma „mojszą rację”. Po części pewnie mają ją obaj panowie, choć w sądzie wygrał skrzypek. Jednak….. Gdzie się podziała stara, dobra empatia? Przemyślenia w stylu: co prawda zarabiam na życie, ale skoro moja muzyka komuś przeszkadza, to zmieniam miejsce. Lub: owszem jestem bardzo chory, ale dzięki Bogu nie muszę koncertować na mrozie! Takie zwykle ludzkie współczucie.

Poza tym, na deptaku i Starym Mieście jest naprawdę tak wiele fajnych, uczęszczanych przez potencjalnych słuchaczy miejsc, że nie trzeba się kłócić o to jedno jedyne.

Natura łowcy

Nudził ją z tymi wiecznie wpatrzonymi w nią z zachwytem oczami.
Naprawdę było jej go  żal, ale co mogła zrobić?
Miała naturę łowcy, potrzebowała tej adrenalinki tropienia zdobyczy, deptania po piętach ale tak, żeby ofiara nie wiedziała, że jest tropiona. Ofiara miała potem myśleć, że wszystko co się wydarzyło jest tylko i wyłącznie jej (JEGO) inicjatywą. Tymczasem Dorota doskonale znała psychikę mężczyzn i wiedziała, który guziczek i w którym momencie nacisnąć, żeby działało. Zawsze działało.
Ale potem… nuda.
Siedzi toto wpatrzone w nią, gotowe spełnić każdą zachciankę, planuje już w myślach wspólne życia, a ona… dusi się. Pragnie znowu powiewu wiatru we włosach, tego pędu nie wiadomo dokąd, radości flirtowania z kimś zupełnie nowym.
Bo jej problemem nie jest pragnienie miłości. Miłość zwykle bywa taka sama. Jej problemem jest pragnienie nowości. Chciałaby, o wiele bardziej od udanego seksu, chociaż raz zostać zaskoczoną, chociaż raz zdziwić się, choćby własnym niepowodzeniem. Chciałaby z tłumu imion móc zapamiętać to jedno, wyjątkowe, warte utrwalenia. Uczucie? Jeszcze nigdy się nie zakochała.
 

 

PS. To słowa kogoś, z kim ostatnio piłam kawkę na deptaku. Kiedy powiedziałam, że brakuje mi czasu i weny do napisania kolejnego postu, stwierdziła, że to co za chwilę powie z pewnością idealnie się wpasuje w charakter  bloga…

Oczywiście imię zmienione, żeby nie było…. 🙂