No i otóż mamy wiosnę

Za moim blokiem również.

Wczoraj, po porannym spacerze z czworonożnym terrorystą, stwierdziłam po raz kolejny, że przyszło mi mieszkać w baaaardzo dziwnym miejscu. Front budynku upiększony szerokim pasem zieleni, obsadzony bujnym żywopłotem, na wiosnę obsypany białym kwieciem, tuż obok zielona ławeczka, plac zabaw dla dzieci. Takie ą, ę, dziękuję, przepraszam, wszystko bardzo ładne, estetyczne i w ogóle.

A z tyłu bloku?

MASAKRA!

Naprawdę, jeśli ktoś myśli, że psie kupy są w mieście największym problemem, to się grubo myli. W mieście problemem są ludzie!

A zwłaszcza ci, którym wydaje się, że są tacy szlachetni, bo dokarmiają. W zasadzie nie wiem kogo, ale sądząc po tym, co bywa na trawniku z tyłu bloku, dokarmiają wszystko, co się rusza: od gadów i płazów, przez dzikie i bardziej udomowione ptactwo, po wszelkiej maści zwierzęta. No i oczywiście owady! Głównie muchy. Ludzi raczej nie, bo wszystko zalega tam, gdzie zostanie fantazyjnie wyrzucone przez kuchenne okno. Za to nie trzeba tyłka ruszać, żeby przejść dwa kroki do zsypu, prawda? I to bezcenne poczucie spełnienia dobrego uczynku…

Dzięki Bogu wszystkie okna kuchenne w tym bloku wychodzą na tylną stronę budynku, w przeciwnym razie mielibyśmy taki sam widok również z przodu.

Tak więc, wychodząc na spacer z psem mogę w zasadzie bez trudu skomponować ostatnie menu sąsiadów. Na trawniku ląduje niedojedzona sałata, jakieś pomidory, czasem zwykłe pajdy wysmarowanego masłem lub całkiem suchego chleba. W poniedziałek rano było na bogato, wiadomo po niedzieli, dlatego obraz dopełniały kolorystycznie resztki papryczki, tu i ówdzie gotowana marchewka, kawałki niedojedzonego kurczaka czy kiszone ogórki. Ale na głowę biła wszystko inne, panosząca się przy rynnie, kupa wysmarowanego czerwonym sosem spaghetti.

MASAKRA!

Psie kupy zutylizuje najbliższy lub kolejny deszcz, a to?? Można sobie wyobrazić, jak po kilku dniach będzie wyglądała trawa z resztkami gnijących warzyw i owoców. Przyblokowy rynsztok.

I teraz już się wcale nie dziwię, że widuję za blokiem jeże, szwendające się bezpańskie,a  może nawet pańskie, koty i psy. Kilka dni temu przebiegł tuż przed moim nosem mały lis!

PS 1. Szanowni Państwo, wrony może ogryzą mięso (jak mnie zapewniała wczoraj sąsiadka wyrzucając swoje resztki), bo to są ptaki wszystkożerne, ale na pewno pozostawią kości kurczaka, które w końcu skuszą łakomego psiaka lub kota, a on z całą pewnością nie wie, że te drobiowe łamią się wzdłuż i mogą mu uszkodzić jelita.

PS. 2.  O tym, jakie szkody przynosi dokarmianie ptaków w okresie od wiosny do jesieni już pisałam, więc nie będę się powtarzać (TU).

PS. 3. Wyrzucanie przez okno śmieci, zużytych pampersów i resztek niekulinarnych, które również za blokiem widuję, to już temat na inną notkę.

Reklamy

Podziobią nas kruki i wrony

Kilka dni temu, korzystając z dobrodziejstw siłowni, biegłam w nierealną siną dal wyglądając przez okno.

W pewnym momencie zauważyłam, że do czarnego, nie muszę nadmieniać, że pięknego BMW, próbuje się dostać dwóch panów. Próbuje, ponieważ dostępu do auta bronią dzielnie dwie ogromne wrony (a może to były kruki?). W każdym razie wielkie bestie, o wiele większe od gołębi, w szaroczarnym kolorze upierzenia. Trzecia usadowiła się na dachu auta, prawdopodobnie uznając, że oto właśnie wybrała dogodne miejsce na gniazdo (czy to jest pora na wicie gniazd?). Kiedy tylko panowie podchodzili do drzwi, dwie pilnujące wrony pikowały ostro w dół, skrzecząc przy tym donośnie i trzepocząc gniewnie skrzydłami. Wyglądało to tak, jakby naprawdę chciały dziobnąć ich w głowę.

Naturalnie przypomniały mi się „Ptaki” Hitchcocka, chociaż sytuacja nie była tak groźna jak w filmie i panom udało się odjechać bez szwanku. Jednak kilka dni później wyczytałam w „Metrze”, że to nie jedyny przypadek takiego ataku w Warszawie. Na Saskiej Kępie mówi się o istnej pladze atakujących ptaków.

Jak zwykle winni są ludzie, którzy źle rozumieją kwestię dokarmiania ptaków i pragną pomagać im także w tych porach roku, w których powinny one szukać pożywienia samodzielnie i to poza miejscami zamieszkałymi przez ludzi. Skoro jednak podaje im się jedzenie jak na dłoni, idą na łatwiznę i z czasem zaczynają traktować osiedlowe skwerki, jako własne żerowisko, o które należy walczyć, gdy pojawi się ktoś, kogo uznają za intruza.

Gazeta podała, że niedawno podziobały i pobiły skrzydłami starszą kobietę, a administracja osiedla i straż miejska nic w tej sprawie nie mogą zrobić, bo pewnie nie ma wytycznych, natomiast mieszkańcy obawiają się o własne dzieci, które mogą nie mieć tyle siły by opędzić się od atakujących skrzydlatych „potworów”.