Jak nie wydałam e-booka/ How I did not publish my own e-book

Dzisiaj co drugi bloger wydaje, lub chciałby wydać e-booka. To rzeczywiście może być fajne kompendium wiedzy o blogu, a jeśli blog jest tematyczny, profesjonalny to sądzę, że nawet warto to zrobić. E-booki są reklamowane na stronie wydawcy, bloger zdobywa dodatkową reklamę, a jako bonus – czasem coś mu wpadnie do kieszeni. Piszę „coś”, bo nie wierzę, że e-booki blogów sprzedają się jak świeże bułeczki.

Ale może i się sprzedają:-)

I teraz wyobraźcie sobie, że ja dostałam kiedyś propozycję wydania e-booka. Wow, prawda?:-)

9 lat temu napisał do mnie przedstawiciel Legimi i zaproponował współpracę, a ja… jeszcze zielona w tematyce e-bookowo-czytnikowej (nie miałam nawet pojęcia o istnieniu Kindle, to był czas, gdy Amazon dopiero wychodził ze sprzedażą poza USA), dbając o anonimowość, na której mi wtedy bardzo zależało, (w sumie za cholerę nie wiem czemu:-), nie zdecydowałam się na podpisanie umowy. Wydawało mi się też, że to trochę bez sensu, bo po co komuś e-book (płatny czy darmowy), skoro można sobie wejść na stronę Blog Caffe i czytać do woli. Jeszcze wtedy nie sądziłam, że taka forma książek się przyjmie i że będzie to rewelacja.

Przyznaję też, że obawiałam się chłodnego przyjęcia i w efekcie, późniejszego wstydu.

Dzisiaj, z perspektywy lat, mogę powiedzieć jedno, trzeba chwytać okazje! Jeśli dostajecie prezent od losu, nawet taki zupełnie nie brany pod uwagę, a może nawet niechciany – przemyślcie wszystkie za i przeciw, zanim go odrzucicie. Ja dzisiaj żałuję:-) Miałabym go na swoim koncie i teraz, w czasach, gdy jeśli sam się nie pochwalisz, to nikt tego nie zrobi – mogłabym się nim chwalić bez zażenowania, prawda? 🙂

Czytaj dalej „Jak nie wydałam e-booka/ How I did not publish my own e-book”

Teraźniejszość czy niedaleka przyszłość?/ Present day or near future?

Nieodmiennie mnie śmieszy:-)

images1111

At Library: How cool! I didn’t know that books are also issued in paper version!

Z kim ten weekend?

Wczoraj zaszalalam z e-bookami. Mam kilka fajnych książek, fajnych, sprawdzonych autorów.

I dylemat, od której zacząć? 🙂

Pięciu naraz czytać będę, chociaż wiem, że niektórzy tak robią. Ja nie mam w zwyczaju, nie potrafię, gubię się wtedy i mylę fakty.

Wystarczy mi moja historia sprzed kilku lat. W tv lecial jakiś polski film. Jak włączyłam już trwał, wiec tak tylko rzucałam okiem. No dobra, może nie byłam zbyt skupiona. W każdym razie, w przerwie poszłam zrobić herbatę, a kiedy wróciłam nie mogłam zrozumieć, dlaczego główny bohater jest z inną kobietą, zachowuje się dziwnie i ma wasy. Jak wychodziłam nie miał! Okazało się, że mój mąż w tym czasie, gdy byłam w kuchni przełączył kanał na jakiś inny i tak się akurat złożyło, że grał ten sam aktor, chyba nawet kilku. Wiecie jak to jest, Karolak, Wieczorek i Wieczorkowski są wszędzie! Nie przeszkadza mi to jakoś strasznie, ale przez dobrą chwilę patrzyłam i główkowalam „k…, o co chodzi?”:-)

Wiec z całą pewnością podobnie byłoby, gdybym czytała kilka książek jednocześnie.

Tak więc pytanie powraca: z kim mam spędzić ten weekend? 🙂

Między słowami

Dostałam Kindle*!

Dwa tygodnie temu, ale nie miałam czasu się nim wcześniej pochwalić, bo przecież musiałam go przetestować i tak mnie wciągnęło, że testuję, testuję i ciągle mi mało! Dopiero dzisiaj wymusiłam krótką przerwę na notkę:)

Kindle

Zastanawiałam się od czego zacząć, żeby się przekonać, czy prezent jest trafiony. „Inferno” Dana Browna od dawna było na mojej liście must read, więc poszło na pierwszy ogień i okazało się, że z wielu względów nie mogłam trafić lepiej. Po pierwsze tematyka. Dan Brown porusza dosyć mi ideologicznie bliskie, bo racjonalnie wytłumaczalne, kwestie transhumanizmu. Po drugie: akcja toczy się (przynajmniej do połowy książki) we Florencji, a ja ciągle jeszcze mam w pamięci Ponte Vecchio, Il Duomo, czy Ogrody Boboli. Jak miło było powspominać, poszperać przy okazji w zdjęciach. Czytając książkę uświadomiłam sobie (co w sumie jest dosyć oczywiste, biorąc pod uwagę zabytkowy charakter Florencji), że kilka fajnych miejsc przegapiliśmy. No cóż, trzeba się będzie jeszcze kiedyś wybrać.

A wracając do czytnika.

Jeśli ja, miłośniczka książek w ich wersji papierowej, fanatyczka szperania w bibliotecznych zakamarkach w poszukiwaniu tej jedynej, ja kochająca zapach zakurzonych stron, ja zwolenniczka wychodzenia do ludzi, więc jeśli ja doceniłam zalety czytnika, to znaczy, że po prostu jest tego wart.

Książek mieści się w nim mnóstwo, a w torebce zajmuje tylko jedno małe, cieniutkie miejsce. Można zaznaczyć przeczytany tekst, zrobić notatki, lub od razu sprawdzić zaznaczenie w Wikipedii czy w necie.

Odnoszę też wrażenie, że czyta się szybciej. W niedzielę przeczytałam książkę „Zanim zasnę”, która w wersji papierowej ma aż 400 stron. Może to dlatego, że nie trzeba ich przekręcać, wystarczy delikatny dotyk (w czytnikach dotykowych oczywiście). Ja dostałam Kindla z okładką, która po zamknięciu pełni nie tylko funkcję ochronną ekranu, ale też stanowi pewnego rodzaju zakładkę, zamraża ekran w miejscu, w którym skończyliśmy czytać.

Niewątpliwe trafiłam też na kolejną rewelacyjną książkę, od której nie mogłam się oderwać, nawiasem mówiąc jej ekranizacja właśnie trafiła do kin. Gra mój ukochany, rewelacyjny aktor, Colin Firth. Ale o nim innym razem:-)

* Jest wiele dobrych marek czytników, ja doceniam to, że mój jest dotykowy, lekki i ma podświetlany ekran, który pozwoli na czytanie w półmroku.