W królewskich klimatach/ In royal climates

Megan Markle, nagrabiła sobie ostatnio w Wielkiej Brytanii, ponieważ chcąc obejrzeć grę swojej przyjaciółki Sereny Williams, pojawiła się na Wimbledonie z dwoma amerykańskimi koleżankami, będąc ubrana w jeansy, czarny top i szalony wakacyjny kapelusz. Jako przedstawicielka rodziny królewskiej na pewno wiedziała, że jeansy są na Wimbledonie zabronione, a wejście w nieformalnym stroju do  tzw. royal boxu – uważane za nietakt. Wkurzyła Brytyjczyków również tym, że po obejrzeniu rozgrywki Seleny, opuściła kort, nie czekając na grę brytyjskiego tenisisty, co wg. jego fanów było wyrazem zlekceważenia i tenisisty, i brytyjskiego sportu, a może nawet całej Wielkiej Brytanii:-)

Ta historyjka może stanowić wyjście do rozważań na nieco inny temat. Mianowicie, czy człowiek będący osobą publiczną, a szczególnie na bardzo wysokim stanowisku, odgrywający ważne role społeczne, może sobie zrobić przerwę od przestrzegania zasad i trzymania ściśle wyznaczonego poziomu? Wychodząc za mąż za księcia Sussexu, Megan wiedziała, że będzie musiała pożegnać amerykańskie wyluzowanie i zacząć spełniać oczekiwania społeczeństwa związane z książęcą pozycją. Przez nieco ponad rok udało jej się zdobyć sympatię narodu, i nawet gdy popełniała od czasu do czasu jakieś faux pas, ratowała się sympatycznym uśmiechem, pokazując jednocześnie, że się naprawdę stara sprostać. Po roku ta sama Megan oznajmia dziennikarzom, że nie życzy sobie robienia zdjęć i wyskakuje w dżinach na imprezę o randze światowej, jak to zrozumieć? Próbuje przełamać jakiś schemat, walczy z etykietą, promuje nowoczesność? A może znudziła się byciem księżną (gdyby żyła księżna Diana, miałaby na ten temat nieco więcej do powiedzenia), lub naiwnie uznała, że jak zabroni, to nikt nie zarejestruje jej nieprzepisowego stroju (w dobie telefonii komórkowej?;-)).

W każdym razie w UK zawrzało, bo jak to? Za drzwiami pałacu, Megan Markle przestaje być dziewczyną z Los Angeles, która idzie sobie z koleżankami na mecz.  Staje się księżną Sussexu, która ma godnie reprezentować nową ojczyznę. „Jeśli chcesz prywatności, nie przychodź na Wimbledon i nie siadaj na królewskich miejscach [w dodatku za darmo] ” – skomentował wydarzenie jakiś brytyjski dziennikarz. 

A jak to się ma  do sytuacji w Polsce? Czy osoby pełniące wysokie role społeczne, znane z ekranów telewizyjnych, aktorzy, celebryci, politycy, osoby sławne, mogą nagle zażądać od społeczeństwa, żeby to społeczeństwo traktowało ich tak samo, jak wtedy, gdy nie byli znani? Żeby dziennikarze przestali polować na wywiady, nie włazili z butami w życie prywatne, paparazzi nie pstrykali zdjęć z ukrycia, a fani nie prosili o wspólne selfie? Ja myślę, że jak się coś raz zobaczyło, to już się nie odzobaczy, i zapamiętana z mediów osoba, jeśli ją polubiliśmy, pozostanie w naszej pamięci. Ta znienawidzona zresztą też:-) Można oczywiście na ulicy na nią nie reagować, ja zwykle nikogo nie zaczepiam wychodząc z założenia, że skoro mam swój wolny czas, to ktoś inny też ma do niego prawo. Z drugiej strony, bardzo często słyszę, że aktorzy, celebryci, sławy, bardzo lubią, jak się ich na ulicy zauważy, zaczepi mówiąc coś miłego, bo przecież to jawny sygnał, że doceniamy wykonywaną przez nich pracę. Ja też myślę, że to znacznie lepsze, niż obojętność:-)

Wiele z tych osób i tak udostępnia swój wizerunek posiadając otwarte konta w mediach społecznościowych. Pokazują swój dom, pracę, dzieci, wysyłając niepisane zaproszenie do stworzenia bliższej relacji z widzem, czytelnikiem, fanem. Jednak to nie zmienia faktu, że jeśli już mamy wiedzę, iż ktoś stawia granicę prywatności, to zdecydowanie nie powinniśmy jej przekraczać. Bo każdy ma prawdo do własnej przestrzeni.

Z wyjątkiem Megan Markle i rodziny królewskiej?

Czytaj dalej „W królewskich klimatach/ In royal climates”

Reklamy

Takie zmiany….

10 lat temu założyłam konto w Kurniku i przez jakiś czas grałam on-line w zmodyfikowaną, spolszczoną wersję scrabble: literaki. W trakcie kilkunastominutowej partii można było pograć, porozmawiać i dostrzec nie tylko jaki jest poziom gry przeciwnika, ale też poziom jego kultury. W literakach było wyjątkowo. Zdarzały się oczywiście niemiłe wyjątki, ale najczęściej gracz zasiadający do gry najpierw witał się grzecznie z przeciwnikiem, pytał czy może się przysiąść do wirtualnego stołu, a potem dziękował za rozgrywkę. Niezależnie od tego czy wygrał, czy nie.

W innych grach bywało różnie. Najgorzej w 3-5-8. Tam zdarzało się graczom rzucać mięsem, po przegranej grze wypraszać od stołu, ostentacyjnie blokować przeciwnika, jakby własny niefart był zasługą tego drugiego. Chore klimaty, dlatego mimo że lubię karty, pozostawałam przy scrabblach.

Potem przez wiele lat albo w ogóle nie zaglądałam do Kurnika, albo robiłam to bardzo okazjonalnie.

Kilka dni temu znowu założyłam konto. Oczywiście zaczęłam grać w literaki:)) Poza estetyką, nieznacznie zmodyfikowanymi zasadami, niby wszystko to samo. A jednak…. Różnicę zauważyłam już po kilku grach.

Pierwszy gracz bez słowa zasiadł do mojego stołu, ani cześć, ani pocałuj mnie w d….. Najwyraźniej uznał, że robi mi łaskę, że nie zna mnie, więc ta cała grzecznościowa otoczka jest zbędna. Po przegranej partii bez słowa opuścił pokój, zapominając o podziękowaniu i gratulacjach:-) Niemal usłyszałam trzaśnięcie kurnikowych drzwi. W sumie, może powinnam się cieszyć, że mnie nie zwyzywał.

Czy to te same literaki, które dawniej przyciągały fajnych, znających zasady fair play, lub zwykłego savoir vivre, graczy? Zawsze zdarzali się ludzie, dla których były ważniejsze punkty niż dobra zabawa, ale mimo to wykazywali pewne minimum. Zmiana na gorsze zawsze dziwi i rozczarowuje.

Tak, jak zdziwił mnie e-mail od pewnego kolegi, który po długim okresie niewidzenia się, zamiast „cześć”, „co słychać”, czy „kopę lat minęło”, zapytał, czy nadal pracuję tu gdzie pracowałam i czy moja firma sprzedaje, to co sprzedawała. Bo co? Bo jego firma chce kupić? Tego nie wyjaśnił, w tym miejscu skończył się e-mail. Kropka zamiast pozdrowienia.

Czy w biznesie nie obowiązuje etykieta? 🙂