Aż po horyzont

Jadąc z Lublina do Warszawy przez Ryki, Kołbiel a potem Zakręt, musimy w końcu wjechać w ulicę Bronisława Czecha. Tworzą ją dwie dwupasmówki rozdzielone pasem zieleni, tak równe i proste, że w którymś momencie, na horyzoncie wyraźnie zaczyna majaczyć Pałac Kultury, ciągle jeszcze oddalony o kilkanaście kilometrów. Uwielbiam ten moment. Dla jasności, nie ma znaczenia, że to akurat Pałac Kultury (chociaż ja akurat go lubię) i Warszawa (którą też lubię bardzo). Tak samo reaguję,  gdy po kilkugodzinnej podróży do Zakopanego, w końcu widzę zarysy Tatr. Magia horyzontu, wbrew logice, utrzymuje mnie przez tę ulotną chwilę w przeświadczeniu, że przenikająca się odległość i przestrzeń jest w jakiś cudowny sposób cząstką mnie, a czas staje w miejscu.

Niedawno odkryłam  „lubelski horyzont”, panoramę Starówki  z imponujących rozmiarów Katedrą, widzianą z tej strony miasta, której właściwie nie znam. Szkoda, że tego dnia niebo było za mgłą.