Nielubiane „pierwszeństwo” czyli kasy dla uprawnionych

Każdy, kto choć raz był w hipermarkecie, przyzna mi rację, że cała radość i nadzieja na szybkie zrobienie zakupów kończy się w kolejce do kasy. Czasem kończy się tam również obycie, takt i kultura osobista, a ich miejsce zajmuje grubiaństwo, tumiwisizm i znieczulica.

Często negatywne emocje wzbudzają w kolejkowiczach osoby mające uzasadnione prawo do tego, żeby załatwiać swoje sprawunki bez konieczności stania w kolejce, jak np. kobiety w ciąży, osoby niedołężne, kalekie, z małymi dziećmi. Ci wszyscy, dla których uruchomiono ostatnio w większych marketach tzw. Kasy pierwszeństwa.

Ostatnio wyczytałam, że pewien 50-latek, na widok kobiety w zaawansowanej ciąży, która chciała skorzystać z przysługującego jej pierwszeństwa, stwierdził, że przecież jeszcze nie rodzi, więc może sobie  postać. Sapiąc dodał, że każdemu się spieszy.

Cóż, nigdy nie będę panem po 50-tce, więc pewnie nigdy nie zrozumiem takiego sposobu myślenia, ale nie trzeba być kobietą, żeby wiedzieć, że ostatnie miesiące ciąży nie należą do lekkich, nawet jeśli przebiega ona prawidłowo i bez komplikacji. Nie trzeba być kobietą, żeby wiedzieć, że ciąża jest stanem specyficznym, że kręgosłup boli jak diabli, puchną nogi, żyły pieką jakby miały eksplodować, kobieta czuje się jak wieloryb stąpający po tafli lodu, miewa zgagę i ucisk płodu na różne narządy wewnętrzne, a samopoczucie to jedna wielka huśtawka rozbuchana hormonami. Kto miał to niewątpliwe skądinąd szczęście,  by żyć pod jednym dachem z ciężarną, to wie.

Poza tym wkurza mnie wywoływanie awantury z powodu czegoś, co przecież jeszcze dekadę temu było naturalną formą dbania o kondycję ciężarnej, formą stwarzania jej warunków jakiegoś bezpieczeństwa w miejscu publicznym. Nawet w tym głupim, zapyziałym, niekapitalistycznym PRLu było! Każdy wiedział, że o ciężarną trzeba dbać, dlatego nie wymagano od niej stania w kolejce ani w autobusie, nie pozwalano na pracę w warunkach niebezpiecznych dla zdrowia matki i dziecka. Dzisiaj dorabia się teorię, że ciąża jest stanem naturalnym, a nie chorobą zakaźną. Czy nikomu nie przyjdzie do głowy, że skoro ciężarna idzie na zakupy, decydując się na dźwiganie, to już ten fakt oznacza, że potrzebuje pomocy, że nie ma nikogo, kto mógłby to zrobić za nią?

Statystyczna przyszła matka zwykle nie ryzykuje, bo doskonale wie, że dbając o siebie, dba także o dziecko. I to akurat jest jej naturalnym obowiązkiem. Rzucanie kąśliwych uwag i niezadowolonych spojrzeń tego nie zmieni.

*Notka pod wpływem artykułu w ubiegłotygodniowym „Metrze”