Sama nie samotna/ Alone, not lonely

a1.46036.4Weekendy spędzam czasem bardzo prozaicznie i przyjemnie jednocześnie. Jak ostatnio. Sama w domu, w planie sprzątanie, które jak wiadomo do jakichś super fajnych czynności nie należy. Postanowiłam więc umilić je sobie maksymalnie i w związku z tym pracowałam fizycznie, ale za to odpoczywałam psychicznie:). Puściłam ulubioną muzykę i dostałam takiego zastrzyku energii, że nie tylko posprzątałam w sypialni, zmieniłam pościel, puściłam pranie, umyłam lodówkę i wszystko co tam było w kuchni trzeba, wyskoczyłam na zakupy, przesadziłam kwiatki, ale też w międzyczasie zaśpiewałam ze dwadzieścia piosenek i zatańczyłam dwa razy twista. Jak w Pulp Fiction tylko sama ze sobą. Było super!:)))

Przy okazji sprzątania lodówki okazało się, że kończy się data ważności anchois więc machnęłam pizzę, zjadłam kawałek, potem wypindrzyłam się (o pindrzeniu się napiszę następną notkę) i poszłam do kina. Pisałam, że mam zamiar, prawda? W piątek byłam na „Jestem taka piękna”, a w sobotę na „Zimnej wojnie”. Filmy nie rozczarowały mnie, ale jakby powiedziała Chylińska „d…y nie urywały”.

Podobno film „Jestem taka piękna” nie miał być refleksją nad kondycją współczesnego świata, a tylko i wyłącznie komedią, która przez 2 godziny miała zabawić widza i oderwać go od codzienności. Według mnie stał się jednak przesłaniem do tych wszystkich, którzy nie akceptują siebie lub innych, którzy odbiegają od normy, są grubi lub nieatrakcyjni. Odnoszę wrażenie, że próbuje się dzisiaj odkręcić to całe zło, na które pozwoliły media w ciągu ostatnich 25 lat. Promowanie koszmarnej chudości, która doprowadziła setki dziewczyn do anoreksji czy innych chorób związanych z żywieniem, promowanie piękna, charyzmy, oryginalności, gdzieś z boku pozostawiając ludzi przeciętnych, a nawet brzydkich.

W „Jestem taka piękna” urocza grubaska dotąd niezadowolona ze swojego życia, wyglądu i braku powodzenia, nagle zaczyna postrzegać siebie inaczej i to zmienia jej cały świat. Jak, dlaczego i co dalej? Na to odpowiedź znajdziecie w kinie 🙂

***

Sometimes, I spend my weekends very prosaically and pleasantly at the same time. Like the last one. Alone at home. Well, cleaning is not very cool activitie, however, I tried to make them pleasant a as maximum as it is possible and therefore I worked physically but I rested mentally :). I played my favorite music and got such an injection of energy that I not only cleaned the bedroom, changed the sheets, I washed them, and the next I washed the fridge and everything that was in the kitchen, I jumped out shopping, replanted flowers, but in the meantime I sang twenty songs and I danced twista twice. Just like at Pulp Fiction but with myself. Was great!:)))

When cleaning the fridge, it turned out that the expiration date of the anchovies ends so I conjured the pizza, ate a piece, next I dressed up (I will write the next note about it) and went to the cinema. I wrote that I am going to, right? On Friday I was on „I am so beautiful” and on Saturday on „Cold War”. The films did not disappoint me, but as di not enchant me as well.

Apparently, film „I am so beautiful” had no intention of being a reflection on the condition of the modern world, and only a comedy, which for 2 hours was to entertain the viewer and detach him from everyday life. In my opinion, however, it has become a message to all those who do not accept themselves or others who are different, or fat or unattractive. I have the impression that today the whole evil that the media has allowed in the last 25 years is trying to get turn back. Promoting the nightmarish thinness that led hundreds of girls to anorexia or other nutrition-related diseases, promoting beauty, charisma, originality, leaving the average and even ugly people somewhere on the side.

In „I am so beautiful”, a plump girl so far dissatisfied with her life, appearance and lack of success, suddenly begins to perceive herself differently and it changes her whole world. How, why, and what next? You will find the answer at the cinema 🙂

Reklamy

Czy tylko ja tak mam?/ Is it just me?

screenshot_2018-06-26-13-46-11-11697694370.jpgKażdej niedzieli wieczorem sprawdzam kalendarz na nadchodzący tydzień. Cieszę się jak dziecko, gdy mam zajęte tylko jedno lub dwa popołudnia. Niestety bardzo często zdarza się tak, jak to było w ubiegłym tygodniu, że każdego dnia wracałam do domu późno, nawet po 22.00. Gdybym była kilkanaście lat młodsza, to pewnie bym nie narzekała. Pamiętam, jak uwielbiałam wychodzić z domu, gdziekolwiek,  po cokolwiek, byle „do ludzi”. Teraz lubię równowagę, no i mam swoje ukochane mieszkanie:-)

W tym tygodniu znowu coś, gdzieś, z kimś. Akurat to „z kimś” mi nie przeszkadza, bo ludzie są najważniejsi, oby więc jak najwięcej wyjść na kawę czy wypadów do kina. No właśnie, btw., w sobotę się wybieram. Co radzicie: Zimna wojna, Park Jurajski, czy Kochając Pabla, nienawidząc Escobara?

A propos tego przemęczenia, zabiegania i w ogóle, podobno istnieje test, który w prosty sposób pokazuje jak bardzo potrzebujemy wypoczynku: TU.  Ja nie wiem, jak tam u Was, ale u mnie koła pędzą jak złocisty rydwan Heliosa….

No i napiszcie jak Wasze kalendarze, pękają w szwach?

***

Every Sunday’s evening I check the calendar for the coming week. I am happy as a child when I have only one or two busy afternoons. Unfortunately, very often it happens, as it was last week, that I came home late every day, even after 10 PM. If I was a dozen years younger, I would probably not complain. I remember how I loved going out of the house, wherever, for anything, but to see people. Now I like balance and I have my lovely apartment (which means flat) :-).

This week again something, somewhere, with someone. And this „someone” is most important, because people are most important!  Btw. on Saturday I’m going to the cinema. What do you advise: Cold War (Polish: Zimna wojna), Jurassic Park, or Loving Pablo?

By the way, this fatigue, soliciting and in general, there is a test that shows in a simple way how much we need to rest: HERE. I do not know how you are there, but with me the wheels are racing like the golden chariot of Helios ….

And let me know, how are your calendars, they are at max capacity?

„Fajny film wczoraj widziałem. – A momenty były?”. Czyli jedna wielka pomyłka

Nie chodzę do kina sama. W zasadzie nie zdarzyło mi się to jeszcze nigdy w życiu. Po raz pierwszy wpadłam na taki pomysł ostatnio, kiedy okazało się, że został 1 niewykorzystany voucher i jeśli nie wymienię go na bilet, przepadnie.

Z wyborem filmu miałam problem. Albo wszystko już widziałam, albo nie interesowała mnie tematyka: bajki, mecze w kinowej strefie kibica, czy świat fantazji typu „Warcraft”. Na bajki jestem za duża, a odkąd Polska odpadła z EURO, świadomie łamię punkt 5 regulaminu: patrz Tu 🙂

Pozostała mi więc francuska komedia „Lolo”. Temat nieskomplikowany, że on się w niej zakochuje, ona ma syna i ten syn robi wszystko, aby nie doszło do konsumpcji związku. A nawet, samego związku.

No i właśnie wczoraj wybrałam się na seans. Wypiłam późną kawę, bo film zaczynał się o 21.35 i punktualnie byłam na miejsca. Miła dziewczyna wcisnęła mi jakiś gadżet do ręki, wskazała salę kinową i nawet przeczytała numer miejsca.

Lubię kinowe reklamy i te wszystkie zwiastuny filmów, które grają, lub które dopiero wejdą na ekrany. Kiedyś lubiłam też kroniki filmowe, bywały śmieszne, bywały ciekawe, oczywiście pod warunkiem, że nie dotyczyły zjazdu partyjnego, czy innych równie interesujących spraw polityczno – gospodarczych.

Trochę mnie zdziwiła publiczność. Na moim miejscu siedział jakiś chłopak, ale ponieważ tuż obok niego było wolne miejsce, nie robiłam szumu. Zwłaszcza, że był w towarzystwie czterech wytatuowanych bysiów (nie mam nic przeciwko tatuażom, żeby nie było, ….ani bysiom). Po chwili uświadomiłam sobie, że 3/4 sali to mężczyźni, a nawet 4/5…., a może nawet i 5/6:-). W wieku na oko 25-30 lat. Wszyscy oni przyszli na francuską komedię romantyczną???

Przestałam się dziwić, kiedy rozpoczął się film.

To był „WARCRAFT”!!!!

Po wyjściu sprawdziłam bilet i okazało się, że „Lolo” był 4 lipca….. Ok, ja mogłam pomylić terminy, jestem ostatnio trochę zakręcona, ale pani, która mnie wpuściła i jeszcze uprzejmie wskazała salę i krzesełko, pomyliła wszystko:)

No i w sumie dobrze, że nie zwróciłam uwagi temu chłopakowi. A po drugie, to myślę, że on (i bysie) też się chyba trochę zdziwił…….:-)

Po namyśle stwierdzam, że aby dopasować się do okoliczności, powinnam była wstać, rzucić głośno „co to madafaka jest???” i ostentacyjnie wyjść.

A ja tylko wyszłam:-)

O przebudzeniu mocy i… Caffe :-)

Skoro pisałam o problemach w trakcie oglądania pierwszych sześciu odcinków „Gwiezdnych wojen”, wypadałoby co nieco napisać o wrażeniach po obejrzeniu ostatniego.

Na „Przebudzeniu mocy” byliśmy jeszcze w grudniu, w trakcie przerwy świątecznej. Zrelaksowana, wyspana i generalnie odmóżdżona dniami wolnymi JA, uznałam ten film za najlepszy ze wszystkich. Myślę, że na odbiór filmu wpłynął fakt, że byłam zrelaksowana, wyspana i generalnie odmóżdżona. No i, że przeważająca część akcji toczy się na stałym lądzie. Kosmiczne strzelanki i ściganie się w międzyplanetarnej przestrzeni do mnie nie przemawiają. Choć to oczywiście rzecz gustu.

Trochę śmieszą mnie dywagacje na temat Carrie Fisher odgrywającej i kiedyś i teraz, rolę księżniczki Leili. Czy powinna była zagrać w filmie i wyglądać tak jak wygląda. Została postarzona na potrzeby filmu, czy może osiągnęła ten stan w sposób bardziej naturalny?:-) Przypomnę, że Ford był starszy od Fisher już wtedy, gdy powstawały pierwsze odcinki i jakoś nikt się nie zastanawiał (taki wniosek logiczny btw.). Mężczyzna 35 letni, jakim wtedy był, jeśli nie utyje i dba o siebie, raczej wygląda młodo, a 21-letniej aktorce dodano lat make upem, strojem, fryzurą. Może i stanowili fajną parę, ale sama księżniczka nie podobała mi się ani jako kobieta, ani jako aktorka. Niedawno dowiedziałam się, że dostała tę rolę bo przespała się z reżyserem, więc mam przynajmniej odpowiedź na pytanie, dlaczego ona:).

Wracając do wieku. Dzisiaj Fisher to ciągle jeszcze pięćdziesiątka, z lekką nadwagą, z widocznymi zmarszczkami na twarzy, ale pięćdziesiątka, a Ford, cóż- po fordowemu przystojny, starszy pan (nie ośmielę się napisać „staruszek”)! Dlatego, żeby wyrównać wymiar estetyczny, musieli ją trochę postarzyć, a jego trochę odmłodzić. Czemu to ludzi dziwi? Magia kina!

A że 56 latka nie jest tak szczupła i zgrabna jak była w wieku 20 lat? No sorrryyyy, znajdźcie mi jakąś, która jest 🙂

Tak czy siak, z pulchną Fisher czy nie, wypad do kina uważam za udany. Zasnęłam tylko raz, na krótkie 30 sekund, więc chociaż nie zobaczyłam jak zginął Han Solo, to przynajmniej mogę napisać, że…..przebudziłam moc:))

Gwiezdne wojny

Mąż kupił nam bilety na „Gwiezdne wojny”. Wiecie, na ten film o różnych stworach z kosmosu, dużej małpie wydającej co chwila niekontrolowane dźwięki, no i rycerzach Jedi walczących z mocami zła. Powiedział też, że ponieważ kiedyś obejrzałam tylko jeden z odcinków i było to bardzo dawno temu, muszę nadrobić zaległości, bo nie będę wiedziała who is who.

Sześć dwugodzinnych filmów???!! – pomyślałam przerażona, ale udałam entuzjazm, bo mój mąż (jak chyba większość facetów) jest ogromnym fanem sławetnego: „Dawno dawno temu, w odległej galaktyce….”

Ja nigdy nie rozumiałam tego gwiezdnego szaleństwa. Tego, że telefony dorosłych ludzi rozbrzmiewają melodyjką z filmowej czołówki, że poważny skądinąd 40-latek nosi T-shirt z zielonym cudakiem, kupuje swoim dzieciom maskę Lorda Vadera lub świetlisty miecz Luke’a Skywalkera, a potem toczy z nimi wirtualne pojedynki:-)

Rozumiecie, mąż jest z tych co to te dzwonki, czy maski ….

Moi Drodzy, nie przypuszczałam nawet, że będzie tak trudno..bo przecież uwielbiam filmy, których akcja toczy się w przyszłości.

Kiedy wszedł do kin „Total recall” z Arnoldem Schwarceneggerem, obejrzałam go dwa razy, a potem oglądałam za każdym razem, kiedy była emisja w tv. Magia przyszłości, której nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, ale która może się ziścić (jak kilka gadżetów z „Powrotu do przyszłości”). U George’a Lukasa jest nieco inaczej. „Gwiezdne Wojny” to w zasadzie bajka wizualizująca pewien moment międzygalaktycznej historii i ta nieokreśloność oraz bajkowość mi właśnie przeszkadza. Świetna jest natomiast II część, w której bohaterowie przemierzają podniebne miasta, mijają domy zawieszone pod baldachimem chmur. Życie toczy się w powietrzu, na ziemi, pod wodą. Niesamowita wyobraźnia twórców, bliska moim wyobrażeniom. Świetne jest przesłanie: tak żyć, by nigdy nie przekroczyć ciemnej strony mocy.

Wracając do Gwiezdnych Wojen. Oglądając trzy pierwsze części zasypiałam kilka razy, czwartą część katowałam w dwa kolejne wieczory. Kiedy zasnęłam po 10 minutach piątej części, wkurzony mąż ostentacyjnie wyłączył telewizor i wyszedł z pokoju. Dobra, może go trochę uraziłam. Również tym, że na samym początku nie mogłam zapamiętać jak się nazywa Obi-Wan Kenobi…. i na potrzeby filmu nadałam mu ksywkę….. „Ołkidołki” 😉

Dzisiaj będzie 6 część…….już się boję:-)

Scenka rodzajowa

Nr 1

Idziemy na bardzo późny seans do Multikina. Wybraliśmy „Poltergeist”.

Mąż : Taki jestem zmęczony, że chyba zaraz zasnę.

Ja:  Eeee, no coś Ty, to niemożliwe. W kinie?

Po 40 minutach horroru odpłynęłam w senny niebyt. Trochę tłumaczy mnie fakt, że film był nudny. Mąż obejrzał do końca. 🙂

Nr 2

Idziemy przez ul. Kanonię na Starówkę. Nagle zdziwiona zwracam uwagę, że w centralnym miejscu placyku stoi ogromnych rozmiarów dzwon.

Ja: Tyle razy tędy przechodziłam i nigdy go nie widziałam. Ciekawe skąd się tu wziął i dlaczego?

Rzucam retoryczne pytania, nie racząc nawet wyciągnąć aparatu.

Mąż: Wiesz co, gdyby ten dzwon stał w centrum Rzymu, od razu zrobiłabyś całą sesję fotograficzną.

 

Miał rację! Zawróciłam. Obfotografowałam.

20150530_155638Dzwon leży tu od 1972 roku, a został odlany w 1646 r. przez Daniela Tyma, który wykonał również warszawski posąg króla Zygmunta III Wazy. Podczas drugiej wojny światowej Niemcy mieli zamiar wywieźć dzwon do Rzeszy, na szczęście z powodu trudności z transportem nie udało im się tego zrobić.

Cudze chwalicie, swego nie znacie……

„Nauka spadania”, czyli Ladies Night, czyli wieczór filmowy w Cinema City

Nie będę robić komparatystyki stosowanej, bo to nie ma sensu. W Warszawie na Ladies Night byłam tylko raz, a Lublin z racji swoich ograniczonych możliwości zawsze wypada słabiej. Zresztą nie o to, nie o to….

Tylko o to, że byłam, że trzeci raz i że z Ewą:-)

Rozsiadłyśmy się mając nadzieję, że w tym roku nic nam nie zakłóci seansu (patrz tu) i jeśli o mnie chodzi to tak się stało. Mój telefon był tak miły i padł. Po raz pierwszy od dawna nie naładowałam baterii i w kinie miałam po prostu cudowny, święty, jedyny w swoim rodzaju spokój. Oczywiście po powrocie do domu musiałam się tłumaczyć (i co dziwne bardziej przed dziećmi), bo skoro od nich wymagam, żeby od czasu do czasu informowały o swoim istnieniu, to sama tym bardziej powinnam dawać dobry przykład. No może i miały trochę racji, w końcu przykład idzie od góry.

Jeśli ktoś nigdy nie był na Ladies Night to powiem, że na początku losowane są nagrody, a potem następuje seans filmowy, na którym zwykle wyświetlane są jakieś babskie romansidła.

Ja tradycyjnie nic nie wygrałam,  Ewa też nie. Jedynie w gadżetach, którymi obdarowali nas sponsorzy był jakiś długopis, jakiś balsam do ciała,  jakieś pudełko z cudownym proszkiem który podobno wystarczy wymieszać, wstawić do piekarnika a wyjmie się smakowite, kształtne, lukrowane babeczki. Gdyby podejść do sprawy w sposób materialistyczny, bilet się zwrócił.

Ale nam chodziło bardziej o zabawę, więc z zabawą było tak.

Film miał być z założenia komedią. Rozczarowany życiem celebryta (mocno już posunięty Pierce Brosnan) wdrapuje się na ostatnie piętro londyńskiego wieżowca mając w zamiarze wykonanie ostatniego w swoim życiu skoku. W tzw. międzyczasie  przelatuje mu przed oczami całe życie, wspomina ostatnie miesiące przesuwając się coraz bliżej krawędzi.

Pomyślałam sobie, że jeśli na babskim seansie serwuje się kobietom film rodem z sali samobójców, to ja wychodzę. Ciągle mam przed oczami spadającego z 11 piętra nastolatka (to już 10 lat!). Ujęcie następne: na dach tego samego wieżowca niepewnym krokiem wchodzi kobieta, nieśmiało wita się z przyszłym samobójcą i pyta „długo to panu zajmie?”. Zbity z tropu celebryta, wyraźnie niezadowolony z faktu, że ktoś w takim momencie na niego patrzy, odpowiada, że jak skoczy to krzyknie, żeby wiedziała, że jest już po, a wtedy ona zajmie jego miejsce.

Oczywiście w tym miejscu cała sala parsknęła śmiechem, tym bardziej, że po chwili weszła trzecia osoba w kolejce do skoku, a potem czwarta. Odetchnęłam z ulgą. Czarny humor lubię, nawet bardzo lubię, więc chociaż na początku nie było mi do śmiechu, to potem śmiałam się i to wiele razy.

Dlatego polecam film pt. ”Nauka spadania”, choć nie jest on komedią lekką łatwą i przyjemną. To raczej film o ludzkich tragediach, życiu mimo wszystko, wbrew trudnościom lub w zgodzie z nimi. Film, który pokazuje, że gdzieś na końcu przysłowiowego tunelu tli się początkowo w ogóle niewidoczne, a potem coraz mocniejsze światełko, że przyjaźń, czy miłość, mogą pojawić się w każdym, nawet najdziwniejszym momencie naszego życia i to one dają nam prawdziwą siłę.

PS. No i uwielbiam brytyjski akcent:)