Brałam udział w kursie fotograficznym – wspomnienie z wakacji

Właściwie to do końca nie wiem, dlaczego tak tego chciałam. Nie mam lustrzanki, czy jakiegoś super hiper wypasionego aparatu, nie biorę udziału w konkursach fotograficznych, nie staram się o pracę w agencji reklamowej i nie zostanę kolejnym paparazzi. Mam za to całkiem przyzwoity kompakt, który robi zdjęcia prawdopodobnie lepsze niż ja:-)

Może chciałam sprawdzić, czy jak już się nauczę, to będę potrafiła wycisnąć z niego więcej. Chyba nadal nie potrafię.

Ale to nie ma znaczenia. Lubię wyzwania, nowości, a nawet konieczność uczenia się, lubię jak powstaje coś fajnego. Lubię fotografować, więc jak tylko nadarzyła się okazja (Dziewczyny, jeszcze raz dziękuję za możliwość!:))), skorzystałam z niej. I nie żałuję! Nauczyłam się jak patrzeć na obiekt, jak kadrować świat i ludzi, jak szukać właściwego punktu widzenia. Poznałam wszystkie możliwości mojego aparatu, wszystkie jego tryby. Oczywiście wcześniej też robiłam zdjęcia, ale zawsze dostawałam do ręki gotowy, ustawiony na konkretną funkcję aparat, a o samodzielnej zmianie opcji w zasadzie nie było mowy.

Poza tym, poznałam wiele fajnych osób, a dzięki nim i kilku zbiegom okoliczności Beę z naszej dawnej „sekty”. Kto pamięta, czyta mojego bloga od początku, to wie:) Pierwszą wspólną kawę mamy już za sobą, mam nadzieję, że nie ostatnią.

A poniżej efekt tułania się po lubelskich zakamarkach. Nie bądźcie zbyt surowi w ocenie (kilka zdjęć przeszło edycję).

Aż po horyzont

Jadąc z Lublina do Warszawy przez Ryki, Kołbiel a potem Zakręt, musimy w końcu wjechać w ulicę Bronisława Czecha. Tworzą ją dwie dwupasmówki rozdzielone pasem zieleni, tak równe i proste, że w którymś momencie, na horyzoncie wyraźnie zaczyna majaczyć Pałac Kultury, ciągle jeszcze oddalony o kilkanaście kilometrów. Uwielbiam ten moment. Dla jasności, nie ma znaczenia, że to akurat Pałac Kultury (chociaż ja akurat go lubię) i Warszawa (którą też lubię bardzo). Tak samo reaguję,  gdy po kilkugodzinnej podróży do Zakopanego, w końcu widzę zarysy Tatr. Magia horyzontu, wbrew logice, utrzymuje mnie przez tę ulotną chwilę w przeświadczeniu, że przenikająca się odległość i przestrzeń jest w jakiś cudowny sposób cząstką mnie, a czas staje w miejscu.

Niedawno odkryłam  „lubelski horyzont”, panoramę Starówki  z imponujących rozmiarów Katedrą, widzianą z tej strony miasta, której właściwie nie znam. Szkoda, że tego dnia niebo było za mgłą.