Kwiecień plecień w Rzymie

Wyszedł nam mały spontan i oto znowu znalazłam się w Rzymie:-)

Potwierdziło się to, co już w zasadzie podejrzewałam wcześniej. Uwielbiam to miasto niezależnie od pory roku, która w kwietniu, tak jak i u nas, jest nieco zmienna. Wczoraj miałam na sobie kurtkę skórzaną, potem letnią sukienkę bez rękawków, a po południu zerwał się tak porywisty wiatr, że żałowałam, że nie wzięłam czapki lub choćby bluzy z kapturem.

Nogi bolą – chcieliśmy zobaczyć wszystkie ulubione miejsca od razu, nasycić oczy, napatrzeć się na zapas!!:-)

Właśnie biją dzwony na poranną mszę. Lubię sobie wyobrażać, że tak samo biły wieki temu. Ach ten wiatr historii! Przedwczoraj, przy Koloseum, przybrał nagle tak bardzo rzeczywistą formę, że przez moment świat pogrążył się w szarożółtym chaosie kurzu. Chociaż raz Japończycy, w tych swoich maseczkach na twarzy, nie budzili zdziwienia tylko zazdrość:-)

Rzymianie traktują samochody jak rzecz użytkową, a nie jak przysłowiowe przedłużenie penisa:-) To znaczy: ma jeździć, ma się wszędzie zmieścić, a jak ktoś tam kogoś otrze pozostawiając widoczny ślad na lakierze…. to żaden problem. I z tym się zgadzam:-)

Usta prawdy powiedziały nam, że od ostatniego pobytu nie nakłamaliśmy. Ręce całe. Rozwodu nie będzie:-)

Miało być o tym

z jakimi problemami rozpoczęliśmy naszą przygodę z Rzymem, ale zmieniłam zdanie. Nie będę nikogo zanudzać tym, że zapomnieliśmy ładowarki do aparatu fotograficznego, a zwykle bateria wystarcza na dwa dni, my zaś bedziemy tu dwa tygodnie. Że w hotelu zatrzasnęliśmy sejf z pieniędzmi i tabletem w środku i trzeba było wzywać na pomoc specjalnego fachowca, że hasło wifi nie zadziałało… itp. itd.

Bo za to potem było już tylko lepiej.

Rzym jest brudnym miastem, ale jego zabytki rekompensują wszystko!  Poniżej wklejam zdjęcia, dla tych, ktorzy nigdy tu nie byli i dla tych, którzy chcą sobie przypomnieć.

Przygo

Dzisiaj mieliśmy ochotę na calzone. Podobno najsmaczniej jest tam, gdzie wystrój taki sobie i dużo swojaków, więc wybraliśmy miejsce najwłaściwsze.  Co chwila pojawiali sie jacyś rozśpiewani, roześmiani i najwyraźniej zadowoleni z życia Włosi, jeden drugiego częstował papierosem, ktoś łączył stoliki, ktoś kogoś nawoływał, zrobiło się ogólne zamieszanie i halas. Siesta!

Czekaliśmy ponad pół godziny, co było denerwujące,  ale dawało nadzieję, że pieróg będzie z pieca, a nie mikrofali. Musicie mi uwierzyć na slowo, to było niebo w gębie, w dodatku o połowę tańsze niż w pizzerii dla turystów.

PS. Czy do Fontanny di Trevi powinnam wrzucić polski grosik czy eurocenta?:-)