Z kim ten weekend?

Wczoraj zaszalalam z e-bookami. Mam kilka fajnych książek, fajnych, sprawdzonych autorów.

I dylemat, od której zacząć? 🙂

Pięciu naraz czytać będę, chociaż wiem, że niektórzy tak robią. Ja nie mam w zwyczaju, nie potrafię, gubię się wtedy i mylę fakty.

Wystarczy mi moja historia sprzed kilku lat. W tv lecial jakiś polski film. Jak włączyłam już trwał, wiec tak tylko rzucałam okiem. No dobra, może nie byłam zbyt skupiona. W każdym razie, w przerwie poszłam zrobić herbatę, a kiedy wróciłam nie mogłam zrozumieć, dlaczego główny bohater jest z inną kobietą, zachowuje się dziwnie i ma wasy. Jak wychodziłam nie miał! Okazało się, że mój mąż w tym czasie, gdy byłam w kuchni przełączył kanał na jakiś inny i tak się akurat złożyło, że grał ten sam aktor, chyba nawet kilku. Wiecie jak to jest, Karolak, Wieczorek i Wieczorkowski są wszędzie! Nie przeszkadza mi to jakoś strasznie, ale przez dobrą chwilę patrzyłam i główkowalam „k…, o co chodzi?”:-)

Wiec z całą pewnością podobnie byłoby, gdybym czytała kilka książek jednocześnie.

Tak więc pytanie powraca: z kim mam spędzić ten weekend? 🙂

Reklamy

O Caffe na tropie, dociekliwości nagrodzonej oraz pewnej lubelskiej legendzie.

Posiadam pewną zaletę,… żeby nie powiedzieć, przypadłość. A mianowicie, widzę to, czego inni nie zauważają, zwracam uwagę na coś, czego inni nie widzą. Na rzeczy pozornie mało istotne, ulotne zjawiska, krótkie wrażenia, takie różne egzystencjalno-przyziemne duperszmity. I zawsze niezmiennie się cieszę, gdy niczym biblijny ślepiec – ujrzę!:)

W tamto lipcowe popołudnie spacerowałam po uliczkach Starego Miasta. Zaglądałam w bramy, stare podwórka, w urokliwe, odnowione lub gdzieniegdzie ciągle jeszcze zaniedbane kąty. W planie miałam chwilę relaksu w kawiarnianym ogródku. Renesansowe mury, dobra książka i gorąca americana.

No i właśnie kiedy tak snułam się w kierunku Trybunalskiej, nagle, zupełnie niespodziewanie, zauważyłam go! Wtopiony w staromiejski bruk, rozłożysty, marmurowo-brązowy, nie wiadomo po co, skąd i dlaczego. Jakby to było oczywiste i zupełnie naturalne, że jest i ma swoją historię. Kamień, na który nigdy wcześniej nie zwróciłam uwagi. A teraz wyczułam w nim jakąś magię, tajemnicę, nie mogłam przejść obojętnie. Powaga! 🙂

 Kamien  z Jezuickiej-maly

Po powrocie do domu, zaczęłam poszukiwania. Oczywiście przekombinowałam, bo wygooglowałam „Jezuicką”, zamiast po prostu „kamień”. Błędnie przyjęłam, że może jest to na przykład postument pod starodawny pręgierz lub fragment dawnego fundamentu, że nie ma nazwy własnej. Gdybym chociaż dopisała „róg Jezuickiej i Gruella”, wszystko byłoby jasne. A tak? Chodziłam w nieświadomości kilka kolejnych miesięcy. Oczywiście rozpytywałam wśród znajomych…..takich samych ignorantów, jak ja:-)

Los jednak chciał, żebym poznała prawdę. Otrzymałam odpowiedź, gdy już przestałam na nią czekać, a nawet zrezygnowana wmówiłam sobie, że jej po prostu nie ma. Symptomatyczne.

Tymczasem w jakiś niesamowicie pogmatwany sposób dotarłam do fantastycznego źródła wiedzy o Lublinie, do bloga Beaty Jawor, osoby z ogromną przewodnicką erudycją  (Patrz TU). Przeczytałam wszystkie notki i dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy o naszym mieście, regionie. A przede wszystkim o kamieniu! (TU).

Jak się okazało, o kamieniu przynoszącym nieszczęście! Dobrze wyczułam, że jest w nim i magia i tajemnica, że bije od niego zimno i niepokój. Nie bez powodu jakaś dobra dusza postawiła tam kosz, nawiązując do wydarzenia, w którym niesprawiedliwie ścięto człowiekowi głowę.

Z perspektywy czasu patrząc i znając legendę, mogę się tylko cieszyć, że miałam ręce zajęte robieniem zdjęć i nie próbowałam dotknąć jego gładkiej powierzchni:-)

Dlaczego?

Bo legenda głosi, że …..a zresztą, sami posłuchajcie, mówi o tym pani Beata (link powyżej). Poznajcie kamienną prawdę!

Tuż przed wyjazdem do Krakowa….

Fragment większej całości.

***

Dlaczego nadal milczy?? Co robiła wieczorami zanim go poznała? Nie pamiętała już. Kiedy tak siedziała przed pustym ekranem, bo wiedząc że go tam nie ma, nie miała ochoty wchodzić do sieci, usłyszała dzwonek do drzwi. To był Radek z kilogramem cukru w dłoni i przepraszającym uśmiechem.

– Sorry Marta, wiem że miałem oddać wczoraj, ale wróciłem tak późno do domu, że moja wizyta byłaby nietaktem.

– Nie ma sprawy, mówiłam, że nie musisz się tym przejmować. Ja raczej zawsze kupuję na zapas – uśmiechnęła się Marta.

– W każdym razie, dzięki raz jeszcze i jeśli kiedyś nie zrobisz zapasu, to zapraszam do siebie. No nie – zaśmiał się Radek – nie tylko wtedy jak nie kupisz cukru.

I pewnie na tym skończyłaby się grzecznościowa wymiana zdań, gdyby nie cichy trzask, po którym u Marty zgasło światło. Jednocześnie usłyszała, że jej lodówka przestała pracować.

– Kurczę! mięso mi się rozmrozi –  powiedziała żałośnie. – Mam nadzieję, że to tylko korki.

Musiała wyglądać trochę bezradnie patrząc na zawieszoną w przedpokoju skrzynkę, w której, to wiedziała na pewno, znajdują się bezpieczniki, bo Radek nie pytając  o zgodę wszedł do jej mieszkania. Bez pytania również otworzył skrzynkę i pomajstrował przy korkach. Coś mruczał pod nosem o fazach i mało inteligentnie poprowadzonych kablach.

– To nie wina korków, tylko złego rozdziału faz. U mnie niestety też tak jest. Teraz tego nie zmieniałem, ale przy następnym remoncie to będzie konieczność. Spróbuj zapalić światło.

Kiedy pstryknęła błysnęły żarówki, a po chwili zawarczała lodówka.

– Dziękuję Ci, gdyby to były korki, pewnie dałabym radę, ale te fazy – koszmar! 

– Nie ma sprawy, nie musisz się tym przejmować – powtórzył dokładnie jej słowa i zaczął się śmiać. – Jeśli będziesz miała jakieś problemy w domu, po prostu daj mi znać.

Ponieważ nie odchodził, i patrzył zaciekawiony w głąb mieszkania, zaprosiła go do środka i oprowadziła po pokojach. Jej mieszkanie było większe, miała trzy pokoje ale za to mały przedpokój. U Radka były małe dwa pokoiki, ale przedpokój był ogromny i połączony z kuchnią. Uśmiechał się patrząc na zawieszone na jednej ze ścian zdjęcia synka i jej własne. To była mini historia życia, od najstarszych, kiedy jeszcze była studentką, potem kobietą w ciąży, poprzez całe dzieciństwo Piotrusia.

– Na tym wyszłaś świetnie – powiedział wskazując portret z Piotrusiem – chociaż wiesz, sorry, nie byłaś wtedy zbyt szczęśliwa, co?

Zdjęcie było zrobione w kilka tygodniu po śmierci Pawła. Rzeczywiście nie była, zresztą już od dłuższego czasu. Popatrzyła na Radka, nie wiedząc co mogłaby odpowiedzieć, a on milcząc oglądał dalej. Potem obejrzał salon i pokój Piotrusia. Przed drzwiami sypialni trochę zawahała się, bo ten pokój był bardzo intymny. Już nawet nie chodziło o to, że mogła tam akurat zostawić niesprzątnięte rajstopy czy biustonosz. Tu stał komputer, to było miejsce spotkań z Łukaszem. Jednak otworzyła drzwi i Radek zobaczył mały, typowo babski pokoik, z mnóstwem bibelotów, z kolczykami na komodzie, które zostawiła szykując się wczoraj do spania. Nieporządek typowy dla zapracowanej kobiety.

– Fajnie się tu urządziłaś – spojrzał na nią tak ciepło, że szybko zamknęła drzwi i przeszła do przedpokoju.

Nadal wyglądało, jakby Radek nie miał ochoty wychodzić, więc Marta zaproponowała kawę, a on szybko się zgodził. Pół godziny później wrócił Piotruś i zastał ich rozmawiających o pracy,  muzyce, o sprawach związanych z ich wspólnym blokiem, administracją.  Marta zauważyła, że mają podobny gust jeśli chodzi o muzykę, ale lubią zupełnie inne filmy.

– Pewnie wolisz takie, gdzie krew leje się strumieniami.

– Nie o to chodzi. Tylko wiesz, te filmy są takie przewidywalne i słodkie, aż do wymiotów.

– Chciałeś powiedzieć, romansidła? – zaśmiała się Marta.

– Nie tylko. Niektóre obyczajowe też, że już nie wspomnę o pewnych serialach – uśmiechnął się Radek znacząco

– Ani słowa o polskich serialach! – roześmiała się grożąc mu – bo następnym razem będziesz drałował po cukier do nocnego!

Rozbawiony podniósł ręce w obronnym geście – No coś Ty, ja tylko o brazylijskich!

Za tydzień miało się odbyć zebranie lokatorów, a Marta wiedziała, że nie będzie mogła na nim być w związku z wyjazdem do Krakowa. Radek obiecał, że zrelacjonuje jej jego przebieg, a ona była szczęśliwa bo nie cierpiała żadnych zebrań, ani w spółdzielni, ani w szkole u syna.