I wszystko jasne :-) /And all is clear :-)

20190901_1111487590936028570762295.jpg

Reklamy

Na zakręcie/ At the bend

Gdybym miała powiedzieć, od czego zaczęła się moja miłość do książek, to bez zastanowienia powiedziałabym, że od „Zapałki na zakręcie”. Oczywiście przeszłam wcześniej przez etap książek dziecinnych, przeczytałam te wszystkie „Karolcie”, „Dzieci z Bullerbyn”, „Ferdynandów Wspaniałych”, jednak to właśnie historia Mady i Marcina spodobała mi się tak bardzo, że gdy na jakimś wakacyjnym obozie, na który oczywiście zabrałam ze sobą swój własny egzemplarz, zostałam z niej dla zabawy odpytana, to okazało się, że nie tylko znam treść książki, ale w ogóle znam ją na pamięć.:-)

Jednym wchodzi do głowy „Pan Tadeusz” innym „Zapałka na zakręcie”:-)

Tę pierwszą „Zapałkę” wypożyczyłam w osiedlowej bibliotece, z którą wiąże się dzisiaj śmieszna, ale wtedy wcale nie, historia. Bo otóż biblioteka sąsiadowała z restauracją Trojka, w której wieczorami odbywały się dancingi. Na dole pod Trojką działał bar mleczny, z przepysznymi ruskimi i równie pysznymi kopytkami, (porcja 8 pierogów za 3 zł i 10 groszy). Jeśli w szkole obiad był do bani, to wstępowałam do baru na pierogi, potem szłam na pięterko do łazienki, tuż obok wspomnianej restauracji i myłam ręce, żeby nie zatłuścić książek, bo w zasadzie zawsze potem odwiedzałam bibliotekę. Spędzałam w niej całe godziny, jak jakaś głupia:-) No i kiedyś zdarzyło się tak, że właśnie ten moment, gdy wchodziłam na piętro zauważyła nauczycielka geografii, która pechowo dla mnie, z jakiegoś powodu tam się znalazła (czekała na dancing?;-). Wyciągnęła jedyny słuszny według niej wniosek, że nastoletnia Beata poszła do lokalu dla dorosłych! Następnego dzień dowiedziała się o tym moja wychowawczyni, a kolejnego, moja mama:-) Oczywiście wytłumaczyłam, gdzie, i dlaczego widziała mnie nauczycielka, w dodatku jak ona sama potwierdziła, tuż po lekcjach, a nie w nocy:-) Mama mi ufała, więc szybko zapomniałyśmy o sprawie, ale tej nauczycielce już nigdy więcej nie dałam kwiatka na zakończenie roku. Małpa jedna mogła najpierw mnie zapytać, a nie stresować rodzica:-)

Wracając do Siesickiej. W niedzielę, zupełnie przypadkiem, dowiedziałam się, że powstał dalszy ciąg historii opowiedzianej w „Zapałce”, tj. „Pejzaż sentymentalny” i trochę wariacja na temat tejże historii, „Zatrzymaj echo”. Jestem już po lekturze obu książek i wiecie co? Na początku poczułam się oszukana, jakby ten dalszy ciąg napisała zupełnie inna osoba, która nie sprostała moim oczekiwaniom. I oczywiście wiem, że taki mógł być zamysł autorski, ale coś mi tu nie grało.

Przez nowe części przeziera nostalgiczny smutek, żal związany z niezrealizowanymi marzeniami, utraconymi miłościami, żal za czymś, co mogło być, ale się nie stało. Nie mogłam zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi, dopóki nie sprawdziłam, kiedy te książki zostały napisane. Otóż „Zapałkę” Siesicka napisała, gdy miała 40 lat, „Pejzaż” powstał w 1999 r., gdy pisarka miała już 71, a „Zatrzymaj echo”, gdy była już 97- latką!

Moim zdaniem właśnie ten wiek tłumaczy podejście autorki do kwestii miłości, życia, partnerstwa, przyjaźni, przemijania! Przecież ja sama zupełnie inaczej patrzyłam na świat, gdy byłam trzydziestolatką, inaczej, gdy stuknęła mi czterdziesta, a jeszcze inaczej teraz. Życiowe doświadczenie zmienia obraz rzeczywistości, sprawia, że wracamy do niezałatwionych spraw, przewartościowujemy wszystko, patrzymy z innej perspektywy.

Może właśnie dlatego ta trzecia część jeszcze do mnie nie przemawia, jest przefilozofowana, przeteoretyzowana, za dużo w niej tego coby by było, gdyby, za dużo rozważań odautorskich. Może powinnam ją przeczytać za jakieś 50 lat:-)

Czytaj dalej „Na zakręcie/ At the bend”

Nareszcie!!/ Finally!!

Urlop rozpoczęty!!

Będzie mnie teraz trochę mniej, a już na pewno nie będzie notek. Może jedynie jakieś zdjęcia z podroży, czyli tzw. notki „w obiektywie”. Jeśli wydarzy się coś super ciekawego, opowiem Wam o tym po powrocie. Ze szczegółami ;-))))

Tymczasem Lublin – przystanek pierwszy 🙂

20141011_153223-effects-1200x675541404385971615273.jpg

Z moim ukochanym Lublinem kojarzy mi się jeden z bardzo starych wpisów, jeszcze z 2012 roku. Mieszkałam już wtedy w Warszawie, ale ciągle tęskniłam, za rodziną, domem, przyjaciółmi, za lubelskimi uliczkami, swojskością, klimatem Starego Miasta, za moim własnym mieszkaniem. Ja się naprawdę bardzo długo zadomawiam:-)

Napisałam wtedy tak:

Czasem wystarcza mi sama świadomość, że On gdzieś tam jest, że mogę do niego wrócić. Taki mój, ciepły, dobry, z otwartymi ramionami, w które mogę się wtulić i wypłakać, kiedy dopadnie mnie pogodowo-depresyjna nostalgia. Nie odtrąci mnie, nie wyśmieje, nie zdradzi. On jeden wie o mnie wszystko, wyczuwa nastrój, myśli i pragnienia.
Był przy mnie, kiedy podejmowałam błędne życiowe decyzje. Milczał, nie skarżył się, nie robił wymówek. Patrzył w oczy z lekkim smutkiem, bo wiedział już to, czego ja jeszcze zupełnie nie rozumiałam. I nie zatrzymał mnie, kiedy wyjeżdżałam, nie licząc się z jego uczuciami. Roztopiona we własnych marzeniach egoistycznie myślałam tylko o sobie, a przecież powinnam była wiedzieć, że to bez niego nie potrafię żyć.
A On?
Cóż, nie chciał mnie ograniczać. Cierpliwie czekał.
To musi być miłość.
PS. Ktoś mi ostatnio powiedział, że nie odcięłam pępowiny i wzdycham do Lublina jak jakaś głupia. No nie odcięłam, albo nie umiałam, albo się nie dała.

I wiecie co? Mimo tego post scriptum, wiele osób nie zrozumiało, że pisałam o Lublinie.
No i wtedy przez blog przetoczyła się fala hejtu. Takie to były czasy:-))

20190804_181854-1209x16128743041521737790196.jpg

Czytaj dalej „Nareszcie!!/ Finally!!”

Retrospekcyjnie o zabawie w poetkę:-)/ Retrospectively about the game called „to be a poet” :-)

Facebook przypomniał mi, że 8 lat temu byłam na spotkaniu literackim poświęconym książce Jonasza Kofty, „Co to jest miłość. Wiersze i piosenki zebrane. Tom 1” (pisałam o tym tu: Czy ktoś dzisiaj czyta wiersze?. Nigdy nie kupiłam drugiego tomu, ale do tej właśnie jedynki, co jakiś czas wracam. Ostatnio rzadziej, bo chyba spoważniałam:-) Stałam się mniej romantyczna (cóż, takie mamy czasy panie), bardziej przyziemna (życie to najskuteczniejsze uziemienie), jedynie na refleksję pozwalam sobie tak samo regularnie jak dawniej:-). Człowiek się zmienia, a dodatkowo, życie odziera go z  tkwiącej w nim głęboko, ale w moim przypadku, bardzo słabo regenerującej się, cząstki wrażliwości, jaką jest poezja duszy. Niemniej jednak uświadomiłam sobie, że zanim ten mój naturalny kolagen wrażliwości utracił nieco swoją elastyczność, powstało całkiem sporo pomysłów.

Kiedy zaczęłam kopiować treść bloga (jak poradził mi Bfcb, za co dziękuję) okazało się, że było wiele notek, dla których mogłabym w zasadzie stworzyć osobną kategorię:-)

Wiecie, że właśnie od tego zaczęło się moje blogowanie? Od pewnego limeryku, który został napisany przez Rychoca, na prowadzonym przez niego blogu (dzisiaj już nieistniejącym), gdzie czytelnicy, zupełnie spontanicznie zaczęli wrzucać naprędce wymyślone rymowane komentarze.  Limeryk o mnie brzmiał mniej więcej tak.

„Pewna Beata z polskiego miasta
skądinąd całkiem miła niewiasta
lecz wadę jedną miała
gdyż blogi ciągle czytała
zamiast pracować. Do diaska!”
„A certain Beata from the Polish city
anyway, a woman quite nice and quite pretty,
but one defect she had,
she was always blogs read
instead of work, for sake pity!”

I to był pierwszy wpis (styczeń 2007), na moim pierwszym blogu, który też już nie istnieje (Blog Beaty).

Potem powstawał tematyczny mix, jednak znajdziecie tu moskaliki, wiersze pod wpływem chwili (Kiedyś…… a prawie jak wczoraj, czyli „Hu hu ha, hu hu ha, nasza zima zła”:),  zabawę w rymowanie Pisać każdy może, na podstawie luźno dobranego zestawu słów z wyszukiwarki rymów. Tu szczególnie polecam komentarz Mironq, który do niewykorzystanych przeze mnie wyrazów dopisał swój własny wiersz. Dla mnie humorystyczna bomba!:)

Pochwaliłam się też kiedyś, jednym z wyróżnionych w Ogólnopolskim Konkursie Literackim Ziemi Lubelskiej – im. Józefa Łobodowskiego organizowanym przez Lubelski Oddział Związku Literatów Polskich, ale bardzo mi bliskim wierszem pt.  Jak co roku.

Na koniec, wrzucam ponownie filmik z notki sentymentalnej, szczególnej z wielu powodów, link do niej znajduje się tu: Śpieszmy się kochać miasta, słuchając, prawie się popłakałam. Po pierwsze, bo miejsce, w którym ten filmik nagrałam wygląda dziś zupełnie inaczej, drzewa wycięto i pozostał ogołocony z zieleni plac, z którego w oczywisty sposób również ptaki odleciały (nie, to nie wina PIS-u ani Tuska, to jedynie chciwy urzędas, który mam nadzieję, został już z tego rozliczony). Po drugie, bo mnie już tam nie ma.

Czytaj dalej „Retrospekcyjnie o zabawie w poetkę:-)/ Retrospectively about the game called „to be a poet” :-)”

Już nie „Tarasy” i nie „Zamkowe”/ No more „Terraces” and no „castle”

Najwyraźniej ktoś z zarządu centrum handlowego „Zamkowe Tarasy” zajrzał na Blog Caffe i zrozumiał moje przesłanie sprzed 7 lat (pisałam o tym tu: Dlaczego „Tarasy”?/ Why „Terraces”?). No i zmienił niezbyt fortunną nazwę 😉

Mogłabym powiedzieć, że lepiej późno niż wcale, tylko że ja się już do tej starej nazwy przyzwyczaiłam, już ją nawet, w jakiś przewrotny sposób, polubiłam:-) No i to nie jest tylko rebranding, to niestety znowu inwestycja kapitału zagranicznego. O ile dobrze pamiętam, to nowi inwestorzy z zagranicy płacą przez kilka lat, o wiele niższe podatki niż polscy sprzedawcy. Nie wiem jak Wam, ale mi się to nie podoba.

Ale cóż, chyba nic z tym nie zrobimy, pozostaje nam tylko zaśpiewać „VIVO Las Vegas Lublin„!

Czytaj dalej „Już nie „Tarasy” i nie „Zamkowe”/ No more „Terraces” and no „castle””

Scenka rodzajowa czyli prawie kosmiczna historia

Wczoraj wybrałam się „na miasto”.

Zanim ktoś mi napisze „a co, na wsi mieszkasz?”, „Warszawa, to nie miasto?”, „a Ty to daleko masz?”, tłumaczę.

Wychodząc z domu, żeby połazić po sklepach, coś załatwić, czy spotkać sie z przyjaciółmi, Lubelak powie „jadę do miasta”. Warszawiak do Centrum, ale w Lublinie jeśli Centrum, to tylko Kongresowe. Jakaś taka zaszłość historyczna, czy coś.

Wracajac do tematu, pojechałam załatwiać sprawy firmowe, ale zupełnie nie do Centrum!

To był Kosmos!!

Zobaczcie zresztą sami:-)

Uwielbiam dni, kiedy mogę ruszyć się z biura, to kolejny plus nowej pracy.

Takich wycieczek krajoznawczych miałam ostatnio kilka, ale wczorajsza była wyjątkowa. Patrzyłam zachwycona, nie zwracając uwagi na plusiasty śnieg i przemarznięte dłonie.

Albo achitekt ma ogromną wyobraźnię, albo naoglądał się Gwiezdnych Wojen. Tak czy siak, muszę pojechać na Ilżecką, jak zrobi się ciepło i zielono.

To dopiero będzie nieziemski widok!

Alternatywa na kółkach, czyli co, jak i którędy

Ostatnio ktoś mnie zapytał: jeśli nie samochód, to co?

Pomyślałam, że warto o tym napisać tak na forum, bo Lublin to, co prawda, nie Warszawa, ale ścieżek rowerowych mamy coraz więcej, a i komunikacja miejska podobno się poprawiła. Piszę podobno, ponieważ ja sama korzystam z niej dosyć okazjonalnie, ale moja mama twierdzi, że jest znacznie lepiej niż kiedyś. Dawniej trzeba było czekać na przystanku, aż łaskawie pojawi się autobus, a rozkładów jazdy albo nie było wcale (zrywane przez okolicznych wandali), albo nie aktualizowano ich na czas. No i ilość linii niewystarczająca dla potrzeb mieszkańców.

Dzisiaj rzeczywiście jest znacznie lepiej, chociaż kiedy ostatnio musiałam skorzystać z MPK okazało się, że trolejbus (bo w Lublinie mamy również trolejbusy) przyjechał o całe 5 minut wcześniej, a ja….paniusia na szpileczkach, z torebeczką w ręku….miałam do wyboru albo zrobić cyrk i niczym Irena Szewińska, starać się dobiec do przystanku (na wspomnianych szpilkach!!:-), albo pojechać następnym i spóźnić się do pracy. Tak więc Szanowna Dyrekcjo Zarządu Transportu Miejskiego, MPK czy czego tam jeszcze…..za wcześniej jest tak samo źle jak za późno!

Oprócz ścieżek rowerowych pojawiły się ostatnio po prawej stronie ulic, wydzielone specjalnie dla rowerzystów pasy. Takie buspasy dla dwóch kółek. Mówiąc szczerze, bałabym się nimi jeździć, a już na pewno bałabym się nimi jeździć razem z małym dzieckiem przypiętym do fotelika. Dlatego to właśnie  najczęściej młodzi rodzice próbują pokazać, że są, że mają potrzebę bycia aktywnym, że chcą tą aktywność zaszczepić własnym dzieciom.

No cóż, rowerzysta z dzieckiem na pasie ulicznym to według mnie nie najlepszy pomysł, choć może w innych krajach tego typu rozwiązania się sprawdzają. Ktoś coś wie na ten temat?

Uważam, że im mniej bezpośredniego kontaktu na linii rower – samochód, tym lepiej.

Tak samo, jak im mniej kontaktu na linii rower – pieszy, dlatego naprawdę dziwi mnie poniższy układ ruchu na ścieżce, którą często zdarza mi się jeździć. Tu droga dla pieszych i rowerzystów przecina się zupełnie niepotrzebnie aż dwa razy, a przecież wystarczyłoby tylko oba pasy ruchu poprowadzić prosto.

Jeśli do wszystkiego co powyżej dodamy fakt, że na samej ścieżce rowerowej też bywa niebezpiecznie, bo jeżdżą po niej również amatorzy jakichś wirtualnych wyścigów kolarskich, a bocznymi dróżkami chadzają czasem niezrównoważeni piesi (o czym sama zdążyłam się kiedyś przekonać), wychodzi na to, że na postawione na początku pytanie musiałabym odpowiedzieć bardzo wymijająco, lub dodając jedno, albo dwa, albo nawet trzy „ale”:-)

Lubelska Noc Kultury 2016 pod hasłem „Wyobraź sobie miasto”

To już moja piąta Noc Kultury, skala porównania się zwiększa.

W tym roku Lublin nastawił się na tzw. instalacje, wystawy fotografii, pokazy sceniczne młodych aktorów bądź improwizacje amatorów. Koncertów było mało, grupy niezbyt znane, choć podobno wybrane przez mieszkańców miasta (nie mam pojęcia, kiedy odbywało się głosowanie), ale brzmienia ciekawe, więc nie ma co marudzić. Scenę ustawiono tym razem przy Zamku Lubelskim, i to chyba nie było zbyt rozsądne, bałam się, że most przy Bramie Grodzkiej nie wytrzyma ciężaru zgromadzonych tam ludzi. W końcu staruszek ci on.

Bardzo podobała mi się ul. Kowalska wystylizowana na lata 20-te. Kolorowa, udekorowana proporcami i lampionami. Na co dzień niezbyt ładna, rozkwitła chociaż na jedną noc. Z miejscem, na „przedwojenną” potańcówkę, z pokazem mody, karuzelą – na której można się było za darmochę pokręcić. To znaczy, chyba za darmochę – bo jakoś nie przyszło mi do głowy żeby sprawdzić, ani skorzystać. I tak mam ostatnio problemy z błędnikiem:) Ale amatorów nie brakowało.

Był fotoplastikon i wystawa Weterańskiej Grupy Partyzanckiej, fajnie wkomponowanej w klimat przedwojennego Lublina. Fotoplastikon mnie rozczarował. Miałam nadzieję, że obejrzę zdjęcia z początku ubiegłego wieku, a to były tylko fotografie z lat 80-tych. Taki Lublin to ja pamiętam. Trochę.

 

Na Placu Rybnym, kiedyś placu targowym, gdzie handlowano rybami złowionymi w przepływającej poniżej Czechówce, pojawiły się oczywiście ….ryby. Ale nie byle jakie!! Przepiękne kolosy, wyrzeźbione w ogromnych bryłach lodu, podświetlone na niebiesko ciekawie współgrały z pobliskim Zaułkiem Harwiga, błyszczącym rozświetloną zielenią.

 

Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, że kiedyś była tu Cloaca Maxima, czyli kanał, zbierający wody opadowe i nieczystości ze Starego Miasta. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że te nieczystości pochodziły także ze wspomnianego targu, nie jestem w stanie też wyobrazić sobie, jaki to musiał być przerażający smród:-)

Nigdy nie byłam na tarasie widokowym Wieży Trynitarskiej, więc z przyjemnością namówiłam przyjaciół i wdrapaliśmy się pokonując 207 kręconych schodów. Było warto. Kiedyś oglądałam panoramę miasta z Baszty, zresztą chyba też w czasie jakiejś nocy kultury, teraz zyskałam nową perspektywę.

 

Jedyny, ale dosyć duży minus, to oświetlenie Starego Miasta, które w tym roku pomyślano na niebiesko. Latarenki nie dawały tak wiele blasku jak w latach ubiegłych, więc było trochę ciemno, trochę smutno, trochę straszno:)

Podobno Lubartowska została przykryta trawą, nie zobaczyłam, bo nie wyściubiliśmy nosa poza Stare Miasto.

No i zupełnie nie wiem o co chodziło z tym drzewkiem na Placu po Farze….wyglądającym jak połączenie bożonarodzeniowej choinki i grobu udekorowanego zniczami w dzień 1 listopada. Jeśli to miał być symbol, to ja się nie dopatrzyłam…..czego.

Natomiast cel „Wyobraź sobie miasto” został osiągnięty! Ja sobie wyobraziłam.

Przesilenie słoneczne

Dzieje się tak dużo, że aż nie mam czasu o tym pisać:-) Powaga!

A wieczorami padam zmęczona, buszowanie w sieci przekładając na jakieś wirtualne „jutro”. Mam nadzieję, że to przejściowe i wraz z pierwszym afrykańsko-lubelskim deszczem minie, jak ręką odjął. Nie żebym tego egzotycznego klimatu w swoim mieście nie lubiła! Kocham! Wiąże się z nim tak wiele fantastycznych wspomnień, że mógłby być sobie taki zawsze. Pomyślcie tylko: zamiast pół metra śniegu słoneczko, zamiast jesienno – zimowej słoty….słoneczko. Odkryte ramiona, suche buty, garderoba wypełniona  zwiewnymi fatałaszkami i strojami do opalania….Brak ciężkich kurtek, długich płaszczy i zajmujących dużo miejsca na półce swetrów:)

No cóż, zdaję sobie sprawę, że w tej kwestii na wiele liczyć nie mogę, więc liczę na dziecko:-). Niech sobie znajdzie drugą połówkę pomarańczy (zauważyliście, że jabłka w tej kwestii są już passe?) na jakimś włoskim lub hiszpańskim wybrzeżu, a mamusia (dla niektórych kochana teściowa), będzie to wybrzeże czasem odwiedzać. Obiecuję, że po 2 – 3 miesiącach będę zawsze wracać do kraju jak, nie przymierzając, bociany 😉

Zresztą po pierwsze, mam w sobie gen tubylczości. A po drugie, właśnie przeczytałam, że najlepszym lubelskim start-upem okazał się internetowy sex shop. To chyba najlepszy dowód na to, że w naszym mieście zawsze można połączyć przyjemne z pożytecznym.

I na pytanie rzucone kiedyś prezydentowi „jak żyć?”, odpowiedzieć z bezwstydnym uśmiechem……….”seksem!” :-))

Kobieta od czasu do czasu powinna tylko leżeć i pachnieć.

I niby to wiem, niby pielęgnuję wyhodowaną z trudem szczyptę kobiecego egoizmu, a mimo to, do Spa chodzę za rzadko.

W łazni

Na szczęście Ktoś mi o tym cyklicznie przypomina i zabiera nie przyjmując wymówek. Dziękuję :-*

No i właśnie w sobotę mogłam się zrelaksować, zresetować i skupić tylko na tym, czy akurat mam ochotę na saunę, peeling, czy może jakiś inny zabieg pielęgnacyjny. A wszystko to w samym centrum miasta, w Shirin Spa, które znajduje się w najpiękniejszym lubelskim hotelu IBB Grand Hotel Lublinianka.

Zaczęło się od herbatki oczyszczającej. Potem, po obsypanej płatkami róż podłodze zaprowadzono nas do sauny.

W strone sauny

Którą wybrać? Suchą czy parową? Oczywiście najpierw jedną a potem drugą!!  🙂

Sucha rozgrzała ciało, parowa z miętowym aromatem sprawiła, że przynajmniej na chwilę zapomniałam o upierdliwej alergii.

I zrobiło się tak fajnie, muzyka, bezwład, nicnierobienie. Leżałam w półśnie, a przesympatyczne dziewczyny z Shirin Spa dbały o nasze dobre samopoczucie, pełne szklanki (bo organizm trzeba też nawilżać od wewnątrz) oraz ogólne zadowolenie.

Hamman

Polecam rytuał Hammam, który nazywany jest eliksirem młodości (ja po sobocie wyglądam na dychę mniej, serio serio:-). Wszystkie jego etapy cudownie regenerują i nawilżają skórę całego ciała. W trakcie zabiegu znowu totalne rozleniwienie umysłu, odprężenie, a potem powrót do energetycznej równowagi. Niektórzy wychodzą po zabiegu w łaźni tureckiej zmęczeni, ja poczułam, że żyję!

Dowiedziałam się też, że z okazji Dnia Matki w najbliższą sobotę są dni otwarte i każda mama z córką wchodzi za darmo!! Shirin Spa szykuje wiele ciekawych atrakcji, więc jeśli nie macie innych planów, wyjdźcie z domu i  zadbajcie o siebie.

Bo jeśli nie Wy, to kto?

* Zawsze wydawało mi się, że jak Hotel Grand to i ceny muszą być grand, a tymczasem  jest zadziwiająco konkurencyjne, a przy tym dużo promocji i atrakcji dnia.

Kto świętuje ostatki ten jest piękny i gładki:)

Po piątku 13-ego, który wcale nie był pechowy nastąpiły Walentynki, czy raczej walentynkowe ostatki. Tegoroczne przebiegły w sposób trochę zaskakujący, bo zamiast jednej pary patrzącej sobie przy stoliku głęboko w oczy, pojawiły się trzy. Trzy pary.

Zamiast siedzieć na tyłku w jednym z klimatycznych lubelskich klubów, ruszyliśmy w staromiejski rejs. Szwendaliśmy się od jednego do drugiego pubu testując drinki, których nazwy brzmiały ciekawie, jak np. egzotyczna brasiliana, czy cuban passion.

No i zamiast wrócić o przyzwoitej porze, bo w planach mieliśmy jeszcze równie intensywną niedzielę, w domu pojawiliśmy się nad ranem:-). Cóż mogę powiedzieć na swoją obronę, zwiedzanie jest bardzo czasochłonne. I cholernie przyjemne!
W Whisky Club zostaliśmy trochę dłużej, bo przywitano nas pięknymi różami i usadzono w super wygodnych fotelach, że aż się nie chciało wstawać. W browarze przy Grodzkiej 15 serwowano przepyszne przekąski, a w Gramoffonie była fajna atmosfera i przemiły kelner;-).

RóżeOdkryliśmy miejsca, których do tej pory nie znaliśmy, a wydawało mi się to niemożliwe, biorąc pod uwagę, że od wczesnej wiosny do późnego lata jesteśmy na Starym Mieście niemal co weekend.

Szkoda, że w Komitecie, gdzie mieliśmy nadzieję  potańczyć, nie było już miejsc. To znaczy były stojące, ale sorry po tańcu w kącie stać nie będę:) Po wytańczeniu się do upadłego miło byłoby opaść na jedną z kanap i gadać, gadać, gadać.

Tak więc z tańców hulanek i swawoli musieliśmy siłą rzeczy wyciąć tańce, a powstałą w ten sposób pustkę wypełnić dodatkową porcją gadania. W tym jestem miszczem!:)

PS. Ciekawe, czy mój stary post jest nadal aktualny? Tu: Walentynki w Malezji

Taka sytuacja, czyli człowiek człowiekowi

Na dole grający skrzypek, w długim płaszczu, z siwymi włosami niedbale wystającymi spod czarnego beretu. Podobno dawny artysta Filharmonii Lubelskiej, a dzisiejszy uliczny grajek, zarabiający na życie na deptaku, a w ciepłe jesienne weekendy, na cmentarzu. Ludzie chyba go lubią, skoro widuje się go w tym samym miejscu od 15 lat.

Na górze, w mieszkaniu czynszowej kamienicy, tuż nad miejscem, w którym mężczyzna codziennie rozkłada swój muzyczny warsztat, pan Marek, od wielu lat chory na Parkinsona. Z powodu choroby mężczyzna od pewnego czasu mało wychodził z domu, ale od kiedy wszczepiono mu aparat do stymulacji mózgowej przestał całkiem. Co mu pozostało? Myślę, że to co innym w jego sytuacji i w zależności od etapu choroby: wyglądanie przez okno, wsłuchiwanie się w dźwięk żyjącego miasta, telewizja, książki, może, jeśli jeszcze kontroluje własne ciało, komputer.

Podobno po wszczepieniu aparatu, kiedy tylko skrzypek zaczynał grać, zwłaszcza przy akompaniamencie magnetofonu (co btw jest wykroczeniem w miejscu publicznym), stany chorobowe pana Marka momentalnie się nasilały.

No więc na początku były prośby, aby skrzypek zmienił miejsce koncertowania. Gdy jednak ciągle wracał w to samo miejsce, prośby przeszły w groźby skierowania sprawy do sądu. Muzyk powoływał się na swoje prawo do wolności twórczej i artystycznej. Żalił się, że stosuje się wobec niego ostracyzm społeczny, że rodzina chorego najzwyczajniej w świecie go oczernia. Stworzył mapkę miejsc, w których grywa, a z której wynikało, że mieszkanie chorego znajduje się wystarczająco daleko. Tylko, że to podobno nie do końca prawda.

Trzeba pamiętać, że to co dla jednych jest cudownym, darmowym koncertem, dla innych może się stać nieznośnym rzępoleniem. Będąc człowiekiem uziemionym we własnym mieszkaniu, skazanym na słuchanie w kółko tych samych przebojów, po jakimś czasie, można mieć dość. Ale dziwi, że nikt nie przeprowadził badań poziomu hałasu w mieszkaniu pana Marka, to przecież byłby namacalny dowód w sprawie.

Nie chcę oceniać, kto ma „mojszą rację”. Po części pewnie mają ją obaj panowie, choć w sądzie wygrał skrzypek. Jednak….. Gdzie się podziała stara, dobra empatia? Przemyślenia w stylu: co prawda zarabiam na życie, ale skoro moja muzyka komuś przeszkadza, to zmieniam miejsce. Lub: owszem jestem bardzo chory, ale dzięki Bogu nie muszę koncertować na mrozie! Takie zwykle ludzkie współczucie.

Poza tym, na deptaku i Starym Mieście jest naprawdę tak wiele fajnych, uczęszczanych przez potencjalnych słuchaczy miejsc, że nie trzeba się kłócić o to jedno jedyne.

Byłam wczoraj na „Carte Blanche”

Nareszcie ktoś nakręcił normalny film, przy czym „normalny” ma w tym momencie naprawdę baaardzo pozytywne znaczenie.

Nie ma hollywoodzkich zagrywek, epatowania nagością, czy brzydotą (jak w „Idzie”), nie ma silenia się na oryginalność lub górnolotność. Filozoficznego przesłania też dzięki Bogu nie ma. A mimo braku wspomnianej golizny sala pękała w szwach.

Pamiętacie serial „Wszystko przed nami”, którego akcja rozgrywała się w Lublinie, emitowany w TVP1 jakiś czas temu?  Lublin wyglądał w nim pięknie, taki wyretuszowany, z dachami lśniącymi w słońcu nienaturalną czerwonością, ale sam serial i grający w nim główni aktorzy, słabiutki. W „Carte Blanche” jest odwrotnie. Rewelacyjni aktorzy, a Lublin taki, jaki jest, z pięknymi, bo już zrewitalizowanymi zabytkami oraz brzydkimi, które dopiero na nią czekają. Ze zwykłymi ulicami i pięknym deptakiem. Ze Starym Miastem i moim ukochanym Śródmieściem. Szkoda że ekipa filmowa nie pokusiła się o wejście do bramy kamienicy przy ulicy Olejnej, wtedy również widzowie mogliby zobaczyć fajnie odnowione drewniane schody, które nie wiedzieć czemu, kilka lat temu mnie oczarowały. Często zaglądam tam tylko po to, żeby sprawdzić, czy czar nadal działa:-)

Główny bohater przeżywa najprawdziwszą tragedię, ale mimo to, pozwala sobie tylko jedną poważną, pojawiającą się na początku choroby chwilę słabości. Potem już do końca filmu nie traci pogody ducha i chęci do życia. Chyra zagrał lubelskiego nauczyciela (żyjącego i ciągle jeszcze nauczającego Macieja Białka) świetnie i bardzo przekonywająco. Bawią napisane w klimacie czarnego humoru dialogi, dlatego mimo realnie odczuwanego smutku, że oto patrzymy na ludzki dramat, film nie należy do pesymistycznych.

Nie chcę o fabule opowiadać zbyt wiele, bo może ktoś ma ochotę się wybrać do kina, napiszę więc z całą odpowiedzialnością, że wybrać się warto! Choćby nawet dlatego, żeby uświadomić sobie, jak wygląda świat okiem człowieka tracącego wzrok. Zastosowano bowiem bardzo dobre posunięcie operatorskie, przez moment, stajemy się głównym bohaterem, człowiekiem niedowidzącym i  patrzymy na świat jego oczyma.

Aaa, no i nasze trajtki (tramwaje:-). Pełno ich pędzących po lubelskich ulicach, jakby autobusy wcale nie istniały:-). I to nic, że  w jednej scenie bohater wsiada przy Parku Saskim i jedzie w kierunku Alei Racławickich, a potem wysiada na Lubartowskiej, czyli na przeciwnym biegunie trasy.  Akurat tego typu zakłamania są w filmie są czymś naturalnym. Dlatego też liceum, w którym pracuje główny bohater, to tak naprawdę dwa różne budynki, które na szczęście dla producenta, stoją blisko siebie, w przeciwnym razie przenoszenie planu z jednego miejsca w drugie byłoby uciążliwe.  Tymczasem wykorzystano front i zaplecze IV Liceum mieszczącego się przy ul Szkolnej oraz wnętrze Biskupiaka stojącego przy ul. Słowikowskiego.

Schody wielokrotnie pokazywane w filmie (ujęcie z lotu ptaka), to……droga do Kościoła św. Mikołaja, w którym ostatnio byłam na koncercie, a zza okna przemieszczającego się przez miasto trolejbusu widać mój balkon:)))

Carte blanche

Carte blanch2zdjęcia z http://www.kurierlubelski.pl

O Caffe na tropie, dociekliwości nagrodzonej oraz pewnej lubelskiej legendzie.

Posiadam pewną zaletę,… żeby nie powiedzieć, przypadłość. A mianowicie, widzę to, czego inni nie zauważają, zwracam uwagę na coś, czego inni nie widzą. Na rzeczy pozornie mało istotne, ulotne zjawiska, krótkie wrażenia, takie różne egzystencjalno-przyziemne duperszmity. I zawsze niezmiennie się cieszę, gdy niczym biblijny ślepiec – ujrzę!:)

W tamto lipcowe popołudnie spacerowałam po uliczkach Starego Miasta. Zaglądałam w bramy, stare podwórka, w urokliwe, odnowione lub gdzieniegdzie ciągle jeszcze zaniedbane kąty. W planie miałam chwilę relaksu w kawiarnianym ogródku. Renesansowe mury, dobra książka i gorąca americana.

No i właśnie kiedy tak snułam się w kierunku Trybunalskiej, nagle, zupełnie niespodziewanie, zauważyłam go! Wtopiony w staromiejski bruk, rozłożysty, marmurowo-brązowy, nie wiadomo po co, skąd i dlaczego. Jakby to było oczywiste i zupełnie naturalne, że jest i ma swoją historię. Kamień, na który nigdy wcześniej nie zwróciłam uwagi. A teraz wyczułam w nim jakąś magię, tajemnicę, nie mogłam przejść obojętnie. Powaga! 🙂

Po powrocie do domu, zaczęłam poszukiwania. Oczywiście przekombinowałam, bo wygooglowałam „Jezuicką”, zamiast po prostu „kamień”. Błędnie przyjęłam, że może jest to na przykład postument pod starodawny pręgierz lub fragment dawnego fundamentu, że nie ma nazwy własnej. Gdybym chociaż dopisała „róg Jezuickiej i Gruella”, wszystko byłoby jasne. A tak? Chodziłam w nieświadomości kilka kolejnych miesięcy. Oczywiście rozpytywałam wśród znajomych…..takich samych ignorantów, jak ja:-)

Los jednak chciał, żebym poznała prawdę. Otrzymałam odpowiedź, gdy już przestałam na nią czekać, a nawet zrezygnowana wmówiłam sobie, że jej po prostu nie ma. Symptomatyczne.

Tymczasem w jakiś niesamowicie pogmatwany sposób dotarłam do fantastycznego źródła wiedzy o Lublinie, do bloga Beaty Jawor, osoby z ogromną przewodnicką erudycją  (Patrz TU). Przeczytałam wszystkie notki i dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy o naszym mieście, regionie. A przede wszystkim o kamieniu! (TU).

Jak się okazało, o kamieniu przynoszącym nieszczęście! Dobrze wyczułam, że jest w nim i magia i tajemnica, że bije od niego zimno i niepokój. Nie bez powodu jakaś dobra dusza postawiła tam kosz, nawiązując do wydarzenia, w którym niesprawiedliwie ścięto człowiekowi głowę.

Z perspektywy czasu patrząc i znając legendę, mogę się tylko cieszyć, że miałam ręce zajęte robieniem zdjęć i nie próbowałam dotknąć jego gładkiej powierzchni:-)

Dlaczego?

Bo legenda głosi, że …..a zresztą, sami posłuchajcie, mówi o tym pani Beata (link powyżej). Poznajcie kamienną prawdę!

Miało być o kamieniu i lubelskich legendach,

ale najpierw muszę króciutko o koncercie, który trafił mi się dzisiaj, jak ślepej kurze ziarno. W dodatku został na żywo sfilmowany przez TVP Historia, a jego transmisja odbędzie się w okresie najbliższych świąt.

Był to koncert kolęd z kancjonałów staropolskich pt. „Adwentowe oblatum” w wykonaniu  solistów chóru Lutnia Lubelska w najstarszym lubelskim Kościele im. Św. Mikołaja. Kościele, który jest w trakcie rewitalizacji i z dnia na dzień wygląda coraz piękniej.

Nie jestem fanką kolęd w staro-cerkiewno-słowiańskim, prawosławnym stylu, a tak brzmiały wszystkie utwory wybrane przez chórzystów. Jestem za to fanką literatury staropolskiej w ogóle, dlatego trochę mi szkoda, że dla uzupełnienia, czy przeciwwagi, nie wybrano kolęd brzmiących bardziej po polsku. Widocznie nie taki był zamysł organizatora, w dodatku te melodyjne, „swojskie”, w większości pochodzą już z XVIII i XIX wieku. Więc nie będę się czepiać.

Mile zaskoczył mnie fakt, że Kościół na Czwartku posiada rewelacyjną akustykę! Nie trzeba było specjalnych nagłośnień, wystarczyły stare, średniowieczne mury i fantastyczne głosy śpiewaków. Do tego dźwięk organów, odświętny wystrój, wieczorny blask  i oto znaleźliśmy się w samym środku świątecznej atmosfery!  Już nam zapowiedziano, że to pierwszy z całego cyklu koncertów. Cieszę się, bo ten zaliczam, mimo moich uwag, do udanych.

Dlatego, jeśli ktoś się moją notką nie zniechęcił, a zniechęcanie Was naprawdę nie było moim zamiarem, to zajrzyjcie do świątecznej ramówki TVP Historia.  Choćby z ciekawości.

I już zupełnie na zakończenie….. jednym z melomanów, na którym przez moment zawisło oko kamery była zasłuchana, pogrążona w rozmyślaniach Caffe 😉

20141214_190023

20141214_190138

20141214_185727

Ladies night po raz czwarty, czyli „Scenariusz na miłość”

Z dumą muszę podkreślić, że z roku na rok nasze babskie grono się powiększa. Jak tak dalej pójdzie, trzeba będzie rezerwować cały rząd 🙂

Film niestety najgorszy ze wszystkich, które przy tej okazji oglądałam. Rok temu zaczynało się z lekka makabrycznie, za to skończyło bardzo wesoło. Teraz zupełnie inaczej: ani makabrycznie, ani wesoło. Na początku może i nawet z zadatkami na komedię, ale potem już tylko nuda.

W roli głównej odwieczny amant, Hugh Grant. Nie przeszkadza mi, że nadal grywa amantów. Podobają mi się mężczyźni, którzy godnie wchodzą w dojrzały wiek, bez liftingów, malowania włosów i żałosnych prób zatrzymywania młodości. Wydaje mi się, że Grant taki jest. Tu ciekawostka, ten całkiem przystojny facet, w filmie profesor scenopisarstwa, budzi się u boku brzydkiej jak noc studentki. Czyżbym miała w tej kwestii większe wymagania jako kobieta, niż Hugh Grant jako mężczyzna? Żeby chociaż duże błękitne oczy, albo nogi jak stąd do Warszawy, a tu nic!;-) No dobra, była inteligentna.

I zdziwiło mnie jego zdziwienie, że sypianie z własną uczennicą jest nieetyczne.

Co by tu jeszcze o bohaterze…. On tak w tym filmie sobie chodzi i uczy, czasem rzuci jakąś ironiczną ripostę, kogoś obrazi, kogoś wyśmieje, summa summarum przy okazji przewartościowuje całe swoje życie. A potem następuje, jak na romantyczny film przystało, całkiem przewidywalny happy end.

Dobrze,  że chociaż tyle wzięli z komedii.

Na koniec muszę się pochwalić wygranym kuponem o wartości 50 zł na usługi kosmetyczne w pewnym lubelskim salonie. Kwota dupy nie urywa, jak by to powiedziała Chylińska, ale z drugiej strony darowanemu koniowi się do pyska nie zagląda.

Więc ciesz się Caffe, idź i zrób się na bóstwo!

LadiesNie obyło się tym razem bez wspólnego śpiewania:)

Chodzi lisek koło drogi…

Podobno w Zakopanem (chyba wolę nowocześniejszą wersję „w Zakopanym”), na obrzeżach miasta wieczorami grasują niedźwiedzie. A w Lublinie, w samo południe lisy. I piszę o tym nie tylko dlatego, że wyczytałam w miejskiej prasie. Piszę o tym, bo ja je widziałam!!  Lisy…..nie niedźwiedzie:)))

To był piękny dzień, brałam właśnie czynny udział w miejskim spacerze w ramach projektu „Czuję miętę do Lublina”. Trochę zasłuchani, trochę rozgadani, noga za nogą snuliśmy się z parku Bronowice przez ul. Rusałka, słuchając opowieści o nieistniejących już zabytkach, historycznych miejscach.  Mijaliśmy właśnie Kościół Św. Pawła, a raczej ogrody leżące na Podgrodziu, gdy zobaczyliśmy całą lisią rodzinę! (dla tych, którzy nie znają Lublina podaję, że to centrum miasta:-)).

Cudna gromadka małych rudzielców bawiących się w południowym lipcowym słońcu.

Ja wiem, że to co piękne dla mnie, nie jest tak urokliwe dla miasta bo lisy, dokarmiane przez ludzi przestały się bać cywilizacji. Jest ich coraz więcej, mają idealne warunki do rozmnażania, a bądź co bądź, należą jednak do szkodników. Grasując po miejskich śmietnikach, mogą w dodatku roznosić jakieś paskudne choroby.

Wiem, że miasto próbuje z nimi walczyć, ale Straż Miejska nie ma odpowiedniego sprzętu do odławiania zwierząt, a pracownikom Lubelskiego Centrum Małych Zwierząt brakuje siły perswazji. Dlaczego? Bo lisy, ciągle dokarmiane przez ludzi, stały się zbyt cwane, by dać się zwabić do rozstawianych w okolicy klatek. Przecież wszystko czego potrzebują, mają w zasięgu swojego ślicznego, szarorudego noska.