Scenka rodzajowa. Caffe u lekarza oraz Fifa World Cup / Short story. Caffe visitting a doctor and Fifa World Cup

af03621a407b9b19f4958040eb17

Pierwszy raz zdarzyło mi się na tej platformie, że przy przeglądaniu komentarzy zniknął cały wpis! No naprawdę! Komentarze i nagłówek – na szczęście zostały:))

Tak więc wszystko co poniżej, to próba odtworzenia treści, ale będzie to już raczej wersja light.

Wczoraj opisałam swoją wizytę u lekarza. Miałam na 18.30 przyszłam 1,5 h wcześniej i myślałam, że cały ten czas spędzę w poczekalni czytając książkę. Tymczasem w otwartych drzwiach czekał już na mnie lekarz. Gdy zdziwiona i zadowolona jednocześnie rzuciłam uwagę, że pewnie ktoś odwołał wizytę i oto udaje mi się dostać od razu, lekarz odpowiedział: „Raczej wszyscy odwołali”, i wytłumaczył, że na to popołudnie, akurat zupełnie przypadkiem, zapisani byli sami mężczyźni i wszyscy oni odwołali swoją wizytę.

I dodał znacząco: „Mecz Polska vs. Senegal” :-))

W tamtym momencie naprawdę kochałam FIFA World Cup!

W post scriptum dodałam, że teraz ci wszyscy faceci żałują, bo nasi przegrali a oni sami będą czekać na wizytę kolejne 3 miesiące.

Wyszło nawet krócej niż na początku:-) Continue reading „Scenka rodzajowa. Caffe u lekarza oraz Fifa World Cup / Short story. Caffe visitting a doctor and Fifa World Cup”

Reklamy

Mecz rugby Polska – Ukraina

Po pierwsze to zepsuł mi się laptop. Przez ostatnie tygodnie korzystam tylko z tabletu, a że pisanie notki w nim jest strasznie niewygodne, to… wicie rozumicie.

Dzisiaj jednak po prostu muszę się pochwalić, że w sobotę, po raz pierwszy w życiu byłam na międzynarodowym meczu!! Po raz pierwszy w życiu na lubelskim Stadionie Arena! I po raz pierwszy miałam wątpliwą przyjemność zobaczyć „naocznie”, jak to jest się wstydzić za pseudokibiców. Na szczęście wstyd był tylko w krótkich przebłyskach, bo rugby nie football, więc i kiboli przyszło zdecydowanie mniej.

Polska-Rugby-MS-7Oglądając ten mecz przypominałam sobie, jak w sumie tak niedawno temu, biegałam z moim chłopakiem – rugbistą, na wszystkie mecze, które rozgrywały się w Lublinie, na znacznie mniej okazałym, stadionie Budowlanych. To wtedy nauczyłam się, że jak zawodnicy nagle wypinają w stronę widzów tyłki, jednocześnie łapiąc się za ramiona, a potem śmiesznie przepychają na boisku – to jest młyn, że jest on, oprócz wachlarza, jednym z najbardziej widowiskowych elementów meczu, że za „przyłożenie” zespół dostaje najwięcej punktów. Przekonałam się też osobiście, że kopnięcie jajowatej piłki i skierowanie jej do bramki, wcale nie jest proste.

W sobotę na nowo odkryłam radość z bycia kibicem. Razem z innymi wyśpiewywałam „Polska białoczerwoni”, (aż mnie na drugi dzień bolało gardło), robiłam falę, klaskałam jak szalona w rytm „Waka waka”, które wybrzmiewało po każdej niezłej akcji  i podekscytowana podskakiwałam w górę, gdy pojawiała się nadzieja na wspomniane  „przyłożenie”.

Polska-Rugby-MS-5Kibiców było sporo, kiboli na szczęście mniej, ale  nawet ich mała grupa robiła wystarczająco dużo zamieszania. I ten ich prostacki, w zamiarze zagrzewający do boju zaśpiew  „Polacy pany, biało-czerwone szatany”! Pewnie nawet szczery, ale…..pany, szatany? Jakaś nawiedzona pseudo-szlachetczyzna przyszła? I baner o antyukraińskiej treści, który na kilkanaście minut zawisł na trybunach, bo ochrona stadionu bała się interweniować. I gwizdy, kiedy rugbista się skupiał przed wykopem. Najwyraźniej „pany” nie wiedzą, że na meczach rugby się nie gwiżdże.

Jeden z pseudokibiców zrobił sobie rundkę po boisku przerywając tym samym na chwilę grę. Nie był tak ładny jak Natalia Siwiec, może więc przestraszył się, że, oko kamery go nie wyłapie tak samo z siebie i celebryckość przejdzie mu koło nosa. Ale sorry, mógłby się trochę wysilić, bo już był i taki, który biegał po boisku i taki, który próbował po nim pływać. Mam nadzieję, że facet zostanie ukarany. Jeśli nie mandat, to chociaż czyn społeczny! Niech na przykład posprząta teren wokół Areny, tam jest jeszcze ciągłe dużo do zrobienia 🙂

Bardzo bym nie chciała, aby grupa kilkunastu osób rządziła kilkoma tysiącami, a sądzę, że Stadion Arena jako gospodarz sportowych wydarzeń, nie powinien chcieć, by jego goście przestali się czuć bezpiecznie.

Czasem warto poprzestać na fonii

Niepocieszeni wracaliśmy z kończącego się właśnie długiego weekendu. Mąż nieszczęśliwy podwójnie, bo w tym samym czasie, w którym na poznańskim boisku rozpoczynał się mecz Chorwacja – Irlandia, on musiał prowadzić auto. Od razu wyszukał stację, która transmitowała mecz, więc miałam do wyboru albo natychmiast zasnąć snem głębokim i błogim, albo udać, że interesuje mnie wszystko, o czym zaraz będzie mowa.

Cóż, nie jest łatwo zasnąć snem głębokim i błogim w takich okolicznościach.

Siedziałam więc początkowo kompletnie niezainteresowana, potem lekko rozbawiona fantazją komentatora*, jednak z minuty na minutę coraz bardziej wciągała mnie erudycja mężczyzny, tempo relacji i oczywiste w takiej sytuacji potknięcia, przejęzyczenia, a czasem zupełnie chybione porównania. Nie ukrywam, że czekałam właśnie na te potknięcia.

Mecz należał do udanych, z często zmieniającą się akcją, więc komentator miał, co robić. Mówił szybko i sprawnie, używał zdań wielokrotnie złożonych, porównaniami sypał jak z rękawa, stosował dygresje i zawieszenia głosu.

Czasem go naprawdę ponosiło i wtedy zaczynała się najlepsza zabawa.

W relacji pojawił się Seneka i podróbki z miejskiego bazarku, była mowa o postawie piłkarza, który „musi gryźć trawę i rywala”, o czarnych szybkach na oczach sędziów, (pewnie chodziło po prostu o „klapki na oczach”), pojawiła się analogia, że prawnik bywa niedoszły, ale ktoś, o kim akurat mówił (nie pamiętam o kim:-), jest jak najbardziej „doszły” erudyta i prawdziwy humanista.

Po jakiejś decyzji sędziego (albo piłkarza, nie wiem dokładnie, bo czasem traciliśmy połączenie) komentator stwierdził, że poznańskie koziołki na pewno teraz stukają się głowami ze zdziwienia (chodził o koziołki na zegarze poznańskiego ratusza, które owszem, bodą się codziennie o godz. 12.00 ;-). Innym razem skomentował trzydniowy zarost gracza (znany sposób, żeby nie zapeszyć wygranej) doprecyzowując, że mężczyzna nie ogolił ani policzka z lewej strony, ani tego z prawej. A jest jakiś trzeci?

Mniej więcej w połowie meczu zauważył rezolutnie, że mimo zmiany koloru nieba, które się mocno zachmurzyło, koszulki piłkarzy nie zmieniły swoich kolorów i te Chorwacji są nadal niebieskie a Irlandii nadal zielone. Zwrócił też uwagę na pogniecione spodenki trenera, dodając, że wyglądają jakby spędził noc w śpiworze harcerskiego namiotu, że ktoś inny wypiął pośladki w stronę kibiców, ale wcale nie chciał ich obrazić… Itp. itd.

Takich kwiatków było sporo i na moją wyobraźnię działało rewelacyjnie. Bawiłam się świetnie, znacznie lepiej niż w trakcie jakiejkolwiek transmisji telewizyjnej, więc po skończonym meczu stwierdziliśmy zgodnie, że czasem warto poprzestać na fonii.

*Tomasz Zimoch