Opublikowany w Daily News

Byłam na musicalu Dana Goggina „Siostrunie”

Od czego by tu zacząć?

Może najpierw minusy. Komedia zdecydowanie niższych lotów. Fabuła cieniutka, pomysł taki sobie, coś w stylu średniowiecznej komedii del arte, z błazeńskimi popisami, żartami językowymi, zetknięciem sacrum i profanum. Komizm postaci i charakterów, kontrast, żarty słowne i lapsusy językowe, które w zamiarze miały przywoływać drugą, opartą na dwuznaczności, warstwę znaczeniową.

Głównie chodziło o to, żebyśmy przyszli, pośmiali się właściwie nie wiadomo z czego i wyszli zadowoleni, że nie wydaliśmy 90 zł na darmo. Ale to jest już chyba plus.

Ktoś w komentarzu do przedstawienia napisał, że aktorzy robili, co mogli, żeby ponieść poziom. Zdecydowanie tak! Najlepsza była Anna Dereszowska. Katarzyna Żak raczej taka sobie, żeby nie powiedzieć sztuczna, Jolanta Fraszyńska zaskakująco śmieszna, a Robert Rozmus i Ola Szwed w rolach drugoplanowych mogli pokazać znacznie mniej, więc trudno mi powiedzieć, czy zrobili to dobrze, czy  tak sobie.

Ale mimo wszystko cieszę się, że byłam! Bo było wesoło, a muzycznie całkiem nieźle. Nie żałuję!

I dziwię się tym dwóm paniom, które wyraźnie zdegustowane, ostentacyjnie opuściły przedstawienie. Czy chodziło o to, że siostrzyczki zakonne podskakiwały na scenie niczym  kozice górskie, a tańcząc pokazywały kolana i nawet trochę więcej? Że nie wypada?

No rzeczywiście nie klęczały odprawiając modlitwy, a właściwie, nie cały czas. Niemniej jednak z całą pewnością nie była to sztuka obrazoburcza. Trzpiotowata, miejscami nawet głupawa, ale bez przekraczania granicy dobrego smaku.

Gdyby panie zadały sobie trochę trudu i posiedziały w teatrze nieco dłużej, dostrzegłyby może nawet jakąś religijną prawdę. Bo każda z bohaterek (plus bohater, grany przez Roberta Rozmusa), w jakimś momencie odkrywa, że przez wyrzeczenie się zwykłych ludzkich, ziemskich pragnień, takich jak sława, realizowanie własnych marzeń, rozwijanie talentu, odnajdują prawdziwe, głębokie, zakonne powołanie.

A ja bym tylko dodała od siebie, że już w Biblii zostało zapisane, że Boga można chwalić na wiele różnych sposobów, więc również tańcem (choćby trzpiotowatym), a ten kto śpiewa, modli się podwójnie.

Czasem naprawdę warto spojrzeć na Kościół i jego religijną hierarchię z pobłażliwym, uśmiechem i wyrozumiałością, bo skoro tworzą go ludzie, to zupełnie po ludzku może się w nim przydarzyć i ludzka pycha i zadufanie.

Caffe