Mam sobowtóra

Pracuję w nowym miejscu już dwa miesiące. Codziennie rano krokiem posuwisto spacerowym (pamiętacie, że wymyśliłam kiedyś taki krok?) idę do pracy, mijajac po drodze trzy ambasady i jeden sejm:-). Już kilka razy miałam sytuację, że ktoś mi się ukłonił, najwyraźniej będąc pewnym, że mnie zna, przy czym ja miałam tę samą pewność, że nie znam:-) Ale etykieta to etykieta, mówią ci dzień dobry, wiec odpowiadasz, a dopiero potem się zastanawiasz dlaczego:-)

Przyznaję, że pierwsza taka sytuacja mnie zaskoczyła, druga rozbawiła, ale następne bardzo mocno zaciekawiły. Kim jestem w świadomości tych ludzi?

Mam tylko nadzieję, że nie żadną panią polityk!:-)

Może lekarką? Kłaniają mi się ludzie w różnym wieku, raczej po 40-stce, wiec pasowałoby. A może jestem panią z poczty, ale kto się dzisiaj kłania pracownicy poczty polskiej? Listonoszowi tak! Przynosi ludziom kasę do domu, więc jest rozpoznawany, ale pani z okienka wypada z pamięci zaraz po załatwieniu sprawy. Podobnie rzecz się ma ze sklepikarką czy bibliotekarką. Pracownica ambasady też raczej odpada. To zamknięta grupa ludzi, wejście na teren utrudnione, trzeba się legitymować.

Nie mam pojęcia kim mogę być w tym drugim, alternatywnym życiu:-)

Może następnym razem po prostu zapytać?

Śpieszmy się kochać miasta. Filozoficznie trochę:)

Jedna część mojej osobowości chciałaby domu z ogrodem, patio, psem wielkości Komisarza Alexa i drzewem dającym cień, niczym słynna Lipa w Czarnolesie. Ta Caffe sieje marchewkę, ma za domem mały kurnik i plewi (ewentualnie pieli:), świeżo wzrastające pomidory.

Druga cześć odrzuca to wszystko jako rzeczy zbędne, niepotrzebne, odciągające racjonalnie myślącego człowieka od czegoś znacznie ważniejszego, jak na przykład rozwój własny, podróże, książki, czy intelektualnie rozwijające spotkania. Ta Caffe pisze wiersze i książki, spotyka się z artystami, chodzi do teatru i jeździ po świecie w poszukiwaniu straconego czasu.

Bo wyobrażam sobie, że posiadając to wszystko z pierwszego akapitu nie ma się czasu na realizację marzeń z drugiego, a ewentualna Pani Stenia, która mogłaby za racjonalne pieniądze ogarnąć i odciążyć gospodynię raczej nie wchodzi w grę.

Jednak w sobotę znowu byliśmy na majówce u przyjaciół za miastem…..

Po spałaszowaniu palce lizać kaszanki z grilla poszliśmy na długi spacer. Biegający dokoła nas pies wielkości Komisarza Alexa, w okolicach śpiewające ptaki, w zasięgu oczu pola, które jeszcze dwa tygodnie temu biły po tychże oczach kolorem żółci kwitnącego rzepaku. I poczucie rozleniwienia w kontakcie z naturą. Bezcenne.

Wieczorem, już przy kawie usłyszeliśmy przeraźliwy huk. To niefrasobliwy sąsiad naszych przyjaciół, nieumiejętnie ściął drzewo, które runęło na świeżo odnowione ogrodzenie. A potem było „Kargul podejdź no do płota”, ocenianie szans i strat, próba dojścia do wspólnego konsensusu i takie tam gospodarskie pogaduchy.

Wróciliśmy późno. Delektując się nocną ciszą stwierdziliśmy, że w dyskretnych odgłosach dobiegających z mieszkań naszych sąsiadów jest coś sympatycznego, (no może z wyjątkiem odgłosu spuszczanej w toalecie wody). I że tak naprawdę czasem chodzi o starą jak świat zasadę „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”, która pojawia się najpierw, i że „wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”, co uświadamiamy sobie potem.

Dlatego właśnie przyszło mi dzisiaj do głowy, że trzeba spieszyć się kochać nie tylko ludzi, ale także domy i miasta. Zanim przyjdzie je nam porzucić.

Bo może tam, gdzie kiedyś będę mieszkać nie usłyszę takiego śpiewu ptaków, jak na filmie poniżej, nagranym w zasadzie w centrum miasta, z mojego balkon.