Trochę o kolorach

Dzisiaj wyczytałam, że prawdziwy mężczyzna zna tylko cztery kolory: fajny, pedalski, ch…wy i rudy:-)

Więc jeśli już wyciągniesz go na zakupy i staniesz w przymierzalni mając na sobie jedynie bieliznę, nie proś, żeby Ci przyniósł tę bluzeczkę z drugiego wieszaka, w kolorze amarantowym czy transparentnej moreli. A jeśli już zaryzykujesz, to musisz mieć świadomość, że na pewno wróci z czymś różowym!

No i właśnie dlatego  należy wnieść poprawkę do pierwszego zdania.  Ja uważam, że oprócz czterech powyższych, mężczyzna jest w stanie odróżnić jeszcze trzy kolory. Wspomniany różowy, prawdopodobnie za sprawą pewnych, mocno reklamowanych króliczków (i co dziwne akurat w tym kontekście różowy nie stanowi odmiany pedalskiego), błękitny –  skoro męski wzrok tak szybko reaguje na kobiece duże błękitne oczy to oczywiste, że percepcja tego koloru jest właściwa i czerwony. Dlaczego czerwony? A spróbujcie kiedyś wieczorem, kiedy jesteście z nim sam na sam, założyć czerwoną obcisłą  sukienkę, będziecie mieć odpowiedź:-)

Reszta cudownych odcieni tęczy ginie w odmęcie kobiecych fatałaszków, wywołując u mężczyzn swojego rodzaju daltonizm.

I dla mnie osobiście stanowi to jednak właściwy punkt odniesienia.

Gdyby bowiem pewnego dnia mój mężczyzna powiedział,  że musi sobie kupić karmazynową koszulę  bo będzie mu pasować do jaśminowych spodni, uznałabym,…. że albo nagle zmienił orientację, albo zwyczajnie zachorował.