Syndrom stresu pourlopowego

Nie ma co się dłużej okłamywać.

Tegoroczne wakacje minęły bezpowrotnie, a do następnych – cały pieprzony rok! Próbuję udawać, że jest fajnie, tu zrobię obiadek, tam upichcę jakieś ciasto. Tu kawka, tam spotkanie, w międzyczasie zakupy czy kino, ale należy powiedzieć sobie jasno całą prawdę.

Nastał czas powrotu: do domu, do pracy, na siłownię, bo przecież pogoda za oknem już niedługo przestanie sprzyjać, a mi nic się nie chce!

W pewnym poradniku radzili, że dla własnego komfortu psychicznego, w pierwszych dniach po urlopie należy rozsądnie dawkować obowiązki, zwiększać pracę stopniowo, zaczynać od rzeczy łatwych, które można szybko weryfikować. Jakieś sortowanie e-maili, czytanie listów, czy przeglądanie kalendarza. W przerwach między jednym, a drugim, warto sobie dla poprawy samopoczucia w myślach planować następny wypad z domu.

Jakieś strasznie odkrywcze toto nie jest, ale tak zrobiłam. Nie pomogło:-)

Radzili też, żeby zadbać o kondycję fizyczną. Wiadomo, fizyczna wpływa na psychiczną,, więc logiczne, że trzeba  ruszyć tyłek z krzesła, żeby ta fizyczna była jak najlepsza :-).

Przyznaję, że kiedy tak siedzę w biurze i przygotowuję następne super pilne tłumaczenie, drukuję „niezwykle ważne” dokumenty, czy wykonuję inne zadania „na wczoraj”, nawet jogging wydaje mi się kuszącą alternatywą:-)