Zacznijmy sypiać z innymi/ Let’s start sleeping with other

Wczoraj obejrzałam bardzo fajny spektakl, komedię dell’arte, odgrywaną  w formule teatru ulicznego, otwartego, wystawianego pod gołym niebem na Palcu Konstytucji. Dobrze, że nie padało:-). Tytuł  „Związek otwarty” (nomen omen).

20180717_170607-12016509203.jpg

O czym? Klasyka. Ona i on, małżeństwo z jakimś tam stażem, on nieco znudzony, zdradzający, ona rozchwiana emocjonalnie, zazdrosna, ze skłonnościami autodestrukcyjnymi. W jakimś momencie on wpada na pomysł, żeby pozwolić sobie wzajemnie na zdrady, namawia żonę, by zaczęła się spotykać z innymi mężczyznami. Więc ona zaczyna.

20180717_171405-1-704726873.jpg

Ciacho co? 🙂

Oto grający męża Otar Saralidze, śniadoskóry, młody i przystojny Gruzin, który czuje się Polakiem. I skandalista, wobec którego toczyło się postępowanie o ustalenie ojcostwa oraz pozbawienie praw rodzicielskich. Badanie DNA pewnie wyjaśniło kwestię ojcostwa, ale jeśli facet rzeczywiście tym ojcem jest i uchyla się od odpowiedzialności, to trochę nie halo. To zdolny aktor, sądzę że nie narzeka na brak propozycji, a w związku z tym na brak pracy, a w związku z tym również na brak pieniędzy.

Żonę grała Weronika Nockowska, również znakomita i ładna aktorka, jeszcze nieznana za bardzo, ale to się  na pewno wkrótce zmieni.

Oboje ze świetną dykcją, wyczuciem sceny, pewnymi ruchami. Ja byłam zachwycona i prawdopodobnie jutro wybiorę się na to samo jeszcze raz:)

20180717_170552-21680337045.jpg

Ale tak na marginesie, co sądzicie? Czy tego typu związek ma rację bytu, może się sprawdzić w dzisiejszym bardzo specyficznym świecie, w którym tradycyjny model rodziny, a więc także model małżeństwa odchodzi w przeszłość? Nie będę świnia i nie powiem Wam, jak kończy się przedstawienie, nie chciałabym, żeby ktoś przeze mnie stracił całą przyjemność z oglądania.

Tego typu jednoaktówki grane są codziennie, a czasem nawet dwa razy dziennie, o 17.00 i 19.00. Repertuar się zmienia.

***

Yesterday I watched a very nice spectacle, a dell’arte comedy, played out in the formula of street theater, an open-air, on Plac Konstytucji. It’s good that it did not rain :-). The title „Open relationship” (nomen omen).

What was about? Classical situation. She and he, a few years of marriage, he is rather bored, cheating, she is emotionally distracted, jealous, with self-destructive tendencies. At some point, he comes up with the idea: „Let’s betray each other”, and than encourage his own wife to come together and meet other men. So she started.

Hottie, hm? 🙂 Here is the husband, played by Otar Saralidze, a young, good-looking Georgian, who feels Polish. And the scandalist against him was court proceedings aiming to prove a national’s paternity and (at the same time) depriving him of parental rights. DNA testing probably clarified the question of paternity, but if a guy is the real father and he shirks his responsibility, it’s a bit of „a halloooo”. This talented actor does not complain about the lack of proposals, and therefore the lack of work, and therefore I think that also the lack of money.

The wife was Weronika Nockowska, a very talented and pretty actress, not yet known too much, but it will change soon, I am sure.

Both with great diction, sense of the scene, certain movements. I was delighted and probably tomorrow I will go for the same again 🙂

But by the way, what do you think? Is this type of relationship right to exist, can it work in today’s very specific world in which the traditional family model, and thus also the marriage model, goes away in the past? I will not be a pig and I will not tell you how the performance ends, because if someone manages to see that performance, he will accuse me of spoiling.

This type of one-act plays are played daily, and sometimes even twice a day, at 17.00 and 19.00., but the repertoire is changing.

Reklamy

Byłam na musicalu Dana Goggina „Siostrunie”

Od czego by tu zacząć?

Może najpierw minusy. Komedia zdecydowanie niższych lotów. Fabuła cieniutka, pomysł taki sobie, coś w stylu średniowiecznej komedii del arte, z błazeńskimi popisami, żartami językowymi, zetknięciem sacrum i profanum. Komizm postaci i charakterów, kontrast, żarty słowne i lapsusy językowe, które w zamiarze miały przywoływać drugą, opartą na dwuznaczności, warstwę znaczeniową.

Głównie chodziło o to, żebyśmy przyszli, pośmiali się właściwie nie wiadomo z czego i wyszli zadowoleni, że nie wydaliśmy 90 zł na darmo. Ale to jest już chyba plus.

Ktoś w komentarzu do przedstawienia napisał, że aktorzy robili, co mogli, żeby ponieść poziom. Zdecydowanie tak! Najlepsza była Anna Dereszowska. Katarzyna Żak raczej taka sobie, żeby nie powiedzieć sztuczna, Jolanta Fraszyńska zaskakująco śmieszna, a Robert Rozmus i Ola Szwed w rolach drugoplanowych mogli pokazać znacznie mniej, więc trudno mi powiedzieć, czy zrobili to dobrze, czy  tak sobie.

Ale mimo wszystko cieszę się, że byłam! Bo było wesoło, a muzycznie całkiem nieźle. Nie żałuję!

I dziwię się tym dwóm paniom, które wyraźnie zdegustowane, ostentacyjnie opuściły przedstawienie. Czy chodziło o to, że siostrzyczki zakonne podskakiwały na scenie niczym  kozice górskie, a tańcząc pokazywały kolana i nawet trochę więcej? Że nie wypada?

No rzeczywiście nie klęczały odprawiając modlitwy, a właściwie, nie cały czas. Niemniej jednak z całą pewnością nie była to sztuka obrazoburcza. Trzpiotowata, miejscami nawet głupawa, ale bez przekraczania granicy dobrego smaku.

Gdyby panie zadały sobie trochę trudu i posiedziały w teatrze nieco dłużej, dostrzegłyby może nawet jakąś religijną prawdę. Bo każda z bohaterek (plus bohater, grany przez Roberta Rozmusa), w jakimś momencie odkrywa, że przez wyrzeczenie się zwykłych ludzkich, ziemskich pragnień, takich jak sława, realizowanie własnych marzeń, rozwijanie talentu, odnajdują prawdziwe, głębokie, zakonne powołanie.

A ja bym tylko dodała od siebie, że już w Biblii zostało zapisane, że Boga można chwalić na wiele różnych sposobów, więc również tańcem (choćby trzpiotowatym), a ten kto śpiewa, modli się podwójnie.

Czasem naprawdę warto spojrzeć na Kościół i jego religijną hierarchię z pobłażliwym, uśmiechem i wyrozumiałością, bo skoro tworzą go ludzie, to zupełnie po ludzku może się w nim przydarzyć i ludzka pycha i zadufanie.

Caffe

W niedzielę było….. bosko

Beata, czy Ty nie możesz tak po prostu pójść do teatru albo kina, usiąść, pośmiać się i zrelaksowana wrócić do domu?

No może i mogę……

Ale czasem czuję wewnętrzną potrzebę, żeby to obejrzane coś rozłożyć na czynniki pierwsze, przeanalizować, porównać z innymi, poczytać o podobieństwach, różnicach, wadach i zaletach, a dopiero wtedy, bogatsza o nową wiedzę, spokojnie odkładam temat.

Tak właśnie było po niedzielnym spektaklu „Bóg” na podstawie scenariusza Woodego Allena, który  to scenariusz został za zgodą i wiedzą autora przeniesiony na grunt polski, a nawet lubelski.

Idąc do teatru miałam nadzieję, że będzie zabawnie, może nawet absurdalnie, ale nie spodziewałam się, że obejrzę spektakl w konwencji teatru otwartego, eksperymentującego, „kreującego nowe układy przestrzenne, nowe metody pracy i nowe relacje między aktorem a publicznością”*. Dlatego, mimo że gra aktorska mnie nie poruszyła, to pomysły scenograficzne, momenty totalnego zaskoczenia i zwykłej zabawy z całą pewnością tak!

Nastąpiło chaotyczne pomieszanie czasu i miejsca (tu i teraz, Grecja i przeszłość), w jednym momencie aktorzy odgrywali rolę bohaterów sztuki, w drugim dowiadywali się, że sami są bohaterami spektaklu, a my – widzowie zostaliśmy wpisani w ramy tej poplątanej, literackiej fikcji.

I to było fajne. Byłam sobą i jednocześnie częścią  nieznanego show (trochę to zalatuje Calderonem de la Barca). Rzeczywistość kontra fikcja. A w tym wszystkim człowiek szukający Boga, który nie jest wszechmocny, a wręcz bardzo ludzki w swojej słabości i śmiertelności. To było jedyne filozoficzne przesłanie, dlatego czuję lekki niedosyt. W końcu wychowałam się na klasyce, romantyzmie i literaturze przesyconej wzniosłymi ideałami:-).

Wyczytałam, że przedstawienie Woodego Allena odgrywane było także w innych miastach, że autor zgodził się na modyfikację scenariusza, na dodawanie cech rodzimych, stanowiących charakterystyczne dla danego miejsca tło. Taka swoboda twórcza musi  być niesamowitym wyzwaniem,o ile nie spełnieniem marzeń, nie tylko aktorów, ale także reżysera i polskiego (lokalnego) scenarzysty.

Przedstawienia różnią się wszystkim, a więc także (co oczywiste) obsadą.  W Olsztynie główny bohater przyjeżdza na rowerze, w Teatrze Polonia gra go kobieta, w Lublinie został wystylizowany na geja.  Pojawiają się lubelskie nazwy osiedli i podmiejskich miejscowości. Swoboda twórcza!

Spodobał mi się pomysł z usadowieniem niektórych aktorów na widowni. Dorris (główna kobieca rola) usiadła akurat obok mnie, możecie więc sobie wyobrazić moje zaskoczenie, gdy nagle wstała i zaczęła rozmawiać z aktorami. Jescze wtedy nie wiedziałam, że to zabieg artystyczny.:-)

Takich niespodzianek było więcej.

Szkoda, że nie zagrał u nas (jak u Jandy) sam Woody Allen, a właściwie jego głos. Gdyby nagle zadzwonił do Teatru Osterwy (jak do Teatru Polonia), prosto z Hollywood, byłoby to bardziej zaskakujące niż spadający z nieba niczym Deus ex machina, mitologiczny Zeus, z zupełnie niepodobnym do niego,  lękiem wysokości.

­­*Wikipedia