Znowu teatr:-)/ Theatre again

Ten sam spektakl, co ostatnio. Chciałam sprawdzić, czy będzie równie fajnie. Było! Uwielbiam ich, takich młodych, zdolnych i pięknych:-) Zagrali może nawet lepiej niż poprzednio.

I wiecie co? Istnieje prawdopodobieństwo, że to piątek tak mnie nastroił i wszystko co podobało mi się we wtorek, dzień przed weekendem odczuwałam jakby do kwadratu (matematycznie rzecz ujmując). Tak jest z naszymi zmysłami w trakcie urlopu, ze smakami, zapachami, pejzażami, pięknymi budowlami, zabytkami itp.. Wszystkie są najpiękniejsze i najsmaczniejsze, naj! Zrelaksowany człowiek idealizuje:-) Na pewno sami tego doświadczyliście.

20180720_171306-1-1506111639.jpg

Wracając do aktorów, zagrali lepiej, ale i widownia była znacznie bardziej wymagająca. W pierwszym rzędzie zasiadła babcia, która głośno komentowała wszystko, co się działo na scenie. Trzeba przyznać, że na te zaczepki babci aktorzy reagowali błyskawicznie, zwłaszcza Otar. W pewnym momencie bohaterowie sprzeczali się, on krzyczał na nią, ona się złościła, on więc rzucił w desperacji: „Nie krzycz na mnie!”. Wiecie, taka tam rozmowa męża i żony:-)

Babcia z pierwszego rzędu nie wytrzymała, najwyraźniej w tej kłótni trzymała stronę mężczyzny: „Przecież  ona wcześniej też na Ciebie krzyczała, nie daj się!”

Aktor spojrzał na babcię, uśmiechnął się a potem wskazując na babcię rzekł do aktorki: „Słyszysz? Ty przecież też na mnie wcześniej krzyczałaś”.

Po zakończonym spektaklu, gdy aktorzy kłaniali się publiczności, babcia znowu się uaktywniła, nakazała parze być ze sobą i nie chodzić na obcy seks! 🙂

Moi Drodzy, życzę Wam na resztkę tego weekendu właśnie takiego, wyidealizowanego poczucia radości, szczęścia i zwykłego relaksu. No i seksu, swojskiego czy obcego, to już jak tam sobie chcecie, nie wnikam:-)

I do zobaczenia jutro, pewnie nieco bardziej depresyjnie….rozumiecie, poniedziałek.:-)

PS. Moje Drogie 40+………Weronika biegała po scenie w szpilkach o wysokości 20 cm!! Kto tak potrafi, palec pod budkę:))))

 ***

The same show as last time. I wanted to see if it would be as good as before. It was! I love them, such young, talented and beautiful 🙂 They even played better than before.

And you know what? It is a chance that on Friday, the day before the weekend I felt everything more, to the ultimate (mathematically speaking). That’s how it is with our senses experiences during the holidays, with flavors, scents, landscapes, beautiful buildings, monuments etc.. They are all the most beautiful and tastiest, the best. The relaxed person idealizes 🙂 You have certainly experienced it yourself.

Returning to the actors, they played better, but the audience was more demanding. The old woman sat in the first row and commented loudly on everything that was happening on the stage. I must admit that the actors reacted to these grandmother’s tricks quickly, especially Otar did. At some point, an actor’s argue, he screams at her, she gets angry, he throws in desperation: „Do not shout at me.” You know, such basic conversation between husband and wife 🙂

The grandma from the first row could not stand it, apparently in this argue she held the man’s side: „But she did it the same, she used to shout at you before!”

The actor looked at the oldie, smiled, and then turned to his stage wife at the same time pointing to the old woman: „You see, you shouted at me too”.

After the show ended, when the actors bowed to the audience, the old lady ordered them to stay together and not to go to have sex with others!

Dear friends, I wish you for the last hours of weekend such idealized sense of joy, happiness and ordinary relaxation. Well, as well sex, familiar or foreign is up to you, I do not butt into 🙂

And see you tomorrow, probably a bit more depressed, like on Monday. 🙂

PS. Dear woman 40 + ……… Weronika was running around the stage in high heels, 20 cm high !! Who can do this, finger under the hood:))))

Zacznijmy sypiać z innymi/ Let’s start sleeping with other

Wczoraj obejrzałam bardzo fajny spektakl, komedię dell’arte, odgrywaną  w formule teatru ulicznego, otwartego, wystawianego pod gołym niebem na Palcu Konstytucji. Dobrze, że nie padało:-). Tytuł  „Związek otwarty” (nomen omen).

20180717_170607-12016509203.jpg

O czym? Klasyka. Ona i on, małżeństwo z jakimś tam stażem, on nieco znudzony, zdradzający, ona rozchwiana emocjonalnie, zazdrosna, ze skłonnościami autodestrukcyjnymi. W jakimś momencie on wpada na pomysł, żeby pozwolić sobie wzajemnie na zdrady, namawia żonę, by zaczęła się spotykać z innymi mężczyznami. Więc ona zaczyna.

20180717_171405-1-704726873.jpg

Ciacho co? 🙂

Oto grający męża Otar Saralidze, śniadoskóry, młody i przystojny Gruzin, który czuje się Polakiem. I skandalista, wobec którego toczyło się postępowanie o ustalenie ojcostwa oraz pozbawienie praw rodzicielskich. Badanie DNA pewnie wyjaśniło kwestię ojcostwa, ale jeśli facet rzeczywiście tym ojcem jest i uchyla się od odpowiedzialności, to trochę nie halo. To zdolny aktor, sądzę że nie narzeka na brak propozycji, a w związku z tym na brak pracy, a w związku z tym również na brak pieniędzy.

Żonę grała Weronika Nockowska, również znakomita i ładna aktorka, jeszcze nieznana za bardzo, ale to się  na pewno wkrótce zmieni.

Oboje ze świetną dykcją, wyczuciem sceny, pewnymi ruchami. Ja byłam zachwycona i prawdopodobnie jutro wybiorę się na to samo jeszcze raz:)

Ale tak na marginesie, co sądzicie? Czy tego typu związek ma rację bytu, może się sprawdzić w dzisiejszym bardzo specyficznym świecie, w którym tradycyjny model rodziny, a więc także model małżeństwa odchodzi w przeszłość? Nie będę świnia i nie powiem Wam, jak kończy się przedstawienie, nie chciałabym, żeby ktoś przeze mnie stracił całą przyjemność z oglądania.

Tego typu jednoaktówki grane są codziennie, a czasem nawet dwa razy dziennie, o 17.00 i 19.00. Repertuar się zmienia.

***

Yesterday I watched a very nice spectacle, a dell’arte comedy, played out in the formula of street theater, an open-air, on Plac Konstytucji. It’s good that it did not rain :-). The title „Open relationship” (nomen omen).

What was about? Classical situation. She and he, a few years of marriage, he is rather bored, cheating, she is emotionally distracted, jealous, with self-destructive tendencies. At some point, he comes up with the idea: „Let’s betray each other”, and than encourage his own wife to come together and meet other men. So she started.

Hottie, hm? 🙂 Here is the husband, played by Otar Saralidze, a young, good-looking Georgian, who feels Polish. And the scandalist against him was court proceedings aiming to prove a national’s paternity and (at the same time) depriving him of parental rights. DNA testing probably clarified the question of paternity, but if a guy is the real father and he shirks his responsibility, it’s a bit of „a halloooo”. This talented actor does not complain about the lack of proposals, and therefore the lack of work, and therefore I think that also the lack of money.

The wife was Weronika Nockowska, a very talented and pretty actress, not yet known too much, but it will change soon, I am sure.

Both with great diction, sense of the scene, certain movements. I was delighted and probably tomorrow I will go for the same again 🙂

But by the way, what do you think? Is this type of relationship right to exist, can it work in today’s very specific world in which the traditional family model, and thus also the marriage model, goes away in the past? I will not be a pig and I will not tell you how the performance ends, because if someone manages to see that performance, he will accuse me of spoiling.

This type of one-act plays are played daily, and sometimes even twice a day, at 17.00 and 19.00., but the repertoire is changing.

Mayday, mayday…..a nawet Mayday2!

Ci którzy śledzą mnie na facebooku (piszę jak jakaś celebrytka:), wiedzą, że byłam niedawno na „Mayday2”, spektaklu wystawianym w warszawskim Och-Teatrze. To niewielki teatr, w środku jedynie mała poczekalnia, kawiarenka, toalety i sala ze sceną usytuowaną pomiędzy dwoma skrzydłami widowni. Surowe czarnoszare wnętrze wywołuje u mnie zawsze lekki atak klaustrofobii, którą staram się zignorować zamawianą przed spektaklem americaną.

Bardzo lubię ten teatr. Może dlatego, że od niego zaczęłam swoją przygodę z warszawskimi spektaklami, a może dlatego, że do tej pory zawsze trafiałam tu na fajne współczesne sztuki.

Mała dygresja. Nie mam wyrzutów sumienia z powodu tego, co dzisiaj lubię oglądać. Po wielu latach czytania klasyki, chcę chodzić na przedstawienia bliskie mi epokowo, realnie namacalne, łatwe do zweryfikowania, bez zagłębiania się w historyczno – kulturowe niuanse.

Akurat znowu tak się złożyło, że trafiliśmy na komedię. Naprawdę przypadkowo, bo tym razem wyjście do teatru było spontaniczne, nie przeglądaliśmy wcześniej repertuaru. W zasadzie powinnam napisać wejście do teatru, bo robiąc sobie wieczorny spacer po Warszawie, weszliśmy do środka, żeby pooglądać afisze i zobaczyć co grają. Zostaliśmy na 2 godziny:)

Gdybym miała być brutalnie szczera, musiałabym napisać, że Mayday2 bazuje na jakimś odrealnionym pomyśle niespełnionego seksualnie scenarzysty. Albo marzyciela. Bo jest to historia nowojorskiego taksówkarza, który prowadzi podwójne życie, posiadając na dwóch różnych krańcach miasta dwa różne domy, dwie różne żony i dwójkę dorastających dzieci.

Mój wewnętrzny głos rozsądku buntował się, chociaż doskonale zdawał sobie sprawę, że to co niemożliwe w życiu i to co na scenie, to dwie różne kwestie.

Ale ten taksówkarz – bigamista….. tak przez 18 lat i nikt nic? Się nie zorientował, nie miał podejrzeń? A wakacyjne wyjazdy, święta, uroczystości rodzinne? – podświadomie cały czas próbowałam racjonalizować.

Sztuka zaczyna się w momencie, gdy dzieci głównego bohatera przypadkowo trafiają na siebie na jednym z forów internetowych i odkrywają niesamowitą zbieżność, nie tylko imion i nazwisk, ale także zawodów i wieku ojców. Rozbawione żony uznają, że to normalne w Nowym Jorku, u nich John Smith to jak u nas Jan Kowalski, i popierają pomysł nastolatków, żeby się rodzinnie spotkać.

Można sobie wyobrazić reakcję pana Smitha. Od tego momentu na scenie dzieje się wszystko, co tylko możliwe, żeby do spotkania nie doszło. Jest przekomicznie. A jeśli dodamy aktorstwo Rafała Rutkowskiego, który (sorry panie Rafale), jest śmieszny sam w sobie, i jeśli jeszcze pomaga mu w intrydze Artur Barciś, który (sorry Panie Arturze), jest śmieszny sam w sobie, a do tego wszystkiego dorzucimy niewątpliwy talent Marysi Seweryn – mamy kumulację.

Zagrali rewelacyjnie! Fantastycznie! Przestałam się zastanawiać nad prawdopodobieństwem (raczej nieprawdopodobieństwem) i skupiłam na tym, co ważne. A ważne było tylko to, że cała sala momentami najnormalniej w świecie ryczała ze śmiechu. Naprawdę cieszę się, że weszliśmy pooglądać plakaty:)

Za dwa tygodnie idę na kolejną sztukę. Tym razem wybraną celowo i z premedytacją.

*Tu trochę więcej informacji o przedstawieniu: http://ochteatr.com.pl/event-data/1368/mayday-2

„Ślub doskonały”

Jeszcze w lutym kupiliśmy bilety na „Ślub doskonały”, wystawiany gościnnie w lubelskim Centrum Kongresowym przez Teatr Kwadrat. Przyzwyczaiłam się już do tego, że ta sala konferencyjna od czasu do czasu staje się całkiem fajną sceną teatralną.

A „Ślub doskonały”?

Jak go opisać, żeby nie przesadzić i  nie polecieć jakimś minimalistycznym tekstem….. ­

DOSKONAŁY!!

I to piszę ja, która do tej pory nie przepadałam za Małaszyńskim, Trzebiatowską czy Glinką.

Lubiłam za to Andrzeja Nejmana. Bardziej jednak za bycie fajnym człowiekiem, którego miałam okazję kiedyś poznać, gdy polscy aktorzy przyjechali do Lublina na mecz z lubelskimi biznesmenami, niż za aktorstwo. Dzisiaj jednak ten aktor (i dyrektor  Teatru Kwadrat)  jest znacznie lepszy warsztatowo, niż kiedyś w serialu „Złotopolice”.

Rewelacyjna gra aktorów w trudnej, komediowej sztuce, z szybkim tempem akcji i równie szybkimi dialogami. Świetna dykcja, mimika i sceniczny ruch! Myślę, że także bardzo dobrze wypracowane w trakcie prób skupienie, które sprawiło, że żadna z grających w przedstawieniu osób nie pogubiła się w gmatwaninie wypowiadanych słów…i kłamstw.

Bo spektakl opiera się na komedii kłamstwa, które  wypowiedziane na samym początku przez głównego bohatera, zaczyna żyć swoim drugim życiem, ewoluuje a jego ewolucja zmienia całą sceniczną rzeczywistość. Jak to zwykle w życiu bywa, jedno kłamstwo pociąga za sobą drugie i trzecie i czwarte, wplątując w nie innych bohaterów, czy tego chcą czy nie. Tworzą się puzzle wydarzeń, które dopiero w ostatnim akcie sztuki tworzą logiczną całość wyjaśniając ……. (celowo nie piszę co, ani jak:-).

Aktorzy dali z siebie wszystko i jeszcze więcej. Byli fantastyczni i zasłużenie zostali wynagrodzeni owacjami na stojąco. Tego dnia odegrano dwa spektakle i na obu oklaskiwano ich na stojąco. A to dostają tylko najlepsi.

Za dwa miesiące „Upiór w moherze”. Zrobię wszystko, żeby pójść.

slub_doskonaly_kwadrat01

slub_doskonaly_kwadrat08Zdjęcia ze strony internetowej Teatru Kwadrat

Byłam na musicalu Dana Goggina „Siostrunie”

Od czego by tu zacząć?

Może najpierw minusy. Komedia zdecydowanie niższych lotów. Fabuła cieniutka, pomysł taki sobie, coś w stylu średniowiecznej komedii del arte, z błazeńskimi popisami, żartami językowymi, zetknięciem sacrum i profanum. Komizm postaci i charakterów, kontrast, żarty słowne i lapsusy językowe, które w zamiarze miały przywoływać drugą, opartą na dwuznaczności, warstwę znaczeniową.

Głównie chodziło o to, żebyśmy przyszli, pośmiali się właściwie nie wiadomo z czego i wyszli zadowoleni, że nie wydaliśmy 90 zł na darmo. Ale to jest już chyba plus.

Ktoś w komentarzu do przedstawienia napisał, że aktorzy robili, co mogli, żeby ponieść poziom. Zdecydowanie tak! Najlepsza była Anna Dereszowska. Katarzyna Żak raczej taka sobie, żeby nie powiedzieć sztuczna, Jolanta Fraszyńska zaskakująco śmieszna, a Robert Rozmus i Ola Szwed w rolach drugoplanowych mogli pokazać znacznie mniej, więc trudno mi powiedzieć, czy zrobili to dobrze, czy  tak sobie.

Ale mimo wszystko cieszę się, że byłam! Bo było wesoło, a muzycznie całkiem nieźle. Nie żałuję!

I dziwię się tym dwóm paniom, które wyraźnie zdegustowane, ostentacyjnie opuściły przedstawienie. Czy chodziło o to, że siostrzyczki zakonne podskakiwały na scenie niczym  kozice górskie, a tańcząc pokazywały kolana i nawet trochę więcej? Że nie wypada?

No rzeczywiście nie klęczały odprawiając modlitwy, a właściwie, nie cały czas. Niemniej jednak z całą pewnością nie była to sztuka obrazoburcza. Trzpiotowata, miejscami nawet głupawa, ale bez przekraczania granicy dobrego smaku.

Gdyby panie zadały sobie trochę trudu i posiedziały w teatrze nieco dłużej, dostrzegłyby może nawet jakąś religijną prawdę. Bo każda z bohaterek (plus bohater, grany przez Roberta Rozmusa), w jakimś momencie odkrywa, że przez wyrzeczenie się zwykłych ludzkich, ziemskich pragnień, takich jak sława, realizowanie własnych marzeń, rozwijanie talentu, odnajdują prawdziwe, głębokie, zakonne powołanie.

A ja bym tylko dodała od siebie, że już w Biblii zostało zapisane, że Boga można chwalić na wiele różnych sposobów, więc również tańcem (choćby trzpiotowatym), a ten kto śpiewa, modli się podwójnie.

Czasem naprawdę warto spojrzeć na Kościół i jego religijną hierarchię z pobłażliwym, uśmiechem i wyrozumiałością, bo skoro tworzą go ludzie, to zupełnie po ludzku może się w nim przydarzyć i ludzka pycha i zadufanie.

Caffe

W niedzielę było….. bosko

Beata, czy Ty nie możesz tak po prostu pójść do teatru albo kina, usiąść, pośmiać się i zrelaksowana wrócić do domu?

No może i mogę……

Ale czasem czuję wewnętrzną potrzebę, żeby to obejrzane coś rozłożyć na czynniki pierwsze, przeanalizować, porównać z innymi, poczytać o podobieństwach, różnicach, wadach i zaletach, a dopiero wtedy, bogatsza o nową wiedzę, spokojnie odkładam temat.

Tak właśnie było po niedzielnym spektaklu „Bóg” na podstawie scenariusza Woodego Allena, który  to scenariusz został za zgodą i wiedzą autora przeniesiony na grunt polski, a nawet lubelski.

Idąc do teatru miałam nadzieję, że będzie zabawnie, może nawet absurdalnie, ale nie spodziewałam się, że obejrzę spektakl w konwencji teatru otwartego, eksperymentującego, „kreującego nowe układy przestrzenne, nowe metody pracy i nowe relacje między aktorem a publicznością”*. Dlatego, mimo że gra aktorska mnie nie poruszyła, to pomysły scenograficzne, momenty totalnego zaskoczenia i zwykłej zabawy z całą pewnością tak!

Nastąpiło chaotyczne pomieszanie czasu i miejsca (tu i teraz, Grecja i przeszłość), w jednym momencie aktorzy odgrywali rolę bohaterów sztuki, w drugim dowiadywali się, że sami są bohaterami spektaklu, a my – widzowie zostaliśmy wpisani w ramy tej poplątanej, literackiej fikcji.

I to było fajne. Byłam sobą i jednocześnie częścią  nieznanego show (trochę to zalatuje Calderonem de la Barca). Rzeczywistość kontra fikcja. A w tym wszystkim człowiek szukający Boga, który nie jest wszechmocny, a wręcz bardzo ludzki w swojej słabości i śmiertelności. To było jedyne filozoficzne przesłanie, dlatego czuję lekki niedosyt. W końcu wychowałam się na klasyce, romantyzmie i literaturze przesyconej wzniosłymi ideałami:-).

Wyczytałam, że przedstawienie Woodego Allena odgrywane było także w innych miastach, że autor zgodził się na modyfikację scenariusza, na dodawanie cech rodzimych, stanowiących charakterystyczne dla danego miejsca tło. Taka swoboda twórcza musi  być niesamowitym wyzwaniem,o ile nie spełnieniem marzeń, nie tylko aktorów, ale także reżysera i polskiego (lokalnego) scenarzysty.

Przedstawienia różnią się wszystkim, a więc także (co oczywiste) obsadą.  W Olsztynie główny bohater przyjeżdza na rowerze, w Teatrze Polonia gra go kobieta, w Lublinie został wystylizowany na geja.  Pojawiają się lubelskie nazwy osiedli i podmiejskich miejscowości. Swoboda twórcza!

Spodobał mi się pomysł z usadowieniem niektórych aktorów na widowni. Dorris (główna kobieca rola) usiadła akurat obok mnie, możecie więc sobie wyobrazić moje zaskoczenie, gdy nagle wstała i zaczęła rozmawiać z aktorami. Jescze wtedy nie wiedziałam, że to zabieg artystyczny.:-)

Takich niespodzianek było więcej.

Szkoda, że nie zagrał u nas (jak u Jandy) sam Woody Allen, a właściwie jego głos. Gdyby nagle zadzwonił do Teatru Osterwy (jak do Teatru Polonia), prosto z Hollywood, byłoby to bardziej zaskakujące niż spadający z nieba niczym Deus ex machina, mitologiczny Zeus, z zupełnie niepodobnym do niego,  lękiem wysokości.

­­*Wikipedia