Walka o przetrwanie/ Fight for survival

 

Reklamy

Fasola na rozdrożu:)/ Bean at the crossroads

Nie Jaś Fasola:-)

Taka prawdziwa, żywa, teraz już pięknie wspinająca się po zainstalowanej podpórce. W środku Warszawy, przy ogromnym skrzyżowaniu dróg, z przechodzącym obok codziennie tłumem przechodniów. Zresztą nie tylko fasola, również kapusta, zboże, tymianek, kartofle, jarmuż, pomidory, słoneczniki.

Pomysł hodowli czegokolwiek w takim ruchliwym i odymionym metalami ciężkimi miejscu mnie zdziwił i szczerze mówiąc na początku trochę rozśmieszył, ale pomyślałam sobie, „O co Ci chodzi Caffe?”, „No, co Cię tak zdumiewa?”. Przecież wystarczy sobie przypomnieć film „Daleko od szosy”. Pamiętacie, jak Leszek mieszkający już na stałe w Łodzi (Paweł mi uświadomił, że to byla Łódź a nie Warszawa, dziękuję Ci za to ślicznie, więc poprawiłam), pojechał z synkiem do matki na wieś? No i ten synek wołał do kaczek „hau hau”, lub do kurek „muu, muu”, czy coś w tym rodzaju. Bo to dziecko nigdy wcześniej nie widziało wiejskich zwierząt! A przecież to film sprzed 40 lat. Współczesny mały mieszczuch sądzi, że mleko jest z biedronki, kotlecik z fabryki, a fasola z żabki. Inna sprawa, że ten schab czy szyneczka, są tak nafaszerowane chemią, że rzeczywiście można je uznać za produkt fabryczny, ale to jest zupełnie inny temat. Tak czy siak, dopóki się maluchowi nie wytłumaczy, żyje w niewiedzy, czasem jego edukacja oparta jest o zdjęcie w książce. Tu miał to wszystko podane namacalnie i naocznie. Fajna rzecz.

W każdym razie, rozumiem zamysł organizatorów tej hodowli. Każdy mógł zobaczyć co jest czym, już na poziomie wzrostu łodyżki i wszystko zostało pięknie podpisane. No dobra, może na początku było pięknie opisane, bo potem w magiczny sposób karteczki albo poznikały całkiem, albo roślinom nadano nową nazwę (jak w przypadku ziemniaków:-).

Jeszcze tylko moja mała reminiscencja pod wpływem widoku prawie dojrzałego zboża. Kiedy będąc dzieckiem jeździłam do babci na wieś, to takie właśnie łany zbóż można było zobaczyć na polach. Słomkowa barwa dojrzewającego zboża poprzetykana czerwienią maków, błękitem chabrów i jeszcze liliowym kolorem polnej wyki, które się wysiały pomiędzy kłosami. I można sobie tak było iść polnymi ścieżkami i mieć wszystko w d…pie i cieszyć oczy feerią barw.

***

But not Mr. Bean 🙂

Such a real, alive, now climbing beautifully after the installed support leg. In the middle of Warsaw, at a huge crossroads, with a crowd of passers by passing every day. Besides, not only beans, also cabbage, grain, thyme, potatoes, kale, tomatoes, sunflowers.

The idea of breeding anything in such a busy place, generating a lot of metal surprised me, and to be honest it made me laugh a little at first, but I thought, „Why are you surprise, Caffe?”, „What is so strange for you?” After all, it’s enough to remember the movie „Far from the road.” Do you remember how Leszek, already living in Warsaw, went with his son to his mother still living at the countryside? Well, this son talked to the ducks „hau hau”, or to the cock „muu, muu”, or something like that. Because this child has never seen rural animals before! And this is a movie made 40 years ago. On present day small townspeople think that milk is from a ladybug (in Polish called „biedronka”, and this is also the name one of the largest discount supermarket chain in Poland), a chop from a shop (or factory), and a bean from a frog (in Polish called „żabka”, and this is also the name the second discount supermarket chain in Poland).

The other thing is that this pork chop or ham is so stuffed with chemistry that it can really be considered a factory product, but that’s a completely different topic. Anyway, until he can explain himself to a toddler, he lives in ignorance, sometimes his education is based on a picture in a book. Here he could experience everything in palpation way and visually. Ingenious.

In any case, I understand the intention of the organizers of this breeding. Everyone could see what is already at the lowest level of stalk growth, everything has been beautifully signed. Well, at the beginning it was beautifully described, because later on the cards or disappeared quite, or the plants were given a new name (as in the case of potatoes :-).

And now, in conclusion, my small reminiscence under the influence of almost ripe cereal rye. When I was a child, I used to went to my grandma’s, to the country, when you can see beautiful ryes in the fields. The straw color of the ripening cereal, interspersed populated with red poppies, blue cornflowers and still lilac color of field vetch. And it was possible just to go for walk accross those paths and have everything in the ass, and enjoy the eyes with a feast of colors.

Warszawska Noc Muzeów po mojemu/ Warsaw Night of Museum my way

20180519_205721484793258.jpg

Naprawdę nie wiem, co ja wyprawiam. Dwudziestoparolatek napisałby „odpiera….lam” i szczerze mówiąc, byłoby to chyba najbardziej adekwatne określenie. Zachowuję się, jak nie ja! Ostatnio zapomniałam kluczy, zepsułam telefon, zapomniałam spodni (!!), a w sobotę… brak słów!

Co było w sobotę? Jak pewnie wszyscy wiecie, bo to chyba w całej Polsce, była Noc Muzeów i ja się na nią wybrałam. Na krótko, ponieważ chciałam zobaczyć finał „Twoja twarz brzmi znajomo” (btw. wygrał mój faworyt, brawo Filip!), więc zaliczyłam jedynie Muzeum Powstania Warszawskiego, a potem zaplanowałam wycieczkę na 41 piętro w Warsaw Spire, co może akurat z Nocą Muzeów ma niewiele wspólnego, ale panorama Warszawy z tej perspektywy, podobno obłędna. Pogadałam z ochroniarzem budynku i dowiedziałam się, że ostatnia wycieczka wejdzie o godz. 24, że jednorazowo wchodzi 40 osób, a ponieważ w kolejce stało na pewno ponad 500, a była godzina 21, to łatwo policzyć. Szkoda, że zarządca budynku nie planuje takich wycieczek samodzielnie, bo niestety, żeby wejście było w ogóle możliwe, trzeba czekać na takie imprezy jak sobotnia.

Tak więc panoramy nie zobaczyłam, za to dzisiaj mogę oglądać ogromnej wielkości guz na czole, który kolorystycznie zbliża się do pięknego fioletu. I w tym momencie wracam do pierwszego zdania. Wyobraźcie sobie, że wchodząc do tego Warsaw Spire nie zauważyłam szyby!! Chciałam wejść w obrotowe szklane drzwi, a wlazlam w przeszklone okno!! Na szczęście w tym dzikim tłumie nikt tego nie widział, chyba, bo pewnie dzisiaj byłabym już gwiazdą Youtuba;-), każdy był zbyt zajęty komunikacją… ze swoim smartfonem. Natomiast jedyna osoba, która zarejestrowała rozpłaszczoną na szybie Caffe, skomentowała błyskotliwie, „ale mają tu czyste okna!”.

No i w sumie dobrze, że mają też pancerne szyby, w przeciwnym razie, może dzisiaj spędzałabym kolejny dzień w szpitalu.

***

I really do not know what the hell I’m doing! A twenty-year-old would write „what the f..ck am I doing” and to be honest, it would be probably the most adequate term. I act like not me! Recently, I forgot companies keys, I broke down a mobile phone, I forgot my pants (!!), and on Saturday… no words! Speechless!

What was on Satuday? Probably all over Poland was the Night of Museums and I went to wander around. For a short time, because I wanted to see the finale „Your face sounds familiar” (btw. my favorite won, bravo Filip Lato!), so I visited only the Warsaw Rising Museum, and then planned a trip to the 41st floor in Warsaw Spire, that is maybe not much in common with Night of Museums, but the panorama of Warsaw from this perspective is extremely amazing. I talked to the building’s bodyguard and I learned that the last trip will come at midnight, and that at the same one time can enter 40 people, and because the queue was certainly more than 500, and was 9 p.m., it’s easy to count. It is a pity that the building manager does not plan such trips, because to have the next possibbility, we have to wait for the next this type of event as on Saturday.

So, I did not see the panorama, but today I can see a nasty bump on my forehead, which is approaching the beautiful violet color. And at this point I’m going back to the first sentence. Can you imagine that when I was entering the Warsaw Spire did not notice a glass wall !! I wanted to enter the rotating glass front door, but I bumped the glass. Fortunately, no one noticed that in the wild crowd (probably today I would be a star of Youtube ;-), everyone was too busy communicating … with their smartphones. However, the only person who registered flattened Caffe on the glass, commented on the brilliant way, „Wow, they have really clean windows here”.

Well, to sum up, fortunately it was a strengthened glass, otherwise, I would maybe spend my next days in a hospital.

Scenka rodzajowa czyli prawie kosmiczna historia

Wczoraj wybrałam się „na miasto”.

Zanim ktoś mi napisze „a co, na wsi mieszkasz?”, „Warszawa, to nie miasto?”, „a Ty to daleko masz?”, tłumaczę.

Wychodząc z domu, żeby połazić po sklepach, coś załatwić, czy spotkać sie z przyjaciółmi, Lubelak powie „jadę do miasta”. Warszawiak do Centrum, ale w Lublinie jeśli Centrum, to tylko Kongresowe. Jakaś taka zaszłość historyczna, czy coś.

Wracajac do tematu, pojechałam załatwiać sprawy firmowe, ale zupełnie nie do Centrum!

To był Kosmos!!

Zobaczcie zresztą sami:-)

Uwielbiam dni, kiedy mogę ruszyć się z biura, to kolejny plus nowej pracy.

Takich wycieczek krajoznawczych miałam ostatnio kilka, ale wczorajsza była wyjątkowa. Patrzyłam zachwycona, nie zwracając uwagi na plusiasty śnieg i przemarznięte dłonie.

Albo achitekt ma ogromną wyobraźnię, albo naoglądał się Gwiezdnych Wojen. Tak czy siak, muszę pojechać na Ilżecką, jak zrobi się ciepło i zielono.

To dopiero będzie nieziemski widok!

Alternatywa na kółkach, czyli co, jak i którędy

Ostatnio ktoś mnie zapytał: jeśli nie samochód, to co?

Pomyślałam, że warto o tym napisać tak na forum, bo Lublin to, co prawda, nie Warszawa, ale ścieżek rowerowych mamy coraz więcej, a i komunikacja miejska podobno się poprawiła. Piszę podobno, ponieważ ja sama korzystam z niej dosyć okazjonalnie, ale moja mama twierdzi, że jest znacznie lepiej niż kiedyś. Dawniej trzeba było czekać na przystanku, aż łaskawie pojawi się autobus, a rozkładów jazdy albo nie było wcale (zrywane przez okolicznych wandali), albo nie aktualizowano ich na czas. No i ilość linii niewystarczająca dla potrzeb mieszkańców.

Dzisiaj rzeczywiście jest znacznie lepiej, chociaż kiedy ostatnio musiałam skorzystać z MPK okazało się, że trolejbus (bo w Lublinie mamy również trolejbusy) przyjechał o całe 5 minut wcześniej, a ja….paniusia na szpileczkach, z torebeczką w ręku….miałam do wyboru albo zrobić cyrk i niczym Irena Szewińska, starać się dobiec do przystanku (na wspomnianych szpilkach!!:-), albo pojechać następnym i spóźnić się do pracy. Tak więc Szanowna Dyrekcjo Zarządu Transportu Miejskiego, MPK czy czego tam jeszcze…..za wcześniej jest tak samo źle jak za późno!

Oprócz ścieżek rowerowych pojawiły się ostatnio po prawej stronie ulic, wydzielone specjalnie dla rowerzystów pasy. Takie buspasy dla dwóch kółek. Mówiąc szczerze, bałabym się nimi jeździć, a już na pewno bałabym się nimi jeździć razem z małym dzieckiem przypiętym do fotelika. Dlatego to właśnie  najczęściej młodzi rodzice próbują pokazać, że są, że mają potrzebę bycia aktywnym, że chcą tą aktywność zaszczepić własnym dzieciom.

No cóż, rowerzysta z dzieckiem na pasie ulicznym to według mnie nie najlepszy pomysł, choć może w innych krajach tego typu rozwiązania się sprawdzają. Ktoś coś wie na ten temat?

Uważam, że im mniej bezpośredniego kontaktu na linii rower – samochód, tym lepiej.

Tak samo, jak im mniej kontaktu na linii rower – pieszy, dlatego naprawdę dziwi mnie poniższy układ ruchu na ścieżce, którą często zdarza mi się jeździć. Tu droga dla pieszych i rowerzystów przecina się zupełnie niepotrzebnie aż dwa razy, a przecież wystarczyłoby tylko oba pasy ruchu poprowadzić prosto.

Jeśli do wszystkiego co powyżej dodamy fakt, że na samej ścieżce rowerowej też bywa niebezpiecznie, bo jeżdżą po niej również amatorzy jakichś wirtualnych wyścigów kolarskich, a bocznymi dróżkami chadzają czasem niezrównoważeni piesi (o czym sama zdążyłam się kiedyś przekonać), wychodzi na to, że na postawione na początku pytanie musiałabym odpowiedzieć bardzo wymijająco, lub dodając jedno, albo dwa, albo nawet trzy „ale”:-)

La Tomatina once again

Pamiętacie La Tomatinę w Warszawie? (pisałam o niej TU). Raczej się nie przyjęła. Poza tym takie marnotrawstwo pomidorów w kraju, w którym się generalnie nie przelewa….. nie do przyjęcia. Osobiście zdecydowanie wolę pomidorówkę w talerzu, niż ketchup na asfalcie.

Nie widziałam pomidorowej bitwy ani u nas, ani w Hiszpanii, a szkoda, bo mogłabym porównać zaangażowanie, skalę szaleństwa, sprawdzić czy Polacy potrafią się bawić tak samo bez zahamowań, jak mieszkańcy krajów śródziemnomorskich, którzy uchodzą za bardziej wyluzowanych.

U nas za udział w bitwie trzeba było zapłacić ok. 40 zł, czy ktoś wie jak to jest w Hiszpanii?

Polecam Snapchata, w którym dzisiaj można sobie obejrzeć film, z którego pochodzi screen. Aż mi żal, że mnie tam dzisiaj nie ma.

1111Screen ze Snapchata

Aż po horyzont

Jadąc z Lublina do Warszawy przez Ryki, Kołbiel a potem Zakręt, musimy w końcu wjechać w ulicę Bronisława Czecha. Tworzą ją dwie dwupasmówki rozdzielone pasem zieleni, tak równe i proste, że w którymś momencie, na horyzoncie wyraźnie zaczyna majaczyć Pałac Kultury, ciągle jeszcze oddalony o kilkanaście kilometrów. Uwielbiam ten moment. Dla jasności, nie ma znaczenia, że to akurat Pałac Kultury (chociaż ja akurat go lubię) i Warszawa (którą też lubię bardzo). Tak samo reaguję,  gdy po kilkugodzinnej podróży do Zakopanego, w końcu widzę zarysy Tatr. Magia horyzontu, wbrew logice, utrzymuje mnie przez tę ulotną chwilę w przeświadczeniu, że przenikająca się odległość i przestrzeń jest w jakiś cudowny sposób cząstką mnie, a czas staje w miejscu.

Niedawno odkryłam  „lubelski horyzont”, panoramę Starówki  z imponujących rozmiarów Katedrą, widzianą z tej strony miasta, której właściwie nie znam. Szkoda, że tego dnia niebo było za mgłą.

 

Nigdy nie byłam typowym słoikiem – głos w dyskusji na temat.

Nigdy nie byłam może tylko dlatego, że bardzo dobrze gotuję, w związku z czym nie przywoziłam jedzenia od mamusi. Inna sprawa, że kiedy zostałam tymże słoikiem, to znaczy, kiedy wyjechałam do Warszawy, sama byłam mamusią. Tak czy siak, w mojej walizce nie brzęczały weki, butelki czy innego typu pojemniki będące niezbitym dowodem na to, że wiozę wałówkę na cały roboczy tydzień. W tym sensie rzeczywiście słoikiem nie byłam.

W sensie społecznym tak.

Nie doświadczyłam złego traktowania z powodu miejsca urodzenia. No może raz skopano nam samochód, ale wolę myśleć, że to zwykły wandalizm niż reakcja na lubelskie tablice rejestracyjne.

Jednak mimo naprawdę fajnego przyjęcia w pracy, dobrych relacji z koleżankami, wspólnych lanczyków i wyjść na piwo nie stałam się przecież nagle Warszawianką.

Zresztą, jeśli komukolwiek przychodzi do głowy myśleć, że to taka frajda mieszkać w zatłoczonym mieście, kończyć pracę późno, wracać do domu, gdy już się ściemnia i gotować obiad w zasadzie będący późną kolacją, to się grubo myli.

Warszawa jest natomiast cudownym miejscem do zdobywania zawodowego doświadczenia, fantastycznym miejscem do tego, żeby czerpać pełnymi garściami z jego możliwości kulturalnych i sportowych. Przy dużych odległościach posiada bardzo dobrze rozwiniętą komunikację, co wszystkim znacznie ułatwia życia i sprawia, że ja w stolicy nie potrzebuję samochodu.

Jednak ta sama Warszawa, to miejsce w którym trudno się dostać do lekarza, zapisać dziecko do żłobka, to snobizm, parcie na szkło, na „wybicie się”, na zarabianie kasy. Wymyślanie atrakcji nie po to, by przeżyć coś ciekawego tylko, w celu zakasowania tym czymś przyjaciół. Materializm społeczny, który nakręcają media i możliwości.

Ale to właśnie Warszawa jest czasem jedyną opcją. To do niej, jak do świętej Mekki ciągną pielgrzymi własnego życia, zawodowi desperaci, ryzykanci, rozczarowani pesymiści i naiwni optymiści. Wszyscy liczący na cud.

Cóż się dziwić, że do Warszawy? A gdzie mają jechać, do Pcimia Dolnego, czy Kociej Wólki? Nie obrażając ani pierwszego ani drugiej:-) Przecież to naturalne, że swoimi możliwościami przyciągają większe miasta, a nie mniejsze. W Lublinie też znajdują (jak im się uda) pracę mieszkańcy Tomaszowa Lubelskiego, Parczewa, czy Zamościa. Często przyjeżdżają na studia i zostają. A mimo to nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby deprecjonować mieszkańców tych miast i wyzywać od buraków, tylko dlatego, że znaleźli pracę w moim mieście a ja akurat nie.

Ale wracając do tematu, Warszawę dzielą (dosłownie i w przenośni) ludzie z różnych miast i wsi. Tworzy się mieszanka imigracyjna, której nikt nie zaplanował (tak już przecież bywało, choćby po wojnie, prawda?). To proces, który nasilił się po nastaniu kapitalizmu, demokracji, wolności słowa i wyboru, a potem …..kryzysu.

Dlatego właśnie są: Oni i słoiki. Warszawiacy i ta reszta. A nie po prostu, zwyczajnie: My.

PS. Niezależnie od tego, gdzie jeszcze kiedyś przyjdzie mi mieszkać, na zawsze i z poczuciem głębokiej przynależności, pozostanę Lublinianką.

 

Krótkie, lekko mgliste, podsumowanie

Weekend był baaaardzo intensywny i zajmujący. Myślałam, że będę musiała łączyć przyjemne z pożytecznym, co jak wiadomo bywa ze szkodą dla jednego lub drugiego, tymczasem wszystko okazało się jedynie przyjemne!! Nie musiałam z niczego rezygnować, a powiedziałabym nawet, że wręcz przeciwnie:)

Rano powitała mnie mgła. O tej porze roku to w Warszawie normalka. Pamiętam, że kiedy pracowałam w Centrum nie potrzebowałam dodatkowego zegarka, ten na wieży PKiNu wystarczał mi w zupełności. W piątek prawie go nie było widać.

Spotkanie które zaplanowaliśmy na wieczór rozpoczęło się w biurze w zasadzie już około 13 a zakończyło w coctail barze Glass House. Rozmowy, plotki i ploteczki:) Do obgadania mieliśmy kilka ostatnich miesięcy, więc nic dziwnego…..

Kiedy wychodziłam z klubu, żegnała mnie mgła.

Terminu następnego wyjazdu co prawda jeszcze nie określiłam, ale obietnicę, że takowy będzie już dałam. A ja jestem słowna. Kto nie wierzy niech zapyta mojego syna:-)

O drugiej części weekendu, tej która pożyteczne zamieniła w czysty relaks, nie napiszę, bo…….ochrona danych osobowych, prawa autorskie itp:-) Mogę tylko zdradzić, że mimo chwilowej konieczności mentalnego cofnięcia się do poziomu 3-latka, było przezabawnie!:))