Poranek. W drodze na pocztę / Morning. On the way to the post office.

Natura ma w nosie koronawirusa:-)
wp-15856476820886086762327098873783.jpg

Wyszłam, bo musiałam, sprawa zawodowa, ale poza tym: #zostańwdomu.
wp-15856519331044348380241094186995.jpg

Czytaj dalej „Poranek. W drodze na pocztę / Morning. On the way to the post office.”

Kto głośniej / Who louder?

Wiosna!!

Jeśli ktoś się jeszcze zastanawia, czy wiosna nadchodzi, czy nie, to mam dwa dowody na tak. Pierwszy, to moja nasilająca się alergia. Im bardziej mnie drapie w gardle (a drapie!:), tym więcej pyłków w powietrzu, a drzewa pylą na wiosnę. Immunoterapia, którą zaczęłam 5 miesięcy temu, znacznie złagodziła objawy, ale jakieś nadal pozostały. Odczulanie to niestety proces kilkuletni, więc nie oczekuję cudów od razu, ale jednocześnie nie tracę nadziei, że pozbędę się tego draństwa na tyle, by spokojnie oddychać. I spać:-)

Drugim dowodem jest filmik, który nagrałam wczoraj w centrum Warszawy. Na Marszałkowskiej jest zwykle taki tam hałas, że nie słychać dzwoniącego telefonu, ale maluchy szalejące wśród gałęzi krzewu rosnącego przy hotelu Novotel, zagłuszyły nawet samochody 🙂

Czyż nie są słodkie?

PS. Wstawiłam nowy filmik, tym razem nakręcony nieco wcześniej. I dopiero teraz wyraźnie widać, że to NIE SĄ WRÓBLE:))) Kto wie co to za jedne?

Czytaj dalej „Kto głośniej / Who louder?”

Kwiecień plecień w Rzymie

Wyszedł nam mały spontan i oto znowu znalazłam się w Rzymie:-)

Potwierdziło się to, co już w zasadzie podejrzewałam wcześniej. Uwielbiam to miasto niezależnie od pory roku, która w kwietniu, tak jak i u nas, jest nieco zmienna. Wczoraj miałam na sobie kurtkę skórzaną, potem letnią sukienkę bez rękawków, a po południu zerwał się tak porywisty wiatr, że żałowałam, że nie wzięłam czapki lub choćby bluzy z kapturem.

Nogi bolą – chcieliśmy zobaczyć wszystkie ulubione miejsca od razu, nasycić oczy, napatrzeć się na zapas!!:-)

Właśnie biją dzwony na poranną mszę. Lubię sobie wyobrażać, że tak samo biły wieki temu. Ach ten wiatr historii! Przedwczoraj, przy Koloseum, przybrał nagle tak bardzo rzeczywistą formę, że przez moment świat pogrążył się w szarożółtym chaosie kurzu. Chociaż raz Japończycy, w tych swoich maseczkach na twarzy, nie budzili zdziwienia tylko zazdrość:-)

Rzymianie traktują samochody jak rzecz użytkową, a nie jak przysłowiowe przedłużenie penisa:-) To znaczy: ma jeździć, ma się wszędzie zmieścić, a jak ktoś tam kogoś otrze pozostawiając widoczny ślad na lakierze…. to żaden problem. I z tym się zgadzam:-)

Usta prawdy powiedziały nam, że od ostatniego pobytu nie nakłamaliśmy. Ręce całe. Rozwodu nie będzie:-)

Pod wpływem

Czy poczuliście ją dzisiaj w promieniach słońca? Nie, wcale nie piszę o wiośnie.
Czy poczuliście dzisiaj radość??
Ja oczywiście znowu nie spałam zbyt dobrze, ale kiedy wyszłam z domu, kiedy spojrzałam w cudnie rozjaśnione niebo, nagle odniosłam wrażenie, że jeszcze będzie dobrze.
Magia światła. Magia słońca. No dobra, magia także tych pierwszych oznak budzenia się ze snu. Może właśnie brak jedynego w swoim rodzaju, płynącego z góry bodźca sprawiał, że niedawno myślałam tylko o przespaniu nadchodzących tygodni?
Dzisiaj jednak szłam do pracy pozytywnie nastawiona do życia, delektując się każdym oddechem, każdym krokiem, nawet koniecznością mrużenia oczu podrażnionych blaskiem (trzeba znowu nauczyć się pamiętać o okularach).
I powietrze pachnie inaczej.
Ulice co prawda też wyglądają… inaczej za sprawą marnych nawierzchni i sił natury ale cóż:-)
I tu drobna dygresja: w tej kwestii Warszawa nie różni się niczym od Lublina. Tu też jezdnie są dziurawe, brudne, brzydkie, uległy procesowi jakiegoś dziwnego powrotu do stanu pierwotnego, osobno żwir, osobno piach. Asfalt dotychczas spajający to wszystko…ulotnił się.
Ale nawet widok czarnych rozpadlin nie popsuł mi humoru. Nie popsuło mi humoru nawet to, że siłownia, w której wykupiłam karnet odmówiła współpracy, ani brak humoru koleżanki, która siedzi przy biurku obok, ani gburowatość pana w markecie, ani to, że moje konto zieje pustką, ani nawet fakt, że mój urlop to jedna wielka niewiadoma, ani niepewność jutra.

Bo dzisiaj było słońce, słoniusio, słoneczko, słoneczeńko, słońciunio!!

 

Czy jest już lepiej?……Na pewno inaczej:-))

Czemu powtykano żonkile w bruk najstarszej dzielnicy w Lublinie? To studenci chcieli ukwiecić ten fragment grodu, ale …hm…nie udało im się. Kwiatki może są nawet fajnie wyeksponowane na zdjęciu, ale nieodnowione kamienice (na fotce nie ujęłam)  nadal wyglądają żałośnie…… A żonkili mi po prostu szkoda, bo mogły sobie pięknie wyglądać w wazonie, na przykład na moim stole:-) Tutaj szybko zwiędną… I oczywiście, że kocham Stare Miasto, tylko, że jest  to miłość prawdziwa, bez złudzeń, na pewno nie ślepa.

Ale skoro już tak krytycznie podchodzę do sprawy to znaczy, że ze mną dużo lepiej. Wychodzę na prostą? Tak naprawdę nigdy nie byłam na zakręcie. Potrzebowałam tylko czasu no dokonanie się kolejnej zmiany we mnie samej. Pisałam już kiedyś (to już rok temu?!), że dojrzewanie umysłu jest procesem nigdy nie kończącym się, że oto zmieniłam się właściwie nie podlegając zmianom, myślę inaczej niż myślałam jeszcze miesiąc temu, że jestem niby taka sama a zupełnie inna. Pisał prawdę Valles, że zmiana dokonuje się nie poprzez troszczenie się o nią, nie poprzez starania za wszelką cenę by zaistniała, nie poprzez jej wymuszanie czy szukanie. Mam być w pełni tym, kim jestem dzisiaj, miałam przejść przez to, co było mi pisane, żeby móc obudzić się jutro do nowego życia.

A tak w ogóle ta cała chandra to ściema i Prima Aprilis…..i tej wersji będę się trzymać aż do końca ;-))