Nie czekając na wenę/ Without waiting for the inspiration

images (8)Młodsi blogerzy radzą, by nie czekać na wenę. Należy pisać codziennie, przez minimum 30 minut. Nawet jeśli zupełnie nie ma się na to czasu, ochoty, ani (co gorsze) nie ma o czym. A ja zawsze uważałam, że jak nie ma o czym, to lepiej milczeć. Jednak chodzi po prostu o wyrobienie nawyku siadania do komputera (taki nawyk to ja akurat miewam, tylko niekoniecznie w celu pisania notki), bo „w tworzeniu bardzo ważna jest konsekwencja i systematyczność”. To akurat potwierdza również Remigiusz Mróz, który siada do pisania książki codziennie, na około 8-10 godzin.

Ja jednak nigdy nie uważałam, że pisanie bloga to twórczość! Raczej odskocznia, fanaberia, takie pitu pitu będące specyficznego rodzaju zabawą. Specyficznego, bo przecież nie każdy lubi pisać, a zdecydowanie nie każdy lubi czytać. Jeśli już jednak czyta blogi, to raczej te, z krótszymi notkami, dlatego ja również, od pewnego czasu staram się nie rozpędzać i poprzestawać na 3-4 akapitach. Maksymalnie pięciu.

Sama wiem, że gdy zaglądam na czyjąś stronę i widzę epistołę, w dodatku pisaną bez akapitów, wyboldowań, przecinków, ze zdaniami rozwlekłymi niczym to spaghetti z Księgi Guinnessa, to mam wewnętrzny opór. Oczywiście bardzo lubię zdania wielokrotnie złożone i z elokwentnym współrozmówcą wielokrotnie sobie na nie pozwalam:-). Jeśli jednak chodzi o bloga, to widzę, że i na mnie odcisnęło się piętno współczesnego skracania wypowiedzi, ekonomizacji języka, ucinania myślowego słowotoku (szkoda, że nie udzieliło się politykom btw). No i jestem wzrokowcem, więc znacznie szybciej pochłaniam tekst, gdy jego szata graficzna jest czytelna i przejrzysta.

Tak czy siak, spróbuję się zastosować do wskazówek, będę pisać nawet o niczym……w końcu trzeba iść z duchem czasu!;-)

***

Younger bloggers advise: do not wait for the inspiration. You should write for a minimum of 30 minutes daily. Even if you do not have time for it, you do not want to, or (worse) you have nothing to say about. Well, I always thought that if there is nothing to talk about, better is to remain silent 🙂 However, it’s just about keeping a habit of sitting at the computer (in the matter of fact that habit I have, but not necessarily for writing notes), because „in the process of creating, the consistency and regularity are very important”. This is exactly confirmed by Remigiusz Mróz, who write his books every single day for 8-10 hours.

However, I never thought that writing a blog is creativity! Rather a deep breathe, a whim, small chats, and something being a specific kind of fun. Specific, because not everyone likes to write, and definitely not everyone likes to read. If, however, they already read blogs, then they choose those with shorter notes, that’s why I have been trying not to exceed 3-4 paragraphs, up to five.

When I glance at somebody’s website and see a long epistola, and worse, written without paragraphs, bolds, commas, sentences as longs as that spaghetti from the Guinness Book, I have internal resistance. Of course, I really like compound-complex sentences and having an eloquent talker, I complex allow myself use them:-). However, when it comes to a blog, I see that I am influented by current shortening of statements, the language economisation, the cutting of verbal diarrhea (I wish all of that to our politicians, btw ;-). Well, I am a visual learner, so I absorb the text much faster when the graphic layout is clear and transparent.

Anyway, I will try to follow the tips and I’ll write even about nothing …… eventually, I have to move with the times! 😉

Reklamy

Czasem warto poprzestać na fonii

Niepocieszeni wracaliśmy z kończącego się właśnie długiego weekendu. Mąż nieszczęśliwy podwójnie, bo w tym samym czasie, w którym na poznańskim boisku rozpoczynał się mecz Chorwacja – Irlandia, on musiał prowadzić auto. Od razu wyszukał stację, która transmitowała mecz, więc miałam do wyboru albo natychmiast zasnąć snem głębokim i błogim, albo udać, że interesuje mnie wszystko, o czym zaraz będzie mowa.

Cóż, nie jest łatwo zasnąć snem głębokim i błogim w takich okolicznościach.

Siedziałam więc początkowo kompletnie niezainteresowana, potem lekko rozbawiona fantazją komentatora*, jednak z minuty na minutę coraz bardziej wciągała mnie erudycja mężczyzny, tempo relacji i oczywiste w takiej sytuacji potknięcia, przejęzyczenia, a czasem zupełnie chybione porównania. Nie ukrywam, że czekałam właśnie na te potknięcia.

Mecz należał do udanych, z często zmieniającą się akcją, więc komentator miał, co robić. Mówił szybko i sprawnie, używał zdań wielokrotnie złożonych, porównaniami sypał jak z rękawa, stosował dygresje i zawieszenia głosu.

Czasem go naprawdę ponosiło i wtedy zaczynała się najlepsza zabawa.

W relacji pojawił się Seneka i podróbki z miejskiego bazarku, była mowa o postawie piłkarza, który „musi gryźć trawę i rywala”, o czarnych szybkach na oczach sędziów, (pewnie chodziło po prostu o „klapki na oczach”), pojawiła się analogia, że prawnik bywa niedoszły, ale ktoś, o kim akurat mówił (nie pamiętam o kim:-), jest jak najbardziej „doszły” erudyta i prawdziwy humanista.

Po jakiejś decyzji sędziego (albo piłkarza, nie wiem dokładnie, bo czasem traciliśmy połączenie) komentator stwierdził, że poznańskie koziołki na pewno teraz stukają się głowami ze zdziwienia (chodził o koziołki na zegarze poznańskiego ratusza, które owszem, bodą się codziennie o godz. 12.00 ;-). Innym razem skomentował trzydniowy zarost gracza (znany sposób, żeby nie zapeszyć wygranej) doprecyzowując, że mężczyzna nie ogolił ani policzka z lewej strony, ani tego z prawej. A jest jakiś trzeci?

Mniej więcej w połowie meczu zauważył rezolutnie, że mimo zmiany koloru nieba, które się mocno zachmurzyło, koszulki piłkarzy nie zmieniły swoich kolorów i te Chorwacji są nadal niebieskie a Irlandii nadal zielone. Zwrócił też uwagę na pogniecione spodenki trenera, dodając, że wyglądają jakby spędził noc w śpiworze harcerskiego namiotu, że ktoś inny wypiął pośladki w stronę kibiców, ale wcale nie chciał ich obrazić… Itp. itd.

Takich kwiatków było sporo i na moją wyobraźnię działało rewelacyjnie. Bawiłam się świetnie, znacznie lepiej niż w trakcie jakiejkolwiek transmisji telewizyjnej, więc po skończonym meczu stwierdziliśmy zgodnie, że czasem warto poprzestać na fonii.

*Tomasz Zimoch