Miesiąc temu/ A month ago

Dokładnie miesiąc temu, przez bardzo krótki moment, w Warszawie było tak.
Wklejam, bo może ktoś już zapomniał jak wygląda śnieg śnieg:)

wp-15828132094068228885322713435248.jpg

For a very short moment, exactly a month ago, it was in Warsaw. I paste for those who have already forgotten what the snow looks like 🙂

Przesilenie słoneczne

Dzieje się tak dużo, że aż nie mam czasu o tym pisać:-) Powaga!

A wieczorami padam zmęczona, buszowanie w sieci przekładając na jakieś wirtualne „jutro”. Mam nadzieję, że to przejściowe i wraz z pierwszym afrykańsko-lubelskim deszczem minie, jak ręką odjął. Nie żebym tego egzotycznego klimatu w swoim mieście nie lubiła! Kocham! Wiąże się z nim tak wiele fantastycznych wspomnień, że mógłby być sobie taki zawsze. Pomyślcie tylko: zamiast pół metra śniegu słoneczko, zamiast jesienno – zimowej słoty….słoneczko. Odkryte ramiona, suche buty, garderoba wypełniona  zwiewnymi fatałaszkami i strojami do opalania….Brak ciężkich kurtek, długich płaszczy i zajmujących dużo miejsca na półce swetrów:)

No cóż, zdaję sobie sprawę, że w tej kwestii na wiele liczyć nie mogę, więc liczę na dziecko:-). Niech sobie znajdzie drugą połówkę pomarańczy (zauważyliście, że jabłka w tej kwestii są już passe?) na jakimś włoskim lub hiszpańskim wybrzeżu, a mamusia (dla niektórych kochana teściowa), będzie to wybrzeże czasem odwiedzać. Obiecuję, że po 2 – 3 miesiącach będę zawsze wracać do kraju jak, nie przymierzając, bociany 😉

Zresztą po pierwsze, mam w sobie gen tubylczości. A po drugie, właśnie przeczytałam, że najlepszym lubelskim start-upem okazał się internetowy sex shop. To chyba najlepszy dowód na to, że w naszym mieście zawsze można połączyć przyjemne z pożytecznym.

I na pytanie rzucone kiedyś prezydentowi „jak żyć?”, odpowiedzieć z bezwstydnym uśmiechem……….”seksem!” :-))

Kiedyś…… a prawie jak wczoraj, czyli „Hu hu ha, hu hu ha, nasza zima zła”:)

Na początku mojej przygody z Warszawą mieszkałam na Marszałkowskiej. Codziennie rano budziły mnie pędzące przez ulicę tramwaje, a im zimniej było na dworze, tym dziwniejszy dźwięk wydawały, przesuwające się po zmarzniętym metalu szyn, koła.

To właśnie wtedy powstał wiersz, który chyba przez moment „wisiał” na stronie bloga. Potem uznałam, że wiersze są zbyt osobiste, że raczej pozostawię je tylko dla siebie. Dzisiaj zmieniam zdanie. Wszak kobieta zmienną jest:)

Za oknem hałaśliwe tramwaje gaszą poranny brzask
wypełnione codziennością i zaspanymi marzeniami
mkną pozostawiając w oddali ciepłe rozleniwienie
zimną kawę i ciszę rozkapryszonego poranka

.

Stukot szyn porządkuje myśli opatulone wełnianymi chustami
już planują, segregują pocztę, przydzielają obowiązki
zziębniętymi termometrami mierzą ludzkie złudzenia
uwikłane w zaprzepaszczone sploty okoliczności

.

Zanim przystanek własnej odpowiedzialności
przywoła mnie leniwym gestem ponaglenia
stoję z kubkiem ciepłej herbaty w dłoni
jeszcze przez chwilę nie jestem jedną z nich

Warszawa 26 stycznia 2010 r. za oknem -20