Znana córka znanej matki/ A well-known daughter of a well-known mother

Znana córka znanej matki nie zaprosiła tejże matki na swój ślub. Bo to był cichy ślub, na którym byli tylko świadkowie. Gdyby zaprosiła matkę, musiałaby zaprosić ojca, pan młody musiałby zrobić to samo no i powstałby tłum.

Hm, matka i ojciec, plus matka i ojciec, plus jeszcze dwie osoby, bo rodzice pana młodego, są w nowych związkach. 6 osób. Plus młodzi, plus świadkowie. 10.

Czy 10 osób to tłum?

Patrzę na to wszystko z pozycji matki. Byłby mi smutno, gdyby moje dzieci nie zaprosiły mnie na swój ślub. Nie byłoby mi żal, gdyby wybrali skromną uroczystość zamiast wesela, a nawet gdyby zrezygnowali z przyjęcia. Byłoby mi jednak przykro, że w ogóle rozważają opcję ślubu bez rodziców. Moim zdaniem, to mimo wszystko świadczy o wzajemnych relacjach.

Znanej matce znanej córki podobno przykro nie jest, bo (w wolnym przekładzie) córka tak chciała, tak zdecydowała, i ona to rozumie. Wiecie co? Ja jej nic a nic nie wierzę. Nawet w to, że rozumie. Córka owszem, zrobiła tak jak chciała, ale matka robi dobrą minę, żeby nie stracić swojej znanej twarzy.

Moja córko, jeśli to czytasz. Pamiętaj, że mi byłoby przykro. Cholernie przykro. Więc nie pozbawiaj mnie możliwości bycia z Tobą w tym szczególnym momencie, by tak zupełnie po matczynemu cieszyć się Twoim szczęściem. A nawet, by sobie trochę popłakać, choć zawsze uważałam, że w takim momencie płacz jest nie na miejscu. I choć podobno „mus jest płakać nad panieństwem”…

to osobiście wolę śmiech:-)


A well-known daughter of a well-known mother did not invite her mother for her wedding. Because it was a quiet wedding, on which there were only bridesmaide and groomsman. If she invited her mother, she would have to invite her father, the bridegroom would have to do the same and the crowd would be created.

Hm, parents plus parents, plus two more people, because the parents of the groom and are in new relationships. 6 people. Plus bridegroom and bride, plus bridesmaide and groomsman. 10.

Is 10 a crowd?

I look at everything from a mother’s position. I would be sad if my children would not invite me to their wedding. I would not be sorry if they chose a modest ceremony instead of a wedding party, or even gave up in a small restaurant. I would be sorry if they were even considering a wedding option without parents. This, however, suggests something.

The known mother of a known daughter is not at all sorry, because (as she said) the daughter so wanted, so she decided, and she understands it. You know what? Frankly, I don’t buy it. Even the fact that she understands. Her daughter did what shed wanted to do, and the mother makes a good face not to lose her known face.

Dear my Daughter, if you read this. Remember that I WOULD BE SORRY. Do not deprive me of the opportunity to be with you at this special moment, to enjoy your happiness. And even to cry a little, though I always thought that it is a bit pathetic at such moment. And despite that girl „must cry over her maidenhood” …[first viedo]

I personally prefer laughter [second video].

Reklamy

Psychologiczne healthy-selfie/ Psychological healthy-selfie

images (2)Kiedy zmieniałam pracę obiecałam sobie, nie będę narzekać na nic, co wiąże się z tą zmianą, bo przecież sama jej chciałam, wybrałam i podjęłam decyzję. Koniec i kropka.

No i rzeczywiście nie narzekam. Praca spokojna, często twórcza, czasem relaksująca, zwykle bezstresowa, w większości ciekawa. Wiadomo, że coś tam w niej lubię bardziej, coś mniej. Normalka.

Narzekam jedynie na brak pakietu medycznego i w ten sposób płynnie przechodzę do narzekactwa na polską służbę zdrowia. Państwowy NFZ jest koszmarem samym w sobie, a w Warszawie koszmarem do kwadratu. Jeśli jeszcze pracujesz w firmie, która ma podpisaną umowę albo bezpośrednio z dużą siecią medyczną, albo przez pakiet ubezpieczeniowy, jest ok. Ja tak miałam przez kilka lat i bardzo sobie ceniłam. Full serwis. Specjaliści dostępni co prawda z 3 miesięcznym wyprzedzeniem, ale byli! A w sobotę, gdy Słoiki* wyjeżdżały do domów, można się było dostać do nich nawet wcześniej, internista prawie od ręki, rehabilitacja przyzwoita i w przyzwoitej odległości czasowej. Nic, tylko chorować:-)

Natomiast państwową służbę zdrowia w Warszawie opisuje przypadek mojej sąsiadki emerytki. Otóż poszła we wrześniu zapisać się na planowaną operację czegoś tam i zapisali ją na wrzesień!

2024.

A to kobieta grubo po siedemdziesiątce, więc łatwo sobie wyobrazić nie tylko, że może nie dożyć, ale też, na jaką jakość życia będzie przez tych 6 lat narażona.

Teraz nie mam pakietu medycznego, jestem skazana na NFZ, tak więc łokieć tenisisty, który się odezwał po 10 latach uśpienia, musi sobie radzić sam. Btw, jeśli ktoś z Warszawiaków ma dobrą miejscówkę, czyli przychodnię ze specjalistami i przyzwoitą rehabilitacją, proszę o sygnał. Jestem mobilna i niewymagająca, mogę się przemieścić gdziekolwiek, gdzie jeszcze lekarze pracują jak za dawnych dobrych czasów:-)

A do tego czasu?

Podobno mówienie sobie dobrych rzeczy przed lustrem podnosi samoocenę, może sprawdzę czy to samo da się zrobić ze zdrowiem? Codziennie rano stanę z Beatą twarzą w twarz, spojrzę jej w oczy i powiem: „Jesteś boska, jesteś cholernie zdrowa, pełna fizycznej krzepy, harmonii ducha i ciała. Jesteś the best i nie ma lepszej rzeczy niż być tobą, w tym twoim zdrowym, zadbanym ciele!”. Takie psychologiczne healthie-selfie:-)

Jak myślicie, pomoże?

* Żeby nie było, wolno mi tak pisać, bo sama jestem słoikiem:-)


When I changed my job I promised myself, I would not complain about anything that was related to this change, because I wanted it myself, I chose it and made a decision. Period.

I’m not complaining. Working calm, sometimes creative, often relaxing, usually stress-free, mostly interesting. It is obvious that I like something more, something less. Life.

I only complain about the lack of a medical package, and at this smoothly way I am going into the complaining about the Polish health service. The National Health Fund is a nightmare in itself, and if you live in Warsaw a squared nightmare. If you work at a big company, and this company has a contract signed either directly with a large network medical service or through an insurance package, it is ok. I used to had it for several years and I appreciated it very much. Full option. The specialists were available three months in advance, but they were! And on Saturday, when the Jars * went home, you could reach them even earlier, the internist almost immediately, rehabilitation decent and in a decent time distance. Nothing but being sick 🙂

On the other hand, the state health service in Warsaw describes the case of my neighbor’s pensioner. Well, she went to the hospital, to sign up for the planned operation of something there in the beggining of September and they planned it down for September!

2024.

And she is a woman in her seventies, so it is easy to imagine that she may not live as long, but also what the quality of live she will have during these 6 years.

I do not have any medical package currently, I am doomed to NFZ, so the tennis elbow, who was asleep for 10 years and, and now awaked, have to fend himselves. Btw, If someone from Warsaw has a good spot, i.e. a clinic with specialists and a decent rehabilitation, I am asking for a signal. I am mobile and undemanding, I can move anywhere, where doctors still work like in the good old days 🙂

By then?

Apparently telling yourself good things in front of the mirror raises self-esteem, maybe I’ll check whether it will work when it comes to health? I will stand face-to-face every morning, look at Beata’s eyes and say: „You’re divine, you’re damn well, you are perfect with physical body and spirit harmony. You’re the best and there’s no better thing than being you, in your healthy, well-groomed body! „. Such psychological healthie-selfie 🙂

What do you think, will it help?

* I am allowed to write like that, because I am a Jar:-)

Z poezją można się spotkać nawet na gmachu Ministerstwa/ You can meet with poetry even on the Ministery wall

wp-15389867702598064899409882876732.jpg
Myśli bezrozumne
O głowie bez twarzy
Szaleństwem opętani
Zawikłani oboje
Ty w psychozie
Ja w tobie
Patrzę na ciebie
Tak jak ty
Patrzysz na mnie
Ty słowo
Ja zdanie


Thoughtless thoughts
about a head without a face
possessed by madness
Engaged both
You in psychosis
I am in you
I am looking at you
Just like you
Look at me
You word
I sentence

Notka o pisaniu i nieco o miłości, ale ociupinkę, bez przesady/ About writing, a bit about love, but really a little, without exaggeration

Przy pisaniu poprzedniej notki musiałam trochę przewertować własne notatki i przy tej okazji znalazłam fragment dialogu z książki Marqueza, który w prostocie swojej poruszył mnie kiedyś na tyle, że go sobie zapisałam. W tym jednym, jedynym zeszycie, który ciągle jeszcze posiadam. Ten zeszyt jest trochę jak szuflada z ostatniej reklamy Agata Meble, odgrywanej przez Małgorzatę Sochę. Przeznaczony na tegesy i tentegi, a także szpargały i przydasie, oczywiście takie blogowo – literackie.

Pozostałe zapiski robię w wersji elektronicznej. Wiem, zaraz mi ktoś powie, że jak padnie windows, czy jakiś inny android, to zostanę niczym tabula rasa, pusta i pozbawiona całej, nabywanej latami, wiedzy. Ja to wszystko wiem, ale na klawiaturze piszę 10 palcami, bezwzrokowo, a na papierze tylko trzema i w dodatku muszę patrzeć, bo inaczej koniec zdania wypadałby gdzieś na serwetce. 🙂

Miałam taki moment w swojej blogowej karierze, że musiałam wrócić do zapisywania pomysłów w  podręcznym kalendarzu. Jednak ten etap mam już dawno za sobą. Poza tym, wiecie, ile waży moja torebka???:-) Ja nie dołożę tam już nawet pendrive’a bez uszczerbku dla własnego kręgosłupa.

To była taka mała dygresja, a teraz wracając do dialogu. Fragmentu. Otóż ona (główna bohaterka z „Miłości w czasach zarazy”), zupełnie niezakochana, mówi do niego, który kocha szaleńczo i po raz kolejny proponuje spotkanie:
– „Nie bardzo rozumiem, jaki sens miałyby mieć te wszystkie wizyty?”

Na co on odpowiada:
– „Nawet nie pomyślałem, że mogą mieć jakiś sens”.

No i to jest super odpowiedź. Bo czyż zawsze musimy  dopatrywać się sensu?


When I was writing the previous note I had to browse through my notes a bit and on this occasion I found a part of the dialogue from the Marquez’s book, who in its simplicity touched me enough that I wrote it down. In this one, the only book which I still have. This notebook is a bit like a drawer from the last advertisement of Agata Meble, played by Małgorzata Socha. Intended for various possessions, junk, swags and small stuff, of course for blogging and stricte (or not) literary.

I make other notes in the electronic version. I know, someone can tell me, that if the Windows stopped, or some other android, I will become a tabula rasa, empty and devoid of all knowledge acquired over the years. I know that, but I write touch typing, using 10 fingers, but only with three fingers when I have to write a pen and in addition, I have to watch out, because otherwise the end of the written sentence can finish somewhere on the napkin. 🙂

I had such a moment in my blog career that I had to go back to saving ideas in a paper calendar. However, this time has passed away. Btw, do you know how much my purse weighs ??? 🙂 I will not even slipped there a small pendrive without damaging my own spine.

It was such a small digression, and now returning to mentioned dialogue. Fragment. Well, she (the main character from „Love in the Time of Plague”), completely not fallen in loved with, speaks to him, who loves madly and once again seek a meeting:

– „I do not really understand, what sense would all these meetings?”

His answer: – „I did not even think that they could make sense.”

Well, this is a great answer. Do we always have to look for the meaning?

Recenzja krytyczna „Miłości w czasach zarazy”/ Critical review the „Love in the Time of Cholera”

Jakiś czas temu przeczytałam, a w zasadzie zmordowałam powieść Gabriela Garcíi Márqueza, „Miłość w czasach zarazy”. Przyznam szczerze, że zaczynała się całkiem ciekawie, jednak z każdą przeklikaną stroną (znak czasów – czytam ostatnio tylko e-booki), było coraz gorzej. W którymś momencie odłożyłam czytnik i obejrzałam ekranizację, z rzekomo wspaniale ogrywającym rolę Florentino Arizy – Javierem Bardemem (rzekomo – bo mi się nie podobało). Pomyślałam jednak, dam Marquezowi szansę, może mnie coś urzeknie, może do mnie przemówi. Przeczytałam całą, nie przemówił. To jest druga książka, po „Mistrzu i MałgorzacieBułhakowa, która moim znajomym bardzo się podobała, a mi bardzo nie.

Ale wracając do Márqueza. Domyślam się, że będąc pisarzem tzw. realizmu magicznego w sztuce (tak jak Bułhakow zresztą), pisarz chciał opowiedzieć o wiecznej, nieprzerwanej miłości, uczuciu w wieku starczym i przełamać tym samym kolejne społeczno – kulturowe tabu. Główny bohater przez pięćdziesiąt lat czeka (w międzyczasie mając setki romansów) na miłość swojego życia, gdy ta miłość zostaje wdową, pomaga jej znieść wdowieństwo, przetrwać trudny czas i próbuje zainteresować sobą na nowo. Udaje mu się nawet pójść z nią do łóżka. I tu mała dygresja. Seks 80 latków dzisiaj chyba już nie dziwi, skoro ciągle jeszcze mogą uprawiać seks, i ciągle jeszcze mają na niego ochotę, to w czym problem? Może jedynie wolałabym takiej sceny łóżkowej nie oglądać, a oglądałam w filmie.

Problem to ja mam z czymś innym, co prawdopodobnie wiąże się z realizowaniem nurtu literackiego, którym fascynował się Márquez. A w zasadzie mam pytanie. Po co, w emocje, które mają prawo towarzyszyć ludziom w każdym wieku, w euforię, że oto znowu się kogoś kocha, jest się razem i można wspólnie cieszyć się jesienią życia, po co w to wszystko wplatać fizjologię ciała z całym jej, niezbyt przyjemnym dla oka, ludzkim wymiarem? Nie wiem jak Wy, ale ja naprawdę nie widzę literackiego piękna w pisaniu o wydzielinach, plwocinach, puszczaniu bąków, obstrukcjach, lewatywach i sztucznych szczękach. Mnie to autentycznie brzydzi! A Márquez, jakby celowo kieruje uwagę czytelnika na ten aspekt człowieczeństwa (może nie na wszystkie z wymienionych, ale sporo). Taki turpizm, moim zdaniem zupełnie niepotrzebny. Dojrzały czytelnik naprawdę jest świadomy przemijania, problemów, które pojawiają się z wiekiem, każdy ma lub miał w swojej rodzinie, otoczeniu, babcię czy dziadka, nie trzeba mu tymi przypadłościami walić po oczach. A młody i tak się jeszcze nie przejmie. Gdybym miała 20 lat, odłożyłabym czytanie tej książki już po pierwszym rozdziale.

Czy ktoś z Was to czytał?


Some time ago I read, (I forced myself) a novel by Gabriel García Márquez, „Love in the Time of Plague.” I must admit that it started quite interesting, however, with each taps of page (the sign of the times – I read only e-books lately), it was getting worse. At some point, I put down the e-reader and watched the film, with the allegedly wonderful role Javier Bardem as Florentino Ariza (allegedly – becouse I didn’t like it). After that I thought, I will give Marquez a chance, maybe he will captivate me by something, maybe he will speak to me. This is the second book, after Bulgakov’s „Master and Margaret”, which she liked very much to my friends, and I didn’t like very much.

But back to Márquez. I guess that being a writer of the so-called magical realism in art (like Bułhakow anyway), the writer wanted to tell about eternal, uninterrupted love, feelings in old age and break down the next social and cultural taboo. The main character is waiting for fifty years (in the meantime having hundreds of romances) for the love of his life, when this love becomes a widow, helps her to endure widowhood, survive the difficult time and tries to make her fall in love with him again. He even manages to go to bed with her. And here a little digression. The sex of 80-year-olds is no longer surprising today, if only they can still have sex, and still have the desire for it, what’s the problem? Maybe I would just prefer not to see such a bed scene, but I watched in the movie.

I have a problem with something else that is probably related to the literary trend that Márquez was fascinated with. And basically, I have a question. Why, in the emotions that have the right to accompany people of all ages, in the euphoria, that you love someone again, you are together and you can enjoy the autumn of life, so why this body physiology, with all its, not very pleasant for the eye, the human dimension? I do not know about you, but I really do not see literary beauty in writing about blowing of nose, secretions, sputum, farting, constipation, enemas and dental plates. It is really disgusting me! And Márquez, as if he intentionally directs the reader’s attention to this aspect of humanity (maybe not all of mentioned before, but a lot). Such turpism, in my opinion completely unnecessary. A mature reader is really aware of all those problems that arise with age, everyone has or had in the family, surroundings, grandmother or grandfather. And the young people will not think about it yet If I were 20, I would postpone reading this book after the first chapter.

Have any of you read this?

Tl;tr

To nie pomyłka, taki właśnie jest tytuł tej notki. Tl;tr to skrót, na który trafiłam w najnowszej książce Remigiusza Mroza, a ponieważ go nie znałam, wygooglowałam i okazało się, że rzeczywiście istnieje i oznacza „to long to read”. Z kontekstu bym tego nie wyłapała, ale teraz rozumiem zamysł. Słyszymy, że coś jest zbyt długie, żeby przeczytać, więc albo jest za mało czasu, albo ktoś nam delikatnie daje do zrozumienia, że nasz tekst to nuda, że może trzeba pisać treściwiej, albo dzielić wypowiedź na mniejsze fragmenty.

Jako polonistka powinnam być oburzona ubożeniem (ale fajna aliteracja!!:-) polszczyzny. Jako racjonalistka uważam, że w pewnych sytuacjach to jest jedynie rezultat postępującej ekonomizacji wypowiedzi. Świat się zmienia, my się zmieniamy, ciągły pośpiech, wielozadaniowość, mnóstwo bodźców dokoła, więc i język musi nadążać. Musi się wpasować w szaleńcze tempo robienia wszystkiego naraz. O tej ewolucji języka pisałam wiele razy w różnych kontekstach (np: Nie czekając na wenęDużo czelendżu było w tym rokuO środkach przeciwbólowych i uwalnianiu emocji, Czwartek przedwyborczy). Zresztą nie tylko ja:-)

Bo język jest jak plastelina, w którą można wkleić mnóstwo różnokolorowych, pozornie niepasujących elementów, można też z niej odrywać to, co wydaje nam się w danym momencie zbędne. Paradoksalnie taki utworzony na potrzebę chwili, czy jednej jedynej wypowiedzi neologizm, może zacząć żyć własnym życiem i zająć mocne miejsce w codziennym słowniku (tak jest z „odjaniepawlać”, „wszystkomający”, czy choćby z ubiegłorocznym młodzieżowym słowem roku, „XD”). I ja właśnie to w języku mówionym kocham. Pamiętajmy, że to jest próba uatrakcyjnienia przez nadawcę tej swojej produkowanej w danym momencie wypowiedzi. On chce rozśmieszyć, zainteresować, zabawić i na koniec zostać właściwie zrozumianym. Ten liberalizm lingwistyczny dotyczy tylko języka mówionego, żeby nie było. Język pisany, bardziej formalny, to już zupełnie inna historia, od niego wymaga się znacznie więcej.

Ale wracając do tytułowego skrótowca, ja pewnie nie odpowiedziałabym „tl;tr”, ale młody człowiek, któremu zależy na tym, by nadążać za językową modą, by pokazać, że identyfikuje się ze swoją grupą rówieśniczą, z odbiorcami, chętnie sięgnie po takie słowotwórcze smaczki.

Td’tu?

(Angielski skrótowiec utworzony na potrzebę notki :-). Jakieś pomysły, co oznacza?)


This is not a mistake, this is the title of that note. Tl; tr is an acronym that I found in the newest book of Remigiusz Mroz, and because I did not know him, I gloogled it and turned out that it really exists and means to long to read. From the context, I would not have caught it, but now I understand the idea. When you hear that something is too long to read, it is also an information that maybe you should write more interesting, or divide the content into smaller sections.

I graduated Polish studies so, I should been shocked by poverty of Polish language, but as a rationalist, I think that in certain situations it is only the result of the progressive economization of expression. The world is changing, we are changing, constant rush, multitasking, a lot of stimuli around, so the language has to keep up. It must fit into the crazy pace of doing everything at the same time. I have written about this evolution of the language many times in different contexts (eg: Nie czekając na wenęDużo czelendżu było w tym rokuO środkach przeciwbólowych i uwalnianiu emocji, Czwartek przedwyborczy). I am not the only one 🙂

Because the language is like a plasticine, in which you can paste a lot of differently colored, seemingly mismatched elements, you can also detach, what seems unnecessary at the moment. Paradoxically, such a neologism created for the need of the moment or one single expression, may start to live its own life and take a strong place in the everyday dictionary (eg. LOl, XD as a word).

And I love it in spoken language. Let’s remember that this is sender’s obligation to attempt to make his current expression more attractive. He wants to make receipients laugh, interest, have fun and be understood properly. This linguistic liberalism applies only to the spoken language, let me say. A written, more formal language is a completely different story, there are many more requirements here.

But returning to the title acronym, I probably would not answer „tl; tr”, but a young man who cares about keeping up with language fashion, to show that he identifies with his peer group, with recipients, will gladly reach for such new formed neologism .

Td’tu?

(An English shortcut created for the need of a note :-). Any ideas, what does it mean?)

Prawo do decydowania/ Right to decide

Przeczytałam wczoraj na Onecie felieton „Najważniejszy lek na depresję to wiedza”, w którym Paulina Młynarska przyznaje się do choroby oraz etapów poprzedzających ją, tj. cyklicznych jesiennych spadków nastroju (w tym miejscu tematycznie nawiązuję do powakacyjnej melancholii, braku słońca, emocjonalnego doła, opisywanego kilka notek temu, np. tu). Dzisiaj o problemie przedłużających się okresów przygnębienia, a także o zdiagnozowanej depresji mówi się głośno i odważnie.

Paulina przyznała, że: „gdyby nie pomoc i trzeźwość myślenia moich mądrych przyjaciółek, gdyby nie ich stanowcze działania, by mnie zaciągnąć do lekarza i przypilnować, abym trzymała się jego zaleceń, byłoby ze mną superkiepsko. Dzięki nim zrozumiała, jak bardzo potrzebuje pomocy terapeutycznej, skorzystała więc z terapii, ale co ważne, nie przerwała jej nawet przy pierwszych objawach poprawy.

W tym momencie mogłabym skończyć czytanie felietonu, uznając, że ja to wszystko o depresji już wiem. Z wywiadów innych celebrytów, z filmów, z Google, czy z różnego rodzaju mediów, które uwielbiają pisać o ludzkich tragediach.

Jednak Paulina Młynarska powiedziała coś bardzo ważnego, o czym chcę wspomnieć. Otóż, ona wybrała kilka zaufanych osób z bliskiego otoczenia i poprosiła, by wysłuchały wszystkiego co wie o swojej depresji od lekarzy i jakiego typu pomoc może jej być potrzebna, gdyby nastąpił nawrót choroby. Dała im prawo do działania nawet wtedy, gdyby broniła się przed udzieleniem pomocy.

I to co wyboldowałam jest według mnie najważniejsze w całym felietonie.

Czy wiesz jak zachować trzeźwość myślenia i zadziałać w sposób stanowczy wobec osoby, która na skutek choroby zatraciła zdolność właściwej oceny rzeczywistości i uważa, że nie potrzebuje żadnej pomocy? Tylko postępując wbrew niej, nawet jeśli serce pęka.  Czy ktoś z Was był kiedyś w takiej sytuacji?

Ponieważ zarówno samej depresji, jak i innych chorób psychicznych, jest coraz więcej (nie będę pisać o wpływie cywilizacji, bo to temat na inną notkę), uważam, że w tym przypadku (ale też w wielu innych) powinno się postępować podobnie, jak przy udzielaniu zgody na pobieranie narządów. Trzeba to zrobić odpowiednio wcześniej, zaufać komuś na tyle, by porozmawiać z nim szczerze o własnych obawach, o tym jakie mamy oczekiwania w przypadku choroby, wypadku, śmierci (zostać skremowanym czy nie, utrzymywać resuscytację, nawet jeśli nie ma nadziei czy odłączyć aparaturę, itp.) i udzielić tej osobie prawa do działania w naszym imieniu, gdy utracimy zdolność do jakiekolwiek reakcji.


I read on the Onet column yesterday „The most important drug for depression is knowledge”, in which Paulina Młynarska admits to the disease and stages preceding it, i.e. cyclical fall moods (in this place I refer thematically to post-vacation melancholy, lack of sun, emotional pits, described a few notes ago, e.g. here). Today, about the problem of prolonged periods of sadness, as well as diagnosed depression, is spoken out loud and boldly.

Paulina admitted that „if it were not for the help and sobriety of thinking of my wise friends, if it were not for their firm actions to take me to the doctor and to make sure that I stick to his recommendations, it would be really bad.” Thanks to them, she understood how much she needed therapeutic help, so she took advantage of the therapy, but what is important, she did not stop it even at the first symptoms of improvement.

At this moment, I could finish reading a column, considering that I know everything about depression. From interviews with other celebrities, from films, from Google, or from various media that love to write about human tragedies.

However, Paulina Młynarska said something very important, which I want to mention. Well, she chose a few trusted people close to her, and asked them to listen to everything she knew about her depression from doctors and what kind of help she might need if she had a relapse. She gave them the right to act even if she would defend herself against providing help.

Do you know, how to keep the sobriety of thinking and act decisively in the face of a person who, as a result of illness, lost the ability to properly assess reality and believes that he does not need any help?
The answer is: only by acting against it, even if the heart breaks. Have you ever been in such situation?

Because there is more and more of depression as well as other mental illnesses (I will not write about the influence of civilization, because this is a topic for another note), I think that in this case (but also in others that I will mention in a moment) should be proceed in the same way as when consenting to the procurement of organs. You have to think about it sooner, trust someone enough, to talk honestly about your fears, what are your expectations in case of illness, accident, death (to be cremated or not, to keep resuscitating even if there is no hope etc.) and give this person the right to act on our behalf when we lose the ability to any reaction.

Znowu o kasztanach/ About chestnuts again

Ostatnio było tak ciepło, że kasztanowiec rosnący obok Agrykoli zgłupiał, i nie mógł się zdecydować, czy nadal owocować czy znowu kwitnąć. Wiec próbował robić jedno i drugie jednocześnie 🙂

Z tej konsternacji zrzucił prawie wszystkie wszystkie liście.

20180921_1528516390093457833764018

Recently was so warm that the chestnut growing next to Agrykola was crazy, and could not decide whether it would continue to bear fruit or blossom again. So he tried to do both at the same time. 🙂

It dumped almost all the leaves becouse of this consternation.

Pamięć skojarzeń/ Memory of associations

Kasztany.jpgKasztany od zawsze kojarzą mi się z beztroską. Jak takie małe coś, trzymane przez chwilę w dłoni, może wpływać na kondycję psychiczną człowieka? No może. Podobnie, ale znacznie intensywniej bywa z zapachami, o ile wcześniej nastąpiło ich skojarzenie z czymś miłym. Piszę o sobie, ale podejrzewam, że nie tylko ja tak mam. Szkoda, że nie można takiego ulotnego zapachu zamknąć w fiolce z atomizerem i naparzać nim dokoła własnego nosa, gdy dopada przygnębienie. Ileż to byłoby mniej depresji na świecie:-).

Tak samo jest z przyrodą. Coś, co się kiedyś skojarzyło bardzo pozytywnie, siedzi w głowie do dziś.  Gdy np. ściskam w ręku owoc kasztanowca, odczuwam najprawdziwsze, niczym nie zmącone szczęście. To jest oczywiście ulotna chwila, takie wspomnienie z przeszłości, które przeleci przez głowę i poleci dalej.

Ale zanim wyleci, przypomni mi podstawówkę, mały, PRL-owski klocek, identyczny jak setki innych w tamtych czasach. Klasę, w której odbywały się zajęcia praktyczno-techniczne. Pamiętam, że wychowawczyni robiła co mogła, żeby zainteresować dzieci robótkami ręcznymi, które według tamtego programu nauczania, mogły się przydać w dorosłym życiu. Jak się przydawały w dorosłym życiu kasztanowe ludki?

Kto kiedykolwiek musiał zabawiać znudzone jesienną niepogodą dzieci, ten wie:-)


Chestnuts have always been associated with carefree on my mind. How can such a small thing, held for a moment in a hand, affect the mental condition of a person? Well, it can.

Similarly, but much more intense is about fragrances, if they were previously associated with something nice. I write about myself, but I suppose that it’s not just me the only one. It is a pity that such an elusive fragrance can not be enclosed in a vial with an atomizer and whaling it around your own nose when you feel in glum. How much less depression in the world would be :-).

It’s the same with nature. Something that has been associated very positively in the past, is still in the mind. For example, if I hold chestnut fruit in my hand, I feel the real, unspoiled happiness. This is of course a fleeting moment, a memory from the past that will fly overhead and fly away.

But before it fly away, it will remind me of the primary school, a small, PRL’s cube, identical to hundreds of others in those days. A class in which practical and technical classes were held. I remember that the teacher did her best to interest the children with handicrafts, which, according to that curriculum, could be useful in adult life. How were chestnut guys useful in adult life?

Who ever had to entertain bored kind in the rainy autumn days, he knows 🙂

Z obowiązku blogowego/ From the blogger’s obligation

Ta piosenka jest pisana dla pieniędzy” – śpiewa mi się dzisiaj od rana.

Notka natomiast pisana jest z obowiązku blogowego, żeby się nie zasiedzieć w blogowej bezczynności, choć wcale nie uważam jej za coś złego. Pisać, nie pisać, jakie to ma k… znaczenie, w porównaniu z problemami tego świata, co?

Kiedyś chciałam zostać dziennikarką, naiwnie myślałam, a raczej marzyłam, żeby pisać o rzeczach wielkich (co to takiego?), żeby wpływać na ludzi, choćby w małym stopniu, ale krok po kroku zmieniać to, co złe. Dzisiaj sobie myślę, stara, masz pięćdziesiątkę na karku! Ratuj co się da, z tego, co tam ci jeszcze zostało.

Nasze wakacje nadeszły w smutnych okolicznościach, więc pierwsze dni w Grecji, to ciągłe rozmowy o śmierci Adasia, potem, na szczęście, trochę nam odpuściło.

Człowiek to jest takie dziwne stworzenie, trzyma się dzielnie, gdy wie, że już za chwilę oderwie się od rzeczywistości i przeżyje, choćby 10-dniowy odlot w nieznane. Więc spina pośladki, wypełnia obowiązki, z nadzieją, że podczas jego nieobecności, wszystko się wyprostuje, wygładzi, wróci do normy. A potem człowiek wraca i uświadamia sobie, że nic się nie zmieniło. I że to właśnie jest norma.

To już wiecie, w jak optymistycznym nastroju jestem dzisiaj.


This song is written for money” – I sing today from the early morning.

The note, however, is written from the blogger’s obligation not to stay in the blog’s inactivity, although I do not consider it is something bad at all. Write, or not to write, what does it the f… matter, compared to the problems of this world, what?

Once I wanted to become a journalist, I naively thought, or rather dreamed to write about great things (what is it?), to impact for people, even to a small extent, but to change what is wrong with, step by step. Today I think, old, you have a 50’s on the back of your neck. Rescue what you can, from all of that you still have left.

Our holidays came in sad circumstances, so the first days in Greece are constant talks about Adam’s death, then, fortunately, we had let go a little.

Man is such a strange creature, he stays brave, when he knows that in a moment he will break away from reality and experience, if only a 10-day flight to the unknown. So he binds his buttoms, he does what he should do, with the hope, that in his absence, everything will straighten, smooth and return to normal. And then he comes back and realizes that nothing has changed. And that this is the norm.

You already know how in optimistic mood I have today.