Stało się

Ziemia pogrążyła się w ciemności.

Facebook i instagram uległy awarii!

Jak w obliczu takiej tragedii żyć?

No jak żyć panie Prezydencie….czy Premierze?

Reklamy

Kto usunął mnie z Facebooka????

Ostatnio krąży w sieci informacja o aplikacji „Kto usunął mnie z Facebooka”, która stała się niemal tak przełomowa, jak wykorzystywanie komórek macierzystych w leczeniu łysienia (po namyśle stwierdzam, że to drugie, dla niektórych, może być jednak jakimś przełomem;-)).

Aplikacja „ma pomóc uniknąć nieprzyjemnego zaskoczenia związanego z tym, że ktoś usunął nas z grupy znajomych” ponieważ „ludzie odczuwają psychiczny dyskomfort, gdy się o tym dowiadują”.

Rozumiem, że fakt wyrzucenia kogoś ze znajomych boli, ale czy boli mniej, kiedy śledzi się takie działania na bieżąco? Że lepiej się wcześniej dowiedzieć niż później?

No i czy zawsze boli?

Kiedy patrzę na Was, tych moich 100 osób znajdujących się na Fejsie myślę, że mogłoby zaboleć. Zastanawiałabym się dlaczego, czym uraziłam, albo nieświadomie wk***łam wywołując tak drastyczną reakcję:-) Ale ja mam tu naprawdę tylko ZNAJOMYCH (plus rodzina). Nikogo obcego, komu chciałabym się za pośrednictwem fejsa zwierzać z własnego życia. Z tym zwierzaniem to też bez przesady…

Zaproszeń od osób, z którymi nie jestem w relacjach koleżeńskich, po prostu nie przyjmuję. Od zbieraczy kontaktów i hejterów też nie:)

Dlatego tak, zabolałoby.

Myślę jednak, że jeśli ktoś usunąłby z grona znajomych kogoś, kto z kolei w swoim gronie ma ponad 1000 kontaktów i w większości są to tzw. luźne znajomości, mógłby nawet takiego usunięcia nie zauważyć. A w związku z tym nie wywołałoby to żadnego bólu, może jedynie wzruszenie ramion w stylu „no to wal się!”.

Nie odlubiam. Ale zdarzyło mi się ograniczyć widoczność pewnych treści, bo mimo tolerancji, nie byłam w stanie na nie patrzeć, a wchodzić w polemikę z autorem, z różnych powodów nie chciałam. No i zdarzyło mi się skasować komentarze, wrzucone przez osobę znajdującą się bardzo pod wpływem 🙂 Sądziłam, że rano będzie jej wstyd, zwłaszcza że do rana wszyscy znajomi byliby już po lekturze:)

Snapujesz?

Ostatni weekend upłynął w fajnej, kawowo kawiarnianej atmosferze. W drodze na Stare Miasto, (bo jak kawa to tylko tam:-), skupiałam się jak zwykle na tym co dokoła, bo a nuż może jakaś fotka….jakieś coś:-), wszak smartfona mam zawsze przy sobie.

I rzeczywiście, fajny zachód słońca, piękna Brama Grodzka. Ustawiłam się tak, że ktoś patrząc z boku mógłby pomyśleć, że robię słitfocię.

– O, pewnie na Fejsbuka – usłyszałam nagle za plecami.

– Nie, na Snapchata – odpowiedziałam, wywołując tym pełne zdziwienia i podziwu „Wooow” przechodnia, którym okazał się jakiś nastolatek.

No sorrryyy, ale że co?? Że jestem za stara na Snapchata?!:-)

To ostatnio jedna z moich ulubionych form przekazywania dziecku informacji. Dziecka zresztą też ulubiona. To więcej niż fotografia i mniej niż film, ale w trakcie trwającej kilka sekund wiadomości widzę wszystko to, na co patrzy moje dziecko, jestem w miejscu, w którym ono jest. A że ostatnio dziecko ciągle podróżuje, cieszą mnie wszelkie formy kontaktu, tym bardziej takie ” tu i teraz”, wzbogacone o ruch, dźwięk i głębię obrazu.

Poza tym, zespół Snapchata wpadł na fajny pomysł reklamowania miast z różnych zakątków świata. Tymi krótkimi filmikami przedstawia jeden dzień, z jednego miejsca. Od wschodu słońca po zmierzch i życie nocne.

Warszawa była kilka tygodni temu, dzisiaj pojawił się snap z Nairobi. Takie klimaty lubię najbardziej! Egzotyczne kraje, inna kultura, coś czego może nigdy nie zobaczę na własne oczy. Podróż w pigułce. Fajnie jest zobaczyć zwykłych ludzi, którzy w drodze do szkoły czy pracy zatrzymują się, żeby coś zjeść z przydrożnych garkuchnii, robią zakupy, jadą środkami komunikacji miejskiej, lub są sfilmowani w trakcie swoich zwykłych, codziennych spraw. I pozdrawiają nas – Snapchatowców:-)

Szkoda, że filmy i zdjęcia, które docierają do nas za pośrednictwem aplikacji, znikają zaraz po obejrzeniu. Jest wprawdzie opcja historii, którą można przeglądać wielokrotnie, ale i ona żyje krótkim, 24 godzinnym życiem.

Potem ewentualnie można jej szukać w przepastnych serwerach NASA;-)

Żeby się tak chciało, jak się czasem nie chce

Im piękniej na dworze tym trudniej mi się zmusić do czegokolwiek poza działaniami odtwórczymi. Mocno się zastanawiam, czy wchodzę już w pierwszą fazę prokrastynacji, (kto nie wie co to takiego, to zapraszam do mojej starej notki TU) czy to tylko znane wszystkim, pojawiające się od czasu do czasu, wiosenne przesilenie.

Najchętniej zakładałabym sportowe ciuchy, wygodne buty, brała psa na smycz i w drogę. To akurat mogę bez opamiętania oraz względu na obolałe stopy. Ale ponieważ jak wiadomo, w przyrodzie nic nie ginie, dlatego i u mnie, pewne niedobory z jednego obszaru przenoszą się na drugi.

Czytam. Wcześniej książki, które miały mnie wprowadzać w dobry nastrój, odstresowywać, bawić. Potem poszłam kluczem bestsellerów, empikowych hitów, nowości polecanych na Facebooku. Ostatnio przerzuciłam się na kryminały. Im ciekawsza lektura, tym więcej kradnę dla niej chwil, a przecież nadal pracuję, sprzątam, gotuję, no i oczywiście udzielałam się towarzysko. Dlatego uważam, że 5 przeczytanych książek w marcu, to całkiem niezły wynik.

Mogę z całym spokojem sumienia polecić „Gniew” i „Uwikłanie” Miłoszewskiego. Przeczytałam je właśnie w tej, niechronologicznej kolejności. Śmiałam się, że ja czytam Trylogię Miłoszewskiego tak, jak kiedyś kręcili Trylogię Sienkiewicza, od d….. strony. Do kompletu  brakuje mi „Ziarna prawdy”. Poluję na e-booka, bo można powiększyć czcionkę:-)

Ten brak chronologii okazał się całkiem ciekawym doświadczeniem. Czytając „Gniew” wiedziałam już jak będzie wyglądało życie głównego bohatera w „Uwikłaniu”, którego akcja toczy się 10 lat później. Bawiły mnie wyrzuty sumienia, jakie odczuwał, gdy chodziło o jego relacje z kobietami.  W pierwszej części jeszcze wierzył, że mając fajną żonę, wygra z pragnieniami, w ostatniej stanowił przykład faceta, którego andropauza i niebezpieczna praca pozbawiły dylematów, doprowadziły do takiego życiowego zakrętu, za którym żaden realny, silny związek nie jest już możliwy. Pozostają marzenia.

Niestety z zazdrością charakterystyczną dla osoby, która chciała kiedyś zostać pisarką, muszę powiedzieć, że Miłoszewski pisze rewelacyjnie. Jego dosadność nie przekracza granicy dobrego smaku, a rzucane mimochodem kurwy, są całkiem na miejscu. Profesor Miodek powiedziałby, że są wręcz niezbędne. „Uwikłanie” w wersji książkowej znacznie lepsze niż ekranizacja, choć dzięki bardzo dobrej grze aktorskiej, film też się fajnie ogląda. Jednak to książka wciąga, drażni, zmusza do myślenia. „Gniew” zabiera w niełatwą podróż, pokazuje niesielankowe rodziny, skrzywdzone kobiety, zakłamane małżeństwa, trudne macierzyństwo. Walkę o prawo do godnego życia.

Trylogia Miłoszewskiego (a przynajmniej ta jej część, do której dotarłam) nie należy do gatunku „lekkie, łatwe i przyjemne”. Nie wprawia w dobry nastrój, pokazuje świat, który nie jest czarno-biały, świat pełen duchowych rozterek i moralnych wypaczeń.

Na moście w Sewilli….i nie tylko.

Studentka lubelskiej Akademii Medycznej zginęła spadając z mostu w Sewilli w trakcie robienia sobie selfie*.

Ta oczywista tragedia uświadomiła jednak, że problem, o którym pisałam już jakiś czas temu (tu: O fotkach), istnieje i ma się coraz lepiej. A wygenerowały go programy społecznościowe, ludzka głupota oraz chęć pochwalenia się przed znajomymi najbardziej odlotowym zdjęciem. Czasem odlotowym zbyt dosłownie, jak w przypadku wspomnianej studentki.

Piszę o tym ponownie, już nie tylko jako użytkownik programów społecznościowych, ale także jako niewątpliwa fanka fotografowania. Rozumiem chęć utrwalenia chwili, zatrzymywania ulotnych wrażeń, chęć tworzenia pewnej cybernetycznej fikcji, stwarzania takiej rzeczywistości, by wydawała się jeszcze bardziej zadziwiająca, jeszcze bardziej zaskakująca, żeby wstrząsnęła odbiorcą, wywołała jego głośne „Wow!”. Zaczynam wchodzić w swój pseudofilozoficzny ton:-)

Więc wracając do tematu. Ja też się lubię pochwalić fajnym ujęciem czy słit focią. Człowiek ze swej natury jest chwalipiętą i jeśli ktoś mówi inaczej, to kłamie. Skromność była dziełem średniowiecznej ascezy, a chyba wszyscy widzą, że krąg ascetów się dosyć istotnie zawęził. Dzisiaj promuje się ekshibicjonizm i egocentryzm , niestety czasem posunięty do granic absurdu.

Kiedy byliśmy ostatnio we Florencji, amatorów fotograficznych absurdów widziałam, co najmniej kilku.

Scenka rodzajowa. Na ulubionym moście fotografów, czyli tym, z którego wychodzą najpiękniejsze zdjęcia Ponto Vecchio, para nastolatków przygotowywała się do zrobienia słit foci. On miał w ręce dużą butelkę włoskiego wina, ona puszkę Peroni. Oboje mocno podchmieleni, choć raczej powinnam użyć słowa „na rauszu”, bo akurat piwo było pszeniczne, a wino winogronowe;-). W każdym razie nagle uznali, że zdjęcie z mostu jest średnio fajne. Wyleźli więc na murowany gzyms, znacznie wysunięty w nurt rzeki.

Przeszli, z trudem utrzymując równowagę, robiąc przy tym niemało hałasu (nikt ich nie powstrzymywał, nie reagował) i zrobili sobie  wymarzone zdjęcie. Zanim doszliśmy do miejsca, w którym to wszystko się działo, oni już byli znowu bezpieczni.

Ja, z syndromem człowieka, który widział samobójstwo, jeszcze długo miałam ciarki na plecach.
I jeszcze na koniec uwaga: doskonale rozumiem fakt okratowania tarasu widokowego na Pałacu Kultury, ilość wypadków samobójczych dzisiaj zwiększyłaby się o przypadkowych amatorów Instagrama, czy Facebooka.

* Onet, Metro, Nasze Miasto w dniu 06.11.2014 i prawdopodobnie szereg innych mediów.

Come back oraz kilka słów o „Ice Bucket Challenge”.

Odpoczęłam. Od Internetu, wiadomości, pisania i zmuszania się do czegokolwiek.

Najpierw było dziwnie, potem fajnie, cudowna wolność, dużo czasu, okres urlopowy, zwiedzanie, czytanie, zdjęcia i fotograficzne reportaże, a potem z jakiegoś dziwnego powodu zaczęłam odczuwać najpierw delikatną, a potem coraz mocniejszą potrzebę wyjścia z blogowej impotencji.

I jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało, zaczęłam odczuwać potrzebę posiadania potrzeby pisania bloga. Nie samego pisania, potrzebę tej potrzeby. Bo ona jest mi niezbędna do tego, żeby robić to, co robiłam przez ostatnie 8 lat:)

Więc jestem.

Czy zauważyliście, że jak człowiek nie ma pełnej wiedzy na jakiś temat, a sam temat wygląda na pierwszy rzut oka dosyć osobliwie, to najpierw zaczyna od jego krytyki?

Tak było, gdy po raz pierwszy zobaczyłam filmik „Ice Bucket Challenge”. Na początku stwierdziłam, że oblewanie się lodowatą wodą w celu udowadniania czegokolwiek, to dziecinada i żenada, że jeśli już chcemy wesprzeć jakąś wartościową akcję, lepiej zasadzić drzewo, zaadoptować  zwierzaka, opłacić czyjąś naukę czy kupić przysłowiową cegiełkę.

No i otóż chyba się trochę myliłam. Co prawda w kwestii lodowatej wody nadal mam mieszane uczucia, bo co to za odwaga chlusnąć sobie w twarz, jednak wspieranie fundacji ratującej ludzkie życie jest rzeczą godną poparcia, bez względu na to, jak bezsensowne łańcuszki (bo przecież to jest łańcuszek), ją poprzedzają.  W przypadku „Ice Bucket Challenge” chodzi o to, by osoba, która nie podejmie wyzwania, zapłaciła stu-dolarowego karniaka  na rzecz fundacji ASL (stwardnienie zanikowe boczne). Tak więc twardziel, który obleje się wodą w sumie nie musi płacić, ale jaki byłby z tego wizerunkowy pożytek dla osoby znanej i cieszącej się społecznym uznaniem? I cóż to jest 100 dolców dla…. Billa Gatesa na przykład?  Dlatego każda gwiazda ekranu najpierw oblewa się wodą, a potem płaci.

I jeśli nawet ten specyficzny celebrycki show rozszerzył się także wśród zwykłych posiadaczy facebooka, to jest to nadal show charytatywny (za każdy udostępniony film podobno płaci portal)  i dlatego cierpię …… nie całkiem w pokorze.

Mam tylko nadzieję, że do mnie łańcuszek nie dotrze i nikt nie każe mi się kąpać w przeręblu ani okładać kostkami lodu. Źle znoszę krioterapię:-)

Bill Gates podejmujący wyzwanie.

A tu przygnębiający, dający do myślenia film z realizacji „wyzwania” ….. w strefie zbombardowanej Gazy. Wersja mówiąca wiele, której nie trzeba ani komentować, ani tłumaczyć.

Tydzień bogaty w wiele różnych wydarzeń.

1. Odbyłam długą rozmowę z X., która chciała się pożalić, wygadać: „Miałaś rację, wydzwania do mnie jego żona z pretensjami, że rozmawiamy na fejsie, nawrzeszczała na mnie jak wariatka, rzucała mięsem niczym szewc, wcale nie dając mi dojść do głosu. Co mam robić?”

W pierwszym odruchu zaczęłam się śmiać, bo znam podobną historię sprzed lat. Poradziłam X, żeby nie wchodziła w dyskusje z przekupą, bo ktoś przysłuchujący się z boku, może nie zauważyć między nimi różnicy;-). Rozsądne tłumaczenie sprawy w przypadku krzykacza nie zdaje egzaminu, krzykacz w prostacki sposób przenosi zwykłą pogawędkę na grunt łóżkowy, rzucając utarty banał „że tłumaczą się tylko winni”. W ciasnym, nafaszerowanym zazdrością rozumku nie mieści mu się znana prawda, że tłumaczą tylko ludzie racjonalni, a nie winni. I nie się, a sytuację. Ale do takich niuansów trzeba mieć klasę i poziom. Więc poradziłam X., żeby krzykaczkę zignorowała, a niech się dowartościuje:-).

2. Pojawił się konkurs na moskaliki, w związku z tym od kilku dni szukam nazw starej broni, znanych obiektów sakralnych i pasujących do rymu państw. Jeśli kogoś w ten sposób zaciekawiłam, niech sięgnie do hasła „moskalik” a wszystkiego się dowie. Jedną z ciekawszych postaci w tym gatunku jest oczywiście Wisława Szymborska. Trzy moskaliki już napisałam, zgłosiłam, czekam. W międzyczasie wymyślam następne:) A poniżej wrzucam info o konkursie. Nie będę trzymać tej wiedzy tylko dla siebie:) Mam tylko prośbę, jeśli ktoś z Was wygra, proszę o info:) Będę gratulować!

3. Scenka rodzajowa: Zaprzyjaźniony informatyk obsługujący naszą sieć firmową wprowadził zmiany i aktualizacje do wszystkich komputerów, naprawił zgłoszone usterki, pousuwał błędy, ponaprawiał pliki itp. itd. Kiedy skończył, wchodzi do sekretariatu i pyta: „Czy ma pani jeszcze jakieś problemy?”. Dokładnie tak sformułował pytanie, więc moja koleżanka niewiele myśląc wystrzeliła: „Tak, mam cellulit, 5 kg nadwagi i w dodatku szef nie chce mi dać urlopu”:)))

 4. Dzisiaj spotkanie, na którym będziemy rozmawiać o komforcie. Tak, tak! Mam nadzieję, że będą ciekawe historyczne smaczki. W starożytnym Egipcie komfort był już na pewno znany, ale jakie były jego początki? Czy ma związek tylko z piramidą Maslova, rozwojem duchowym człowieka czy po prostu zwykłym wygodnictwem i wybujałą wyobraźnią. Chciałabym ciekawego spojrzenia na temat, wzbogaconego prezentacją, zdjęciami, sięganiem do prehistorycznych źródeł. Obym się nie zawiodła, bo idę na to spotkanie kosztem zumby:)

5. Dostałam fajny prezent, a właściwie kilka prezentów. Piękne zdjęcie, piękne perfumy i….nie, tego trzeciego nie zdradzę:)))

6. Jutro fajne babskie spotkanie. Trzymajcie kciuki, żeby wszystko się udało, a wtedy na pewno pojawi się tematyczna notka:)))

Caffe

Fejs jest skarbnicą życiowych mądrości

Ostatnio kolega wrzucił tą, którą wklejam poniżej, chociaż w zasadzie nie wiem po co:-) Bo po cóż komplikować?:)


„Wiśta wio, łatwo powiedzieć”, że tak zacytuję jeden ze starszych seriali, który czasem lubię obejrzeć w powtórkach, ze względu na obraz stolicy z lat 70 tych. Warszawę uwielbiam w każdym jej wydaniu, przedwojennym, powojennym, współczesnym. Nie przeszkadza mi ruch uliczny, zabieganie oraz panoszący się w centrum Pałac Kultury, który w sumie stanowi niezły punkt odniesienia dla przyjezdnych. Kiedyś, kiedy jeszcze nie znałam miasta, był moim kompasem, moim azymutem (wiesz coś na ten temat Caffe:-)). To dzięki niemu zawsze trafiałam do domu:)
Ale wracając do znienawidzonej, choć bardzo ludzkiej umiejętności komplikowania sobie życia, to czy potrafimy być w tak prostolinijny i nieskomplikowany sposób otwarci? Żeby mówić wprost? Mówić wszem i wobec czego chcemy? Oj mam wątpliwości…
Taka możliwość uzależniona jest przecież od charakteru znajomości, zażyłości, temperamentu człowieka, nawyków kulturowych, uzależniona od stereotypów, wartości, zasad itp. itd.
Łatwo jest okazać swoje zainteresowanie czy zadać trudne pytanie przyjacielowi. Nie narazimy się na odtrącenie czy śmieszność. Skoro to przyjaciel, zrozumie dlaczego pytasz, nie przekręci twoich słów, nie urazi brakiem odpowiedzi czy taktu. Odpowie, lub odłoży odpowiedź na później, ale jakoś skomentuje. Teoretycznie tak samo powinno być w relacjach rodzinnych, w  rzeczywistości bywa różnie. Czasem nagromadzone przez lata żale zamykają człowieka tak skutecznie, że konieczna się staje wizyta u psychoterapeuty.
Rzecz się ma nieco inaczej w przypadku wszelkich pozostałych relacji (czyli tych pozaprzyjacielskich i pozarodzinnych), bliższych, dalszych, kiełkujących lub zamierających. Postawienie szczerego pytania wcale nie musi stać się furtką do wzajemnego porozumienia. Wyjaśnienie własnego punktu widzenia niekoniecznie może zostać właściwie odebrane. No i mogą się pojawić kolejne trudne pytania i kolejne punkty widzenia. Zaszłości i wzajemne żale są najtrudniejszym do przełamania momentem. I trzeba postępować racjonalnie. Jeśli raz czy drugi pytasz i otrzymujesz unik, krąg tematów w naturalny sposób ogranicza się do pogody i grzecznościowego „co słychać?”, jeśli druga strona tłumaczy się czymś, co według ciebie brzmi jak wymówka, prawdopodobnie jest wymówką. A wtedy trudno o każde następne pytanie, a jeszcze trudniej o wylewność na własny temat.

Ok, może i zamykasz się w sobie, otaczasz się murem, stajesz się nieufny (i wcale tego nie lubisz), ale sądzę, że w drodze do niekomplikowania życia, nie powinniśmy pozwalać robić z siebie idioty.

Ola